Zobacz pełną wersję : cykliczny wątek o bajkach (rowerach... w sensie ;) )
Trzeba też przyznać, że te nowsze wypusty elektrycznych FS są naprawdę ładne. Jeszcze kilka lat temu widziałem z daleka po wątpliwym uroku ramy, że mijam elektryka, dziś już nie idzie mi tak łatwo.
grissley
02-06-2026, 12:41
Tak sobie paczę, że elektryczny gravel to dzisiaj już okolice 15kg na silniku Bosch (np Canyon Grizl:ON). A na innych jeszcze lżej.
To chyba klaruje mi się wizja emerytury ;)
patronat
02-06-2026, 13:15
Trzeba też przyznać, że te nowsze wypusty elektrycznych FS są naprawdę ładne. Jeszcze kilka lat temu widziałem z daleka po wątpliwym uroku ramy, że mijam elektryka, dziś już nie idzie mi tak łatwo.
Daleko nie szukając Santa Cruz Heckler SL. Z 4 metrów niczym się nie różni od analoga :)
Odnośnie uwagi serwisowej.
Tu mi bardziej chodzi o normalne zużycie eksploatacyjne. To co przerabiam w swoim MTB FS. Do standardowych czynności, jak przeglądy amorów, windy, heble po sezonie. Sprawdzenie łożysk zawieszenia, wymiana tylnej opony co dwa sezony. Napęd też w tych okolicach czasowych. To wszystko kosztuje, a nie wszystko da się ogarnąć we własnym zakresie.
W porównaniu do gruza to mam wrażenie, że w MTB ciągle jest coś do zrobienia.
W e-bike dochodzi do tego jeszcze cała elektryka.
grissley
02-06-2026, 13:56
Mnie już serwisowanie samego przedniego amora męczy. Tzn sam tego nie robię, ale trzeba zdjąć kierę, poupinać wszystko, żeby na kablach nie wisiało, odkręcić zacisk hamulca (potem znowu upierdliwe ustawianie), zdjąć czujnik od licznika (mam jeszcze kabelkowy), odkręcić uszko trzymające przewód hamulca, odkręcić błotnik (a mam ze wspornikami), schować gdzieś oś, kapsel i śrubkę od gwiazdki, bo zawsze się gubią, zapakować amor, wysłać na serwis, potem odebrać i wszystko w odwrotnej kolejności. Jakbym miał jeszcze to samo z tylnym no i jakieś czynności przy silniku, to pewnie wolałbym dawać do jakiegoś ASO w zimie...
patronat
02-06-2026, 14:09
Tu mi bardziej chodzi o normalne zużycie eksploatacyjne. To co przerabiam w swoim MTB FS. Do standardowych czynności, jak przeglądy amorów, windy, heble po sezonie. Sprawdzenie łożysk zawieszenia, wymiana tylnej opony co dwa sezony. Napęd też w tych okolicach czasowych. To wszystko kosztuje, a nie wszystko da się ogarnąć we własnym zakresie.
W porównaniu do gruza to mam wrażenie, że w MTB ciągle jest coś do zrobienia.
W e-bike dochodzi do tego jeszcze cała elektryka.
W elektryce grzebiesz hobbystycznie w aplikacji. Nie ma serwisu jako takiego. Natomiast zyżycie napędu, tylnej opony, hamulca, jest znacznie większe niż w analogu. Amory w zasadzie tak samo - raz do roku jak jeździsz w błocie.
Tu mi bardziej chodzi o normalne zużycie eksploatacyjne. To co przerabiam w swoim MTB FS. Do standardowych czynności, jak przeglądy amorów, windy, heble po sezonie. Sprawdzenie łożysk zawieszenia, wymiana tylnej opony co dwa sezony. Napęd też w tych okolicach czasowych. To wszystko kosztuje, a nie wszystko da się ogarnąć we własnym zakresie.
W porównaniu do gruza to mam wrażenie, że w MTB ciągle jest coś do zrobienia.
W e-bike dochodzi do tego jeszcze cała elektryka.
Poza czynnościami, jak z analoga, w elektryku dałem po gwarancji silnik do przeglądu, co okazało się zupełnie zbędne. Poprosiłem gostka, żeby mi wysłał zdjęcia z wnętrza silnika, co i jak wygląda. Sam powiedział, że nie było żadnego widocznego zużycia, wymienił smary i poskręcał z powrotem. Więcej elektrycznego, nie było nic robione.
Napęd : kaseta Deorka 12s po 2 1/2 sezonu i 5400km, jak nowa. Łańcuchy, to mam wrażenie, że żyją dużo dłużej (2000km i 1600km Shimano XT i SLX + jakieś ponapoczynane resztki z przeszłości) różnica żywotności wynikała raczej ze zmiany środka smarowniczego, ten 1600km to był na wosku) Przerzutki... to idzie, jak woda :evil:, ze względu na uszkodzenia mechaniczne, jak wyżej wspomniałem, elektronem na więcej sobie człek pozwala. Piasty: mam najtańsze Shimano i... nic nie robiłem z nimi, chodzą, jak masełko. Ostatnio, bardziej dla treningu, wymieniłem jedno łożysko w bębenku, bo sobie delikatnie chrupało.
Reszta rzeczy co robiłem, to już analogowe, wynikające z przyśpieszonego zużycia jazdy na elektryku i większego przebiegu, niż byłby na analogu
Ja nie sądzę, żebym sobie na jakoś dużo więcej pozwalał, pewnie nadal będę jeździł to co jeździłem, tylko ma być lżej na podjazdach. Ale skoro twierdzicie, że przebiegi powyżej 1,5 km w górę nie są osiągalne, to w zasadzie nie ma o czym rozmawiać. Muszę poczekać.
Cztery lata temu, z powodu tego, że Hultaj prawie pół roku naprawiał ramę gruza jeździłem na MTB. Po kilku pierwszych wyjazdach założyłem sobie, że trasa ma nie przekraczać 75 km w poziomie i 1,5 w pionie, najlepiej równomiernie rozłożone. Jak tylko wydłużałem dowolny wymiar, to na koniec byłem wyraźnie dojechany. Tyle, że wtedy byłem jeszcze przed 45 rokiem życia, w którym to uważam, za najlepszy, jeżeli chodzi o życiową formę.
Trasa z soboty to 70 km i 1100 m, średnia 14,5 km/h. 75/25 miękkie/twarde.
Tydzień wcześniej zrobiłem 94 km i 1700 m, średnia 18 km/h, 90/10. Tylko to gruzem i byłem mniej dojechany, nawet 3 km podjazd pod koniec dystansu jakoś poszedł.
Skoro twierdzicie, że trasę o takich parametrach jak ta sprzed tygodnia ciężko będzie ogarnąć na E-MTB to tym bardziej znak, że muszę poczekać na coś bardziej wydajnego.
patronat
02-06-2026, 17:15
Inaczej to postaram się wytłumaczyć:
Bateria 725 w Shimano, rower hard enduro, kartofle w ramach opon.
Zużycie prądu:
1. 1600 up, 25 km, 2 godziny - 90%
2. 1600 up, 40 km 5 godzin -80%
2. 450 up, 120 km czas trudno okreslic po prostu wycieczka calodniowa - 40%
Wszystko zalezy na ile sobie pozwolisz inike dasz od siebie.
Bosch 625 bateria 9 godzin, 2700 up 62 km 60% zuzycia. Kolo sie na Alpy szykuje.
zdyboo - ale ja podałem jako przykład SL Treka, tak po prostu, by od czegoś zacząć rozmowę :D Przeto ja na swoim pyknąłem 2000m up i jakieś 60 km bez doładowania (800Wh). Jarek @szwenduro, zrobił coś podobną traskę niedawno na Fatrze z baterii 750Wh. Musisz też wziąć pod uwagę, ze jak będziesz jechał bez sztajf pod 30% to zasięg znacznie Ci się zwiększa. Endurofina ma baterię 600Wh + oczywiście extender 200Wh (ale to na długie tripy dokłada) Na podstawowej 600-tce pyka grubo ponad 2 tys.
- - - - kolejny post - - - - - -
patronat -odchudziłem rowerza o całe 300g, założyłem Lyrika w miejsce ZEBa, ...i życie stało się prostsze :D
Dzięki za info.
Sprinty właśnie zapodały materiał z jakąś kosmiczną Orbitą. Wszystko na prąd.
https://www.youtube.com/watch?v=2loeBNLMV28
I właśnie przez takie konstrukcje uważam, że warto poczekać, bo sam nie wiem czy brać coś takiego jak ta Orbita czy Fuel eFX, czy pełnoprawnego elektryka. Przy czym ja raczej nie szedłbym w enduro, a w trial. Obecny rower w pełni mi wystarcza pod względem dzielności terenowej.
patronat
03-06-2026, 07:44
Jeśli w trial to Orbea Rise. Albo pełnoprawny Crusis, Amflow, itd.
Pierwsza ma 18 kg i silnik 70 niuta, bateria ca 400, te nastepne na DJI maja w peaku 150 niuta i baterie do 800.
Ja wybrałem pełnego, ze względu na komfort. Bo ten silnik rekompensuje wagę.
Wracam w niedziele z tripu i patrzam, a tu przednie koło mi faluje. Co jest, pytam się ? Przecież nigdy jeszcze mi się tak nie rozcentrowało koło w czasie tripu. Nie było to duże rozcentrowanie, ale też nie takie małe, żeby je zignorować. W domu zaczynam centrować i się okazało, że szprycha jedna pękła, ale to tak, że nie było to widoczne na pierwszy rzut oka, bo miejsce poddania, było głęboko schowane w nyplu i szprycha nie wypadła z gniazda. No to mam robótkę, bo przy okazji rozbierania koła, postanowiłem zmienić oponę, która już czekała od paru mies. na swoją kolej i ponownie przejść na tjubles z przodu z wkładką (miałem z przodu dętkę, a na tyle tjubles, tak w rozkroku byłem 8-) ) Wymieniłem szprychę, założyłem spory kawałek nowej taśmy uszczelniającej, założyłem zawór, oponę (poszło nadspodziewanie gładko), wstrzeliłem od strzała w obręcz :!: i zalałem mlekiem Stansa.
Dwie kwestie: w zimie zakupiłem booster, taki ->
96382
... i sprawdził się wzorowo. Miałem obawy, czy ta pojemność wystarczy do osadzenia opony, ale poszło bez problemu i powietrza w zasobniku wystarczyło z zapasem, a nie był nabity na full. Do tej pory korzystałem z kompresora sąsiada, albo udawało mi się pompką dużą stacjonarną osadzić oponę. Jednak wygoda posiadania wszystkiego na miejscu, jest nie do przecenienia. Cały proces naprawy koła i założenia tjublesa, pierwszy raz, był zupełnie prosty i bezproblemowy. Do tej pory zawsze coś nie domagało, a to technika nakładania opony i męczarnia z tym, a to się nie chciała wstrzelić i musiałem czekać na sąsiada, to znowu jakieś nieszczelności, to jakieś wadliwe mleko, taśma etc, etc - zawsze coś..
Druga kwestia, a w zasadzie pytanie: usłyszałem na dzielni, że można dodać do mleka zwykłego brokatu i to drastycznie zwiększa szanse na uszczelnienie opony. Czy słyszeliście o tym patencie, co o tym sądzicie ? Zastanawiam się, czy to aby nie zadziała w dwie strony, czy mi nie zaklei skutecznie zaworka ? Już przy zwykłym mleku idzie czasem trudno pompować.
96384
edyta: jeszcze zapomniałem pochwalić kompresora do pompowania od braci mnejszych, który też w zimie u mnie zamieszkał - super sprawa
patronat
03-06-2026, 10:44
Brokat działa to prawda. FlatOut dodawał rózowy. Mleko używam Expanda, taśmy aktualnie tylko DT Swiss. Wkładka tylko tył. Opony Kryptotala DH Casing nie do przebicia w zasadzie, dlatego z przodu tylko mleko a ciśnienie około 1 bar. Mają świetną ściankę boczną, taką dość sprężystą, lepiej po zakrętach chodzą a przyczepność ogólna jak w Minionach. Na przodzie mam supersoft na tyle soft. Tył mam ponad 1000 km opona jeszcze wytrzyma sezon mam nadzieję, aczkolwiek kupiłem właśnie na promce następną.
Co do wentylków - zakleja bardziej, zawsze kawałek wpadnie i wentylek nie uszczelnia na początku dokładnie.
Mi się w Kryptotalu trailu guma łuszczy z bocznych ścianek i wychodzi oplot, a nie ma jeszcze roku
patronat
03-06-2026, 13:37
W Enduro po roku zaczyna się na krzyżach przecierać a w dh nie dzieje sie nic. To przecieranie to tylko przy jeździe na niskim cisnieniu.
Jeszcze opowiem o bublu w postaci dętki Kendy, która rezydowała w przodzie, przed zmianą. Była kilkumiesięczna, taka solidna, gruba 2,6-2,8", widać nie pożałowali towaru, bo masa coś ponad 300g. Ale co z tego, jak dali jednorazowy zaworek, w którym upierniczył się trzonek. Wymiana niemożliwa :evil:
Sięgając pamięcią, miałem taki już przypadek w przeszłości, w jednym z ht, to też chyba była Kenda, - co za szajs
grissley
03-06-2026, 22:53
Z racji nabycia kamerki 360, posprzątałem trochę na kokpicie. Bajzel ilościowo taki sam (a nawet większy, bo mocowanie kijka doszło), ale chociaż w miarę równo poukładany ;)
Było:
96405
jest:
96406
Ta sigma Ci jeszcze potrzebna mając garmina i telefon?
grissley
04-06-2026, 14:36
Nie do końca, ale ma baterię która trzyma przez rok. Jak zapomnę garmina a telefon się rozładuje, to ona nadal działa.
Mógłbym ją w sumie wywalić, ale małe toto i nie przeszkadza... A przy okazji pokazuje mi % podjazdu (choć pewnie gdzieś w garminie też można to włączyć)
W ramach walki o kondycyjne lepsze jutro postanowiłem pojeździć. Po płaskim. Strzelce Opolskie.
Gęsi w Gąsiorowicach. Co kawałek we wsi są takie pomniki, świetnie to wygląda.
Akurat zdążyłem przed tą paradą na boże ciało czy jak to się nazywa. Dzieciaki do sypania kwiatków wożone ode wsi do wsi na pace
96465
Nawigowanie przez 100km w nieznanym terenie tylko przy użyciu śladu gps na zegarku jest średnie. Tu coś popieprzyłem i dojeżdżałem do szlaku właściwego ale przynajmniej było ładnie. Trzeba się zacząć rozglądać za kolejnym elektronicznym ustrojstwem.
96466
Okoliczności przyrody
96467
Trasy w tych lasach są naprawdę niezłe,
96468
aczkolwiek tu i ówdzie niektóre ze szlaków wydają się być zapomniane, a mapy.cz rozjeżdżają się z rzeczywistością. W kolejnym miejscu gdzie się pomyliłem, zawracałem jakieś 100m z drogi jw. na jakąś zarośniętą ścieżkę, gdzie wg GPX był szlak rowerowy niebieski. Im dalej w las tym bardziej był zarośnięty (po pas), a potem kazał mi skręcić w ścieżkę której nie było. Jeśli kiedyś tam była to od lat nikt tego nie używał i zarosła całkowicie. Musiałem się posiłkować telefonem, znaleźć kolejną zarośniętą ścieżkę, przedzierać się przez zwalone drzewa ale w końcu dotarłem do dobrej jakościowo drogi. Dla pewności odpaliłem telefon i się okazało, że to nie ta. Szlak był równolegle 200m dalej, ale tak zarośnięty jakby go osobiście Gavin zaprojektował ;) więc wróciłem się na drogę.
Za młodu jeździło się rowerem polować na dinozaury, ale co dzisiejsze dzieciaki mogą wiedzieć o PRLu.
96469
Całkiem nieźle to wygląda. Tak w ogóle to Krasiejów.
96471
Stawy w Biestrzynniku
96470
Wał na południowym brzegu Jeziora Turawskiego
96472
Dąbrowice ul. Parkowa. Nie wiem kto mieszka na tej ulicy ale ma ładną rezydencję z bardzo zadbanym ogrodem, a fotki są zablurowane w google. Asfalt kończy się przy domu ale dalej też jest ciekawie.
96473
Tym razem szlak rowerowy żółty. Pokrzywy do pasa, jakieś kolczaste rośliny, trawa większa od roweru, a potem jakieś zborze, które zaanektowało tą drogę z pola obok. Ale były ślady po traktorze to jechałem dalej.
96474
Jak się przyjrzymy dokładniej i prześledzimy linię horyzontu to widać pagórek.
96475
Zamek w Strzelcach Opolskich. Bardzo ładny park tam mają.
96476
Cmentarz na końcu świata w Dziewkowicach, gdzie sobie zaparkowałem.
96477
grissley
05-06-2026, 21:53
Cmentarz na końcu świata w Dziewkowicach, gdzie sobie zaparkowałem.
96477
Już się wystraszyłem, ale po chwili dotarło, że przecież relację napisał - więc to nie na stałe...
Fidlock bardzo, ale to bardzo, nie lubi się z błotem. Mam mocowanie zamontowane pod ramą z butelką 0,7 jako rezerwuar napojów. Butelka daje radę z gazem, ale mocowanie nie daje rady z błotem. Przeorałem rower po konkretnym błocku i nie mogłem odczepić butelki z mocowania. Dopiero przepłukanie mocowania wodą z bidonu pomogło, ale zatrzaski już mają trudności z odbijaniem. Przy każdym płukaniu dużo piasku wylatuje z mocowania. Na kwadracie zobaczę czy da się to rozebrać.
Kupiłem, żeby pusty koszyk nie sterczał pod ramą, jak nie potrzebuję tyle wody, ale nie myślałem, że będzie taki problem z błotem.
grissley
06-06-2026, 19:56
Ja dzisiaj modowałem przerzutkę (RD-RX815). Wyczytałem w netach, że wózek SGS od RD-M8000 pasuje idealnie, więc chciałem wrócić do oryginalnego haczyka (zamiast goatlinka) dając dłuższy wózek właśnie. Ściągnąłem przerzutkę, przy okazji serwis sprzęgła, czyszczenie kółek itp itd - a przy próbie montażu okazało się, że jednak nie pasuje. Górne kółko haczy o korpus przerzutki - nosz szlag :(
patronat
06-06-2026, 20:15
Mój fidlock nie ma problemu z błotem. Spada zawsze wcześniej, zanim zdąży się ubłocić.
Są dwa bidony na rynku, które mają certyfikowany plastik o których wiem. Camelback i Fidlock. Żona śmiga z Calembackiem a ja z Leattem. Bidon słaby, wręcz niefajny, ale ma rurkę do picia w pionie i w pełnym kasku działa.
Apropos błota, z dziś:
96483
siemalysy
07-06-2026, 09:08
W ramach walki o kondycyjne lepsze jutro postanowiłem pojeździć. Po płaskim. Strzelce Opolskie.
...
I taką walkę, to ja rozumiem :-) Marcin, dzięki za foty i relację. Dawaj częściej :-)
Fidlock bardzo, ale to bardzo, nie lubi się z błotem. Mam mocowanie zamontowane pod ramą z butelką 0,7 jako rezerwuar napojów. Butelka daje radę z gazem, ale mocowanie nie daje rady z błotem. Przeorałem rower po konkretnym błocku i nie mogłem odczepić butelki z mocowania. Dopiero przepłukanie mocowania wodą z bidonu pomogło, ale zatrzaski już mają trudności z odbijaniem. Przy każdym płukaniu dużo piasku wylatuje z mocowania. Na kwadracie zobaczę czy da się to rozebrać.
Kupiłem, żeby pusty koszyk nie sterczał pod ramą, jak nie potrzebuję tyle wody, ale nie myślałem, że będzie taki problem z błotem.
Jakiś czas temu zrezygnowałem z Fidlocka. Używałem w MTB i na samym początku w gravelu. Nie pamiętam dobrze dlaczego zrezygnowałem, ale jeden z powodów, to było telepanie się i hałasowanie butelek.
Ja dzisiaj modowałem przerzutkę (RD-RX815). Wyczytałem w netach, że wózek SGS od RD-M8000 pasuje idealnie, więc chciałem wrócić do oryginalnego haczyka (zamiast goatlinka) dając dłuższy wózek właśnie. Ściągnąłem przerzutkę, przy okazji serwis sprzęgła, czyszczenie kółek itp itd - a przy próbie montażu okazało się, że jednak nie pasuje. Górne kółko haczy o korpus przerzutki - nosz szlag :(
No co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Przynajmniej się nie nudziłeś ;-)
Mój fidlock nie ma problemu z błotem. Spada zawsze wcześniej, zanim zdąży się ubłocić.
Są dwa bidony na rynku, które mają certyfikowany plastik o których wiem. Camelback i Fidlock. Żona śmiga z Calembackiem a ja z Leattem. Bidon słaby, wręcz niefajny, ale ma rurkę do picia w pionie i w pełnym kasku działa.
Apropos błota, z dziś:
...
Na błoto ostatnimi dniami trafiałem wszędzie. Najlepsze jest świeże i ciepłe :-D Tu jeszcze macie średnio mocno ubłocone rowery :-D
patronat
07-06-2026, 09:50
Po 2 cm samo odpada :)
96485
siemalysy
08-06-2026, 18:18
Przez ostatnie tygodnie trochę pojeździłem. Udało się wykorzystać PKP, żeby pojeździć inaczej niż zazwyczaj :-)
W sobotę 23 maja zapakowałem się rano do pociągu i pojechałem rowerem do Kalisza. Na miesjcu byłem przed godziną ósmą. Było chłodno, więc nie ociągając się ruszyłem w trasę. Przy rynku zajechałem do piekarni i kupiłem słodkie bułki na śniadanie. Szybko wyjechałem z miasta i obrałem kierunek na wschód. W miejscowości Tłokinia Mała zajchałem po pałac, któy wypatrzyłem planując trasę na mapie. Zrobiłem forki i ruszyłęm dalej. Dwadzieścia osiem kilometrów dalej zjechałem do Dworów Obronnych w Kalinowie. Stamtąd było już blisko do Warty, w której uzupełniłem wodę w bidonach i kupiłem colę na zbliżający się popas nad Jeziorskiem. Zanim tam dojechałem, to musiałem przeprawić się mostem nad Wartą. W linni Warty minąłem 3 schrony i w końcu zameldowałem się przy wieży widokowej. Zrobiłem sobie tam popas i późniuej ruszyłem dalej w kierunku Łodzi. Kilka kilometrów później odbiłęm do Wiatraka Koźlak, który najlepsze lata ma już za sobą. Za wiatrakiem miałem pzrejechane połowę trasy. Druga połówka, to już jazda bocznymi drogami, szutrami i drogami polnnymi do Łodzi.
Fajny dzień na rowerze. Trasa przyjemna, a dzięki kilku atrakcjom ciekawa. Przejechałęm tego dnia 137,5 km. Liunk do stravy poniżej.
https://www.strava.com/activities/18621605285
Tydzień później, czyli 30 maja chciałem pojechać rowerem do Olsztyna. Plan był ciekawy, trasa również, jednak PKP w PKP liczba miejsc rowerowych jest ograniczona i nie udało mi się kupić biletu do Działdowa. Miałem zrezygnować z wyjazdu, ale nie odpuściłęm i do Działdowa pojechałem autem. Na miejscu zameldowałem się przed ósmą. Przebrałem się w rowerową odzież, wyciąnąłem rower z auta i byłem gotowy ruszyć w drogę. Szybko wydostałem się z miasta i zjechałem na szutrową drogę. po kilku kilometrach odbiłęm na szlak czerwony, kórego trzymałe się kolejne kilkanaście kilometrów. Zjechałęm z tego szlaku tylko po to, żeby przejechać przez miejscowość Prusy. Zjechałem tam nad jezioro Rumian i dalej ruszyłem na grunwald. Zanim dobrze obejrzałem, to już dojeżdżałem na Grunwald. Zjechałem na pole bitwy pod Grunwaldem. Ludzi nie było dużo. Zrobiłem fotkę i ruszyłem dalej. Kawałek za polem bitwy zajechałem do sklepu, żeby uzupełnić wodę. Stamtąd mógłbym pojechać na północ i do Olsztyna dotarłbym szybko. Ja pojechałem na południowy-wschód i póxniej na wschód do miejscowości Łyna . Tam wbiłęm na Łynostradę i nią kierowałem się do Olsztyna. Krótko asfaltem, a później już nawierzchnia była zróżnicowana. Od swietnych szutrów, po cholerne piachy i niemożliwe do wytrzymania tarki, na których dwa razy spuszczałem powietrzę z kół.
Łynostradą przez kolejne 55 km, wzdłuż rzeki Łyna jechałem już do samego Olsztyna. Fajny szlak po zróżnicowanych drogach z minimalną ilością asfaltu. Gdyby nie było tak sucho, to być może piachu byłoby mniej. Po drodze pezejechałem przy urokliwym jez. Łańskim. W Olsztynie spotkałem się z kolegą. Miałem sporo czasu do pociągu, więc był czas pogadać. Później kolega odprowadził mnie na dworzec i pociągiem wróciłem do Działdowa, a stamtąd autem do domu.
Fajna trasa. Warmińskie rejony polecają się na gravela. Łynostrada fajna, choć podbno na północ od Olsztyna jest jeszcze fajniej. Przejechałem tego dnia 131 km. Link do trasy na stravie poniżej.
https://www.strava.com/activities/18716990391
W niedzielę kolega namówił mnie, żeby wybrać się do Przedborskiego Parku Krajobrazowego. Z Łodzi do Przedborza pojechaliśmy autem. Założenie było takie, żeby odwiedzić najwyższy naturalny szczyt woj. łódzkiego, czyli Fajną Rybę i ogólnie pokręcić się po szlakach, ścieżkach i krzakach. Odwiedziliśmy też wieżę widokową na szczycie Krzemycza. Pokręcilsiśmy się po lesie i okolicy i nakręciliśmy 71 km i 1050 m w górę. Gdyby nie krzaki, pokrzywy to byłoby super a tak było tylko fajnei ;-) Link do trasy na stravie poniżej.
https://www.strava.com/activities/18730024280
W ostatni czwartek, czyli Boże Ciało przejchałem się z Krakowa do Częstochowy. W sobotę z żoną wybraliśmy się na Maurę Spiską. Z tych dwóch dni postaram się wrzucić dwie oddzielne relacje. W piątek z kolegą pojechaliśmy z rowerami MTB na Jurę. Zmoczyło nas konkretnie. Dawno tak nie zmokłem na rowerze. Relacji nie będę pisał, bo te rejony już nie raz opisywałem.
Fotki:
Kalisz - Łódź
96519
Ratusz w Kaliszu
96520
Kalisz
96521
Pałac Tłokinia
96522
Dwory obronne w Kalinowej
96523
Bunkier nad Wartą
96524
Widok z wieży nad Jeziorskiem
96525
Jeziorsko
96526
Młyn Koźlak
96527
Końcówka rzepaku
Działowo - Olsztyn
96528
Wiadukt kolejowy na Szaku Grunwaldzkim, czerwonym
96529
Droga przed miejscowością Prusy
96530
Prusy
96531
Nad jeziorem Rumian
96532
Grunwald
96533
Przy Łyńskim Młymnie
96534
Szuterek na Łynostradzie
96535
Łyna
96536
Jezioro Łańskie
96537
Olsztyn - rynek
96538
Wysoka Brama
Przedborski Park Krajobrazowy
96539
Na zboczach Góry Lesiaka
96540
Czartowska Góra
96541
Fajna Ryba
96542
Widok z wieży na Krzemyczy
96543
Widok z wieży na Krzemyczy
Pomysł pojawił się zupełnie przypadkiem. Jeszcze w zimie, planowałem sobie trasy na lato i wyszło, że z Wrocławia do Poznania jest tylko 180 km, a Poznań to już prawie nad morzem, zatem może to pociągnąć do Bałtyku, oczywiście nie na strzała, to trzeba na spokojnie. Żeby nie nadużywać urlopu w tym ubogim w długie weekendy roku wyszło, że tylko Boże Ciało nadaje się na ten wyjazd. Poszły rezerwacje, kupiłem bilet na ciapong powrotny, choć nie na ten co chciałem i czekałem.
Krótko przed wyjazdem ogarnąłem jeszcze paszę, jadę na lekko, zatem nie będzie tanio, bo nie gotuję, a do jedzenia mam tylko batony. Nie planuję też robić zakupów spożywczych, bo za dużo by się marnowało, a nie będę miał miejsca, żeby to wozić. Zatem zmodyfikowałem ślady, żeby prowadziły koło knajpek w których zjem śniadania i obiadokolację.
Prognozy pogody nie były złe, choć wszystko wskazywało, że w piątek będzie padało, no ale to tylko jeden dzień z czterech. Nie ma przeszkód obiektywnych - jadę.
Noc przed, spałem bardzo źle, wszystko mnie budziło, ale zmogło mnie nad ranem i przespałem solidne 3 godziny. O 7 rano w czwartek ruszyłem spod domu. Pierwsze kilka kilometrów pokrywało się z moją regularną trasą do poprzedniej fabryki, ale po opuszczeniu Wrocławia wjechałem na drogi, które nie były mi znane, a szkoda, bo fajne. Jeszcze we Wrocławiu widziałem przygotowania tu i ówdzie ołtarzy do procesji i miałem nadzieję, że za bardzo mnie same procesje nie spowolnią.
Szybko dojechałem do Obornik Śląskich, przebiłem się sprawnie przez miasto i chwile po tym znalazłem w Prusicach, a dalej dobrymi DDRa w Dolinie Baryczy do Żmigrodu i dalej do Rawicza, to jeszcze tereny ogarnięte w trakcie wcześniejszych wyjazdów. Dalej już wszystko było nowe.
Cisnąłem niemal dokładnie na północ, wiatr miałem w plecy, a słońce w karczycho, które spaliłem tego dnia. Dzień świąteczny, niemal wszystko pozamykane, ale przejeżdżałem przez kilka małych miasteczek, gdzie były Żabki. Na wysokości Leszna w jakiejś wiosce mijam otwartego kebsa, zamawiam tam frytki i Pepsi. Zaspokajam głód, który zaczynał być dominującym uczuciem i ruszam dalej. Zaczynają się odcinki polnymi drogami. Premiumy to nie są, widać, że niedawno padało, ale jedzie mi się sprawnie i dobrze.
W Turewi łapię R9, którym już docieram do Poznania. Sam wjazd do miasta słaby bardzo, nierówna kostka, wąsko, przeskakiwanie z jednej strony jezdni na drugą. Dopiero po minięciu tabliczki Poznań, wbijam na szerokie miejskie DDRy i CPRy. Cisnę do znalezionej wcześniej niewielkiej pizzerii, niedaleko noclegu. Zamawiam P&P i kontaktuję się z noclegiem, że za pół godziny będę.
Melduję się, zrzucam torbę z kiery i już zupełnie na lekko śmigam do centrum na zwiedzanie. Rynek, ratusz ciągle w jakimś remoncie, świetne kładki pieszo-rowerowe nad Wartą i Malta. Objeżdżam zbiornik, tłumy w sumie, choć mam wrażenie, że niektórzy cisną życiówkę na tych miejskich bulwarach.
Wracając trafiam na procesję, ale na czoło lub ogon, mam rower, pytam policjanta zabezpieczającego trasę czy mogę ich objechać, mogę. Puszek nie puszczają. W Żabce pod domem kupuję jeszcze piwko na wieczór i czilując w ogrodzie szykuję się psychicznie na jutrzejszy deszcz. Przy okazji sprawdzam, że lokal w którym miałem zjeść śniadanie w piątek jednak zamknięty jest, zatem, żeby nie jeść kanapek z Żabki szukam czegoś innego. Mak zostaje jako plan B. Znajduję knajpkę na obrzeżach centrum, niewiele muszę zmienić trasę. Prysznic, na drugą nóżkę i rower chowam do mieszkania, bo w nocy ma padać. Już się pogoda zmieniła, zatem tym razem prognoza raczej się sprawdzi.
----
Odespałem nieco poprzednią noc, pakuję się, nalewam wodę do bidonów, wypijam herbatę, zakładam rękawki, kamizelkę i ruszam na śniadanie. Jeszcze jak się szykowałem, to ze trzy razy spadł taki krótkotrwały silniejszy deszcz, ale jak ruszam to kropi zaledwie. Po chwili walki z topografią miasta, trafiam do knajpki i zamawiam jajecznicę ze szczypiorkiem. Porcja dosyć mała, jak na 30 zeta, ale przynajmniej smaczna i nie będzie ciążyła na żołądku.
Ruszam na północ miasta. Jadę wzdłuż jakiejś głównej, dwujezdniowej drogi, ale DDR poprowadzony wzorowo, przy przecznicach są tunele, dzięki którym nie stoję na światłach, choć w każdym Garmin na chwilę gubi sygnał i zgłasza zejście z kursu, co jest o tyle upierdliwe, że włączyłem blokadę ekranu, żeby deszcz nie włączał jakichś głupich opcji.
W ogóle infrastruktura rowerowa w Poznaniu bardzo mi się podobała, szerokie DDRy, pasy rowerowe, kładki czy wspomniane już tunele. Nie wiem, jak się z tego na co dzień korzysta, ale tak z doskoku to mi się dobrze jeździło. Lepiej niż po Aglomeracji Górnośląskiej.
Na północy miasta przy dużym centrum przesiadkowym, przechodzę przez remontowany przejazd kolejowy i zjeżdżam z twardego. Kolejne kilometry, to uczucie, jak z napędu ulatują kolejne tygodnie życia. Jadę polnymi drogami wzdłuż poligonu, który ciągnie się przez kilkanaście kilometrów. Dawno już po takich bagnach nie jeździłem. Kiedy w końcu wbijam na twarde, to rower jest cały ubłocony, jak od kolan w dół też. Ass Savers Win Wing to jednak zajedwabista rzecz jest, plecy mam tylko mokre od deszczu, spodenki w sumie też, bez niego już pewnie łopatę piachu i innego gruzy bym miał w pampersie.
Ciągle pada, ale jest ciepło (13-17 st. C) i nadal jadę z wiatrem. Na twardym jestem w stanie trzymać przelotową 25-27 km/h bez większego wysiłku. Czapeczka z daszkiem pod kaskiem też daje radę, daszek chroni okulary, których nie muszę wycierać, dół szkieł pokrywają krople, ale patrzeniu na wprost to nie przeszkadza.
W Obornikach znajduję myjkę i spłukuję z roweru syf. Zwłaszcza, że podczas przeprawy przez Wartę zostałem ochlapany przez blachosmrody. Myję, choć wiem, że kolejne odcinki szutrowe przede mną.
Z Obornik do Stobnicy mam szlak postkolejowy, tylko ja i deszcz. Jedzie się wyśmienicie. Potem znowu las, upraszczam ślad ze względu na warunki i odpuszczam zobaczenie dębu - pomnika przyrody, pozwala mi to skrócić drogę o kilka kilometrów.
Do Czarnkowa docieram lokalnymi drogami, ale dalej już musze jechać DW178, bardzo niefajny odcinek, dużo kierowników, wielu z nich mija mnie zdecydowania za szybko i zdecydowanie za blisko. Dopiero za Trzcianką ruch sie nieco uspokaja, przestaje też padać. Za Niekurskiem zjeżdżam w las i zatrzymuje się, bo łańcuch wymaga smarowania. Olej w buteleczce kończy się w połowie łańcucha, ale to co nałożyłem jakoś się rozprowadza po całym łańcuchu.
Jestem już w województwie Zachodniopomorskim, drogi leśne są bardziej piaszczyste. Mniej błota, ale rower za często lata bokiem. Piachu jak jest dużo, to mokry jest tylko na wierzchu. W tym lesie też jadę nieco inaczej niż wiedzie ślad, ale tym razem nadkładam nieco drogi, aby nie jechać w mokrej trawie po pas.
Zaczyna być widać jeziora, znaczy cel już blisko. W lesie zatrzymuję sie na zrzut masy płynnej i słyszę grzmoty. Zbyt niski zasięg nie pozwala mi sprawdzić radaru burzowego. Dopiero w Świerczynie widzę przed sobą czarną chmurę i słyszę kolejny grzmot. Jednak radar pokazuje, że burza jest aktualnie nad Czaplinkiem i powinna przejść zanim tam dojadę, a zostało mi jeszcze z 10 km.
W Pławnie droga sucha, ale zaraz przed tabliczką z końcem miejscowości zaczyna się mokra jezdnia i tak już jest do końca. Na wjeździe do Czaplinka znajduję myjkę i spłukuję rower drugi raz tego dnia. Po kilku minutach melduję się w zajeździe. Okazuje się, że jednak nie zjem u nich, bo szykują się do jutrzejszego wesela. Znajduję knajpę w mieście i tam się posilam. Wracam do pokoju i odkrywam, że grzejnik w łazience hajcuje aż miło. Stawiam na nim buty, jest szansa, że jutro będę jechał w suchych. Prysznic i odpoczynek. Przelewam jeszcze nieco smaru w sprayu, który kupiłem w Mrówce do buteleczki z normalnym aplikatorem i nawet udaje się nie zasyfić wszystkiego dookoła.
Obiadu może nie zjadłem, ale zamawiam śniadanie na 8 i idę spać. Rower zostawiam na zadaszonym patio. W nocy kolejna burza przechodzi nad miastem.
----
Budzę i ogarniam się jako tako, buty prawie suche, podają trochę, ale z tym nic nie zrobię w trasie. Mam jeszcze czas do śniadania, napełniam bidony, zabieram elektronikę i schodzę do roweru. Na tyle na ile mogę czyszczę napęd i smaruję łańcuch. Elektronika na rowerze. Za dwie ósma, idę na śniadanie. Szwedzki stół za 30 zeta. Może nie pod korek, ale znacznie obficiej niż w Poznaniu najadam się za niższą cenę, bo tu za herbatę nie muszę ekstra płacić.
Jeszcze przed 9 ruszam na ostatni, najkrótszy etap wyjazdu. Lekki poranny chłodek, ale świeci słońce i jest dobrze. Chwilę kluczę po Czaplinku, mylę nawet drogę przy remontowanym rondzie, bo ruszam DDR, ale okazuje się, że to nie ten kierunek, wracam pod sygnalizator wahadłowy i ruszam jezdnią drogi wojewódzkiej. Asfaltowy dywan, nówka sztuka przez prawie 30 km do Połczyna. Jedynie w Starym Drawsku dziury i krótki 3 km odcinek gdzieś pośrodku, który nadal czeka na remont.
Gdzieś na wysokości Kluczewa zaczyna się Szwajcaria Połczyńska i DW163 zmienia się w Drogę Stu Zakrętów. Jezdnia wije się po pagórkach, przez las, między jeziorami, no bajunia, tylko szkoda, że nie ma nigdzie zrobionych miejsc postojowych na chwilę zadumy na okolicznościami przyrody niepowtarzalnej i może jakieś zdjęcie.
Ruch nie był duży, ale samochody mijały mnie stadami co 4-5 minut, stado w liczebności 3-5 osobników. Niestety znowu niektórzy za blisko i za szybko. W Połczynie próbowałem kupić olej do łańcucha, ale nie było. Moja poranna aplikacja na razie dawała radę, ale byłem dopiero w 1/4 dystansu na ten dzień.
Za Połczynem wskoczyłem znowu na postkolejowy CPR i przy jednym wzgórzu prawie wjechał we mnie koleś. Zjazd taki, że normalnie bym nawet nie zauważył, ale droga kręta i wąska. Zza jednego zakrętu wyskakuje typ na szosie w pozycji super stack, jakby właśnie cisnął co najmniej zjazd z Jakuszyc do Harrachova, a nie 200 metrów zjazdu o nachyleniu 5%. No ale w Płaskopolsce i takie w dół pewnie się docenia.
Jeszcze przed Białogardem zaczałem spotykać innych rowerzystów, dopiero wtedy uświadamiam sobie, że wczoraj nikogo na rowerze nie widziałem. W Białogardzie już odpuszczam szukanie oleju, choć Google pokazuje, że są sklepy rowerowe. Napęd raczej da radę.
Karlino ledwie muskam i za Chotyniem wbijam na kolejny CPR postkolejowy, Gościno i kolejna DDR do przedmieść Kołobrzegu. W mieście początkowo średnio, potem już dobrze pod względem infrastruktury. Pora mocno obiadowa, ludzi dużo, trzeba czujnie. Zajeżdżam do budki z pizzą koło noclegu, dzwonię, powiedzieć, że będę za pół godziny i czy pasuje, bo zapowiadałem się później. Pasuje, pokój gotowy.
Przerabiam scenariusz poznański. Tylko tu dochodzi opłata klimatyczna. Zostawiam torbę i zabieram kwit, bo turystom zameldowanym w Kołobrzegu z opłatą klimatyczną, przysługuje wejście na molo za 2 zeta. Pierw jednak na plażę, po to jechałem prawie 500 km. Zanurzam nogi w morzu. Na plaży trochę typa, ale nikt się nie kąpie.
Jadę do portu, falochron portowy, próbuję deptakiem przejść do molo. Na deptaku zakaz rowerem, ale za dużo ludzi, objeżdżam to równoległą ulicą i idę na molo. Wejść mogę za 2 ziko, ale bez roweru, wobec takich tłumów nie postanawiam zostawić roweru przypiętego trytką do stojaka i odpuszczam molo. Wracając jeszcze zahaczam o miejsce blisko domu na piwko.
Znowu mam ogród do dyspozycji. Znowu przerabiam scenariusz poznański. Rower zostawiam w ogrodzie. W nocy budzi mnie wiatr, słyszę też pierwsze krople deszczu, wnoszę rower do środka. W miarę sensownie przesypiam resztę nocy.
----
Wstaję o 7, plan jest prosty śniadanie i ciapong. Ogarniam siebie, bagaż, bidony. Żegnam się z gospodynią, która już porządkuje ogródek. Jadę przez budzący się powoli do życia Kołobrzeg. Śniadanie znowu za 30 zeta + chyba 7 za herbatę. Tylko tym razem porcja taka, że ładuje mnie pod korek. Jajecznica, parówki, buły, warzywa. Jakbym miał do przejechania więcej niż 2 km do dworca to bym musiał odsapnąć.
IC do Łodzi stoi już w peronach. Do odjazdu jeszcze ze 40 minut zostało. Wbijam do wagonu combo, wieszam rower na haku i wychodzę na peron. Jest przyjemniej, ciepło, lekki wiatr, a w wagonie zaduch, bo klima jeszcze nieodpalona. Ruszamy o czasie, ale ja tylko dwie stacje. Wysiadam w Koszalinie, mam ponad godzinę do ciapongu do Wro. Jadę w kierunku centrum, zahaczam o otwartą kawiarnię. Szarlotka i filiżanka czekolady lądują na stoliku, a chwilę później w moim brzuchu.
Wracam na dworzec. Dużo typa na peronie. Przejeżdżają dwa inne ciapongi, a typa nie ubywa. Apka pokazuje, że mój IC opóźniony o 7 minut, ale szczekaczka zapowiada, że o 20, apka po chwili aktualizuje opóźnienie do 18 minut. Skład podjeżdża 20 minut po terminie, wsiadanie zabiera nam kolejne 5. Dużo ludzi już na korytarzu stoi lub siedzi. Zanim dojechaliśmy do Piły już było 40 minut w plecy i utrzymało się to do Wro. Skład cisnął dalej do Przemyśla. Może nadrobi, a może dołoży, to już nie moje zmartwienie.
Ruszam na kole przez moje miasto, które wita mnie nie do końca uprzątniętymi śmieciami po nocnym półmaratonie.
----
Plan zrealizowałem. Najciekawszy był drugi dzień, ale nie w takich warunkach. 100 ze 170 km w deszczu nie robi roboty, a to był dzień, gdzie prawie 40% dystansu wypadło po miękkim. No ale nic to, może go jeszcze kiedyś powtórzę, tylko np. zacznę w Poznaniu i pojadę bardziej na zachód, w stronę Darłowa czy Ustki. Do 100 km od Wro wszystko znam, a dalej nie jest, aż tak bardzo ciekawie.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/18828355821
Fotosy:
96544
DDR w Dolinie Baryczy
96545
Żmigród
96546
Nie taka znowu płaska to Polska.
96547
Na wysokości Leszna.
96548
Poznański rynek.
96549
Nadwartańskie bulwary.
96550
Jedni trenują.
96551
Inni chillują.
96552
Jedno z niewielu zdjęć z deszczowego czasu.
96553
Pojezierze Drawskie.
96554
Czaplinek.
96555
Stare Drawsko.
96556
Połczyńskie parasolki.
96557
Wentylatory tego dnia nie były zasilane.
96558
Przed Kołobrzegiem.
96559
Kołobrzeg, plaża przy wejściu nr 121.
96560
Kołobrzeg z falochronu portowego.
96561
Stary nowy sprzęt dał radę.
Kurczaki ale obrodziło relacjami :)
kipcior siemalysy zdyboo dzięki za fajne zdjęcia i relacje :)
- - - - kolejny post - - - - - -
Strasznie nie chciało mi się wstać. Tym bardziej, że wiedziałem, że na rozpoczęcie trasy udam się przy pomocy SKM, która musi koniecznie zaliczyć wszystkie perony po drodze i nie należy do zbyt szybkich. Cel jednak przysłonił mi niechęć do podmiejskiej kolei zebrałem się dość szybko i wyruszyłem na peron w Śródmieściu.
Pociąg już stał na peronie, 10 minut później wyruszył w drogą do Lęborka. Cel na dziś to trasa z Lęborka, poprzez Bytów i Kartuzy do Gdańska. Niespecjalnie dużo, jednak na początek dla słabo wytrenowanego zawodnika, może pokazać pazurki.
Do Bytowa na zmianę przewijały się odcinki leśne i asfaltowe, podłoże miękkie, czasem piaszczyste przenika się z kawałkami asfaltu, na którym można chwilę odetchnąć od kuwety.
Po około 4 godzinach docieramy na rynek w Bytowie. Coś pięknego, pierwszy raz w tym roku przywitało mnie tak piękne słońce i ta temperatura… nie mogłem się nadziwić, łapaliśmy każdy promień słońca ochoczo.
Po popasie ruszyliśmy dalej w drogę, 40 kilometrów do Mściszewic, zatem nie ma co się obcyndalać. Rozpoczęliśmy jazdę ładną ścieżką ale ta ginęła gdzieś po drodze zamieniając się w Piach na piachu przykryty piaskiem. Zawartość piasku w piasku można by ocenić na tyle, na ile zawartość cukru w cukrze, choć, bynajmniej, nie było to nazbyt słodkie doświadczenie 😊
W Mściszewicach postój przy Żabce, trochę już zmaltretowana ekipa, każdy dobija w siebie węglowodany, co by dotrwać do końca, azaliż jeszcze spory kawałem do domu. Po kilkunastu minutach wyruszamy dalej w drogę, do Kartuz jedziemy asfaltem, co nieco podbija morale i jakieś czterdzieści kilometrów dalej wbijamy na kartuski Rynek.
W odróżnieniu do Bytowa tu zostaliśmy ugoszczeni pochmurnym niebem i zimnym wiatrem, choć było ciepło, ten przenikał ciała na wskroś, trzeba było się zatem nieco cieplej ubrać. Zjedliśmy obiad i wyruszyliśmy do Gdańska. Do miasta dojeżdżamy dość sprawnie i kończymy na tym wycieczkę.
Lębork – Bytów – Kartuzy - Gdańsk 18.04.2026 ~180km
Trasa: https://www.strava.com/activities/18162067024
Foto:
1. Rozgrzewające początki
96562
2. Pałac w Kozach
96563
3. Ruiny mostu kolejowego w Kozinach
96564
96565
4. Rynek w Bytowie
96566
5. Zamek w Bytowie
96567
96568
96569
6. Ścieżka rowerowa w śladzie dawnej linii kolejowej 212a Bytów - Cewice
96570
96571
7. Gdzieś na rozdrożu :)
96572
96573
8. Ktoś zaorał naszą drogę
96574
9. Były też wstążki asfaltu.
96575
10. Jezioro Raduńskie
96576
11. Prawie koniec...
96577
siemalysy
Michał, dzięki za relacje, wincyj!
crusiek
Sebastian, dobrze, że datę podałeś, bo zacząłem się martwić, że zima nadal u was trzyma.
Gratuluję kondycji, żeby w kwietniu robić traski 180 km.
grissley
09-06-2026, 10:59
w kwietniu to się crusiek rozgrzewał przed prawdziwymi trasami w sezonie ;)
siemalysy
09-06-2026, 17:36
zdyboo
Tomek, dziękuję za relację i foty :-) Ciekawą przygodę miałeś. Szkoda drugiego dnia w deszczu, jednak przez to może będziesz bardziej go pamiętał.
Ps. Ładny rower :-)
crusiek
Sebastian kawał dystansu. Szacun! Dziękuję za foty i relację. Wrzucaj częściej.
zdyboo siemalysy crusiek piknie żeście pokręcili. Jak wam tyłki takie dystanse znoszą?
siemalysy
10-06-2026, 19:19
Z Krakowa do Częstochowy chciałem jechać 23.05, jednak zrezygnowałem z tego terminu, bo w tamtą sobotę grana była ostatnia ligowa kolejka w Ekstraklasie i zarówno Raków jak i Cracovia swoje mecze grały u sibeie. Nie chciałem trafić na grupki kibiców i wybrałem inny kierunek, a trasę po Jurze zostawiłem na inny czas.
Długi weekend czerwcowy mieliśmy spędzić w górach. Pogoda pokrzyżowała nam plany, więc wykorzystałem okazję i kupiłem na czwartek bilety na pociąg. Z Łoidzi ruszyłem PKP kilka minut po godzinie piątej. W nocy prognozy zmieniły się na gorsze i deszcz, który miał skończyć padać około 9, wg zaktualizowanej prognozy miał padać do 11-12. Padać zaczęło za Zawierciem i do Krakowa nie przestało. Do Krakowa dotarłem zgodnie z planem. Z peronu przez dworzec wydostałem się do miasta i mogłem ruszać w trase.
Deszczyk padał, może nie mocno, jednak padał. Założyłem kurtkę i ruszyłem w kierunku rynku. Dotarłemtam do niego szybko, ale zanim to nastąpiło, zorientowałem się, że na dworcu zgubiłem rękawiczki. Na rynku natomiast zorientowałem się, że po drodze zgubiłem dwa banany. Dzień zaczął się świetnie. Pokręciłem się chwilę po rynku,z robiłem kilka zdjęć i ruszyłem na północ. Za Starym Miastem pojechałęm ulicą Długą, a na 3 km wjechałem na ulicę Prądnicką i nią wyjechałem z Krakowa. Przejazd przez miasto spoko, ruch niemal zerowy. Wyprzediłęm parę na rowerach z sakwami i później na rowerze nikogo poza mną nie było.
Do rzeki Prądnik dotarłem na 10 km i trzymając się niej dojechałem w końcu do Doliny Prądnika. Świetne miejsce, a w czwartkowy mokry poranek klimat był niesamowity. Mijam skałki, kałuże na drodze i niewielu ntyurystów, których policzyłbym na palcach jednej ręki. Za miejscowością Prądnik Korzkiewsk wjechałem do Ojcowskiego Parku Narodowego, a cztery kilometry dalej zawitałem pod Bramę Krakowską. Zamną było dopier 22 km i wielel przede mną. Deszczyk cały czas delikatnie padał, ale nie przeszkadzał zbytnio w jeździe. Może poza tym, że woda nie spływała ze szkieł okularów. Zanim się obejrzałem byłem już w Ojcowie. Szybka fota zamku i ruszyłem w kierunku kaplicy na wodzie i DW773 i dwa kilometry dalej skreciłem w lewo na DW. Drogi wojewódzkiej trzymałem się przez kolejne kilka kilometrów aż do Sułoszowej. Niespełna kilometr za Maczugą Herkulesa i za Zamkiem Pieskowa Skała zjechałem z asfaltu na szlak rowerowy. Przejechałem przez Prądnik i zacząłem pierwszy podjazd tego dnia. Szutrowa nawierzchnia, mocno zmoczona i z wyraźną rynną powstałą od spływającej z góry wody. Las w takich warunkach ma niepowtarzalny klimat. Jechało mi się dobrze. Samotność na szlaku i wszechobecna cisza była przyjemna. Słyszałem jedynie opony toczące się po mokrej nawierzchni. Na asfalt zjechałęm za lasem, czyli ok 2 km dalej od początku podjazdu. W pięką i słoneczną pogodę pola powyżej Sułoszowej wyglądałyby bajkowo. W ponurą i deszczową pogodę takiego efektu nie było. Jechało się za to dobrze. Asfalt równy, a droga delikatnie wznosiła się w górę, póxniej w dół i tak kilka razy. Przed Zadolem Kosmolowskim wbiłem na pieszy SOG i trzymałem się go prawie do Kosmolowa. Zjechałem ze szlaku i asfaltem zjechałem do miejscowści.
Przed kościołem trafiłerm na procesję. Przy drodze stało dwóch strażaków i dwóch policjantów. Jeden ze strażaków zakomunikował, że nie mogę jechać dalej. Zrozumiały był to komunikat, niemniej nie chciałem trafić na taką sytuację. Kilak chwil póxniej jeden z policjantów powiedział, ze mogę jechać i między luźdzmi na spokojnie sobie przejdę. Tak zrobiłem, ale nie udało się przebić przez tłum. Nie chaiłem też przeszkadzać wiernym w uroczystości. Stanąłem sobie na końcu procesji i sparwdziłem na mapie czy są opcje objazdu. Jedna była i postanowiłem z tego skorzystać. Cofnłąem się kawałek i ruszyłem w górę. Szybko dotarłem na szczyt wzniesienia i zacząłem zjeżdżać. Plan był taki, że dojadę tą drogą do pieszego SOG, a nim już do sladu. Kilkaset mewtrów za asfaltem zaliczyłęm glebę. Wyłożyłem się na tyle porządnie, że Garmin włączył tryb alarmowy. wpadłęm w poślizg na błocie i nie było ratunku. Całą lewą stronę od butów po kas miałem w błocie. Wodą, którą miałem do picia z grubsza się umyłem. Nic poważnego się na szczęscie nie stało, tylko potłukłem się trochę. Zebrałem się i ruszyłem dalej. Dwieście pięćdziesiąt metrów od miejsca przyziemienia wjechałem na pieszy SOG i po kolejnym kilometrze na tym szlaku wróciłem na zaplanowany ślad. Szuterkiem lekko pod górę jechałem dalej. Rabsztyn i Jaroszowiec tym razem odpuściłem i minłaem je od wschodu. Gdybym dziś planował trasę, to do zamku w Rabsztynie bym pojechał. No ale teraz jestem mądrzejszy, bo już to przejechałem, a podczas planowania trasy celowo to ominłąłem, żeby nie przesadzić z dystansem. Deszcz już prawie nie padał, zrobiło się cieplej, a ja co raz częściej spoglądałem na ściąge zapisaną na Garminie, żeby sprawdzić ile zostało kilometrów do Bydlina. Kończyła mi się woda, a tam miała być żabka. Na liczniku wybił 60 km i byłęm pod sklepem. W Bydlinie trafiłęm na drugą procesję. Miałem szczęście, że jeszcze nie ruszyli, więc zrobiłem zakupy, spakowąłem je po kieszeniach, w torbach roweru i pojechałem dalej, żeby odjechać jak najdalej od kościoła, bo kierujący ruchem strażak powiedział mi, że za chwilę procesja ruszy spod kościoła.
Kilometr za sklepem zatrzymałem się w wiacie turystycznej. Uzupełniłem wodę w bidonach, zjadłem batona, banana i napiłem się coli. Kupiłęm też butelkę najtańszej wody, żeby dobrze umyć dłonie i owikę z pozostałości po błocie. Kilka minut później ruszyłem dalej. Zwiedzanie zamku w Bydlinie odpuściłęm, bo byłem tam dwa latat temu, a też sam zamek nie zachwyca. Trzy kilometry za wiatą wjechałem na rowerowy SOG. Z prawej strony minąłem Góry Bydlińskie. Odpuściłem też zamek Pilcza w Smoleniu, a zrobiłem to z tego samego pododu z jakiego odpuściłęm Rabsztyn. Trzymając się rowerowego SOG przejechałem przez Rezerwat Ruskie Góry, dojechałem do Ryczowa i kawałek po pokonaniu połowy trasy zameldowałem się przy zamku w Ogrodzieńcu. Było sporo ludzi, na teren zamku nie wchodziłem. Zatrzymałem się tylko na fotę i zjechałem poniżej straganó i tłumów. Przy fontannie usiadłem na kilka minut na ławeczce. Zjadłem batona i dokończyłęm colę, którą otworzyłęm w Bydlinie.
Z Podzamcza obrałem kierunek na Kromołów. Trzymałem się cały czas rowerowego Szlaku Orlich Gniazd. Wjechałem na szczyt wzniesienia, z którego pokazały się fajne jurajskie widoczki. Do Kromołowa było w dół i dzięki temu szybko znalazłem się w miasteczku. Minąłem źródło Warty i kawałek dalej zatrzymałem się prz kolejnej żabce. Standardowo uzupełniłem wodę i bez chwili zbędnego ociągania wystartowałem dalej. Znam dobrze te tereny i wiedziałm jak długi podjazd, jak fajny zjazd i co za fajne miejsce na mnie już czeka ;-) Na skarju miasteczka zaczyna się wąska asfaltowa droga po której przebiega SOG rowerowy. Mijam parę na ścieżce, gdzie gość coś dłubie przy rowerze partnerki. Z lekko spóxnionym zapłonem zatrzymuję się i pytam czy ma wszystko co potzreba i czy nie potrzebują pomocy. Potzrebowali. Cofnłąem się i awarai nie była awarią, a nieprawidłowym złożeniem roweru po wyjęciu go z bagażnika. Kable szły nie po tej stronie co trzeba i skutecznie utrudniały pani komfortową jazdę. Podpowiedziałem, że prawdopodobnie wystarczy odpiąć przednie koło i obrócić kierownicę o 360°. Pomogło :-) Ruszyłm dalej podjazdem wznoszącym się raz mocniej raz słaniej. Im wyżej byłem tym krajobrazy były ciekawsze. Na końcu podjazdu czekał na mnie widok na Wielki Okiennik. Bardzo lubię te okolice Jury. Zatrzymałem się na fotę i kilka chwil później dojechała para, któej pomogłem. Raz jeszcze podziękowali, ja życzyłem im miłego dnia. Zrobiłem fotkę i mogłem zjeżdżać. Zjechałem pod sam okiennik, ale nie podjeżdżałem pod same skałki tylkokontynuwałem jazdę swoim śladem. Szybko zacząłem kolejny podjazd pod zamek Morsko. Równy asfalt, pogoda już była dobra, bo nie padało i zrobiło się ciepło. Jechało się świetnie. Do zamku dotarłem bez problemów. Za mna było już 89 km. Postanowiłem zaytrzymać się w niedużej knajpce i trochę odpocząć. Zamówiłem frytki i kupiłem dwie zimne cole.
Od zamku nawierzchnia jest kiepska, ale udało mi się zjechać bez przygód. Na dole droga piaszczysta zmieniła się w nowiusieńki i równióteńki asfalt aż do samych Podlesic. Skręcam w lewo na ścxieżkę rowerową, a kawałek dalej zjeżdżam pod Górę Zborów. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że następonego dnia będę tam na MTB :-) Ścieżka rowerow szybko się kończy, więc zjeżdżam na DW. Półtora kilometra DW i odbijam w prawo na prawo na wąską drogę, którą dojeżdżam do Szlaku Zamków i nim docieram do Bobolic. Na tern zamku nie wchodzę, robię fotę zza siatki io jadę do Mirowa. Tam zdjęcie robię znad ogrodzenia. Planowałem w Mirowie uzupełnić wodę, ale miałem jesj wystarczająco, wię się nie zatrzymywałm. Wyszło nawet dobrze, bo ludzi było sporo. W Mirowie opuściłęm SOG i pojechałem do Łutowca, a później do Trzebiniowa. Trzymając się cały czas szlaku rowerowego dojechałem do Ostrężnika i skierowałem się do Złotego Potoku. Do miasta ni wjeżdżałem, bo wcześniej odbiłem na Siedlec. Zanim tam dojechałem wstąpiłem na chwile pod Barmę Twardowskiego. Później trzymając się asfaltu przejeżdżałem przez kolejne miejscowości: Siedlec, Piekło, Krasawa, w której wróciłęm na rowerowy SOG i Zrębice. Olsztyn był coraz bliżej. Za Zrębicami szlak odbił z asfaltu na niutwardzoną nawierzchnię i tak doprowadził mnnie do zamku w Olsztynie. Standardowo pojechałem po swojemu, anie tak jak prowadzi szlak. Muiałem 30 metrów przeprowadzić rower po piachu, bo nie dało się gravelem go pokonać. Przejechałem wzdłuż płotu zamku, Pan w kasie przepuścił mnie, żebym nie musiał wracać. Dzięki temu zjechałem do ronda i ruszyłem w stronę Częstochowy.
Asfaltem pojechałem na Kusięta. Minłąem po lewej Góry Towarne. W Kusiętach zjechałem z asfaltu i wjechałem do Rezerwatu Zeilona Góra. Trzy kilometry dalej wjechałem na asfalt i chwilę póxniej minłąem tablicę miejscowości Częstochowa. Sprawnie dostałem się do centrum. Zajechałem pod dworzec i okzało się, że dworzec, który ja pampiętam już nie istnieje. Aktualnie trwa tam remont i jak się okazało zajechałem nie z tej strony co trzeba. Pojechałem zatem od drugiej strony. Sprawdziłem na który peron przyjedzie mój pociąg powrotny i po rozpoznaniu sytuacji mogłem pojechac na popas. Miałem spory zapas czasu, więc znalazłem sobie burgewrownie Krowa mać, ale nie dotarłem do niej. Pomyliłem ulice i pojechałem nie tam gdzie trzeba. Wracając na dworzec zauważyłem bar, więc tam sie zatrzymałem i wciągnłaem burgera i frytki.
Świetny dzień na rowerze :-) Chyba najfajnieszy z tych wszystkich, które przejechałem wykorzystując PKP :-D Jurę znam, ale tak samo jak ją znam tak ją uwielbiam :-) Szlak Orlich Gniazd jechałem dwa lata temu. Zmodyfikowany pod siebie, wydłużony o Ojcowski Park Narodowy, mający dystans pona 240 km. Było bardzo fajnie. Wówczas jechałem z Częstochowy do Krakowa. Dlatego teraz bardziej mi zależało, żeby zmienić kierunek. Być może gdyby cały dzień padało, to byłoby inaczej. Natomiast padać przestało po 2-2,5h. Później zrobiło się ciepło i pokazał się błękit nieba i przebiło się słońce.
Przejechałem 147,5 km i 1592 m w górę. Link do stravy poniżej.
https://www.strava.com/activities/18785278086
Fotki:
96624
Łódź Fabryczna
96625
Adam Mickiewicz na Rynku w Krakowie
96626
Rynek w Krakowie
96627
Rynek w Krakowie
96628
Prądnicki klimacik
96629
Prądnicki klimacik
96630
Nad Prądnikiem
96631
rz. Prądnik
96632
Brama Krakowska
96633
Igła Deotymy
96634
Zamek w Ojcowie
96635
Maczuga Herkulesa
96636
Zamek Pieskowa Skała
96637
Maczuga
96638
Pola nad Sułoszową
96639
Postój w Bydlinie.
96640
Na skrzyżowaniu szlaków
96641
Zamek w Ogrodzieńcu
96642
Zamek w Ogrodzieńcu
96643
Zamek w Ogrodzieńcu
96644
Podzamcze
96645
Jurajski klimat między ogrodzieńcem a Kromołowem
96646
Jurajski klimat między ogrodzieńcem a Kromołowem
96647
"Święte" drzewo przy szlaku za Kromołowem
96649
Krajobrazy przed Wielkim Okiennikiem
cdn.
siemalysy
10-06-2026, 19:19
cd.
96650
Wielki Okiennik
96651
Zamek w Morsku
96652
Góra Zborów
96653
Zamek Bobolice
96654
Zamek Bobolice
96655
Zamek Mirów
96656
Brama Twardowskiego
96657
Olsztyn Słońce Jury ;-)
96658
Zamek w Olsztynie
96659
Częstochowa
96660
Częstochowa dworzec
Panowie - szacun za trud (przyjemny) włożony w tripy Wasze i za trud (mniej przyjemny) włożony w opisy i zdjęcia tychże tripów :smile: Zacząłem czytać od końca (od Michała alias siemalysy), zgodnie z przysłowiem "ostatni, będą pierwszymi". Resztę z czasem również przeczytam :!:
patronat
16-06-2026, 09:47
rotor 19 czerwca odsłonią nową Orbeę na DJI. Taki Rallon z mocnym silnikiem. A potem, jak wieść gminna niesie, być może nowego Wilda na Boschu. W sensie będą mieli dwa pełne elektryki enduro. Może się Marcin załapie :)
patronat
17-06-2026, 10:38
Odsłona jednak jutro, czyli 18 czerwca.
Podobno będzie reaktywowany projekt Antidota w 2-3 wersjach silnikowych (Bosch x 2 i DJI). Fajnie będzie mieć takie cudeńko na naszym rodzimym rynku.
Mam info, że Orbea obniży ceny aktualnych Wildów, jakby ktoś chciał...
siemalysy
17-06-2026, 20:12
Sebastian gavin kilka tygodni temu zaprosił nas na Górny Śląsk. Od samego początku wiedziałem, że jak nic się nie wydarzy po drodze, to pojawię się w punkcie startu. W sobotę przed godziną ósmą zameldowałem się przy dworcu w Gliwicach. Byłem odpowiednio wcześnie, że bez problemu zdążyłem na peron i tam oczekiwałem Tomka zdyboo. Pociąg miał kilkuminutowe opóźnienie, które nie wpłynęło za bardzo na nasze plany. Zanim pociąg zdążył odjechać z peronu dołączył do nas Sebastian. Zrobiliśmy więc szybki teleport z dworca i kikla chwil później mogliśmy ruszać na odpowiednio wysmaczoną trasę po Górnym Śląsku.
Pogoda zapowiadała się dynamicznie, prognozy nie wykluczały deszczu, jednak nie zdołały nas skutecznie przestraszyć. Kilka minut przed ósmą wystartowaliśmy na północny-wschód od Gliwic. Początek spokojny, bez szaleńst, bez premiumów. Trochę asfaltu, trochę kałuż, trochę błota. Nic nadzwyczajnego i noic strasznego po czym nie dałoby się jechać. Wiadomo było, że po zakończeniu tej rajzy rowery czyste nie będą. Na dwunastym kilometrze dojechaliśmy do Autostrady Bursztynowej, pokonaliśmy ją i przez 2,5 km jechaliśmy równolegle doc niej. Następni odbiliśmy do lasu, w którym nyło trochę błota, kałuż i wody. Trochę ostatnio padało, więc taki widok nieszczególnie mógł dziwić. Las opuściliśmy w Ptakowicach i ruszyliśmy w kierunku Sowiej Góry. Ostatecznie nie wjechaliśmy na jej szczyt, bo droga okazała się nieprzejezdna. Wróciliśmy zatem do asfaltu i nim kontunuowaliśmy jazdę. Trzy kilometry dalej, przy parkingu obok Sztolni Czarnego Pstrąga wróciliśmy na nasz ślad.
Sebastian zapewniał nas, że już niebawem zaczą się szuterki premium ;-) Nie mieliśmy podstaw by mu nie wierzyć, jednak to co mieliśmy pod kołami trochę nie pasowało do zapewnień ;-) No ale niebawem, to niebawem, po co drążyć ;-) Jechaliśmy zatem dalej aż wjechaliśmy na Szlak Gwarków i nim dotarliśmy do Kopalni Dolomitu "Bobrowniki". Ciekawe miejsce, ciekawe ścieżki na gravela. Możnas było nieźle się wyglebić, a przy odrobinie pecha lub nie wiedzy polecieć w dół. Sebastian ostrzegł nas przed przepaścią, więc nic nam się nie stło. Zrobiliśmy fortik i ruszyliśmy dalej. Niedlaeko za kopalnią wjechaliśmy w Doły Piekarskie gdzie momentami trudno było utrzymać się na rowerze. Natomiast trzeba oddać, że klimat był fajny w tym lesie. Za lasem szybko znaleźliśmy się na asfalcie i mogliśmy ptrzyspieszyć. W Piekarach Rudnych asfalt się skończył i zjechaliśmy na polną drogę. Tam trochę walczyliśmy o to, żeby się nie dokonać przyziemienia, bo błoto zaklejało nam opony. Jedynie monster szedł tam jak zły. My z Tomkiem najgorsze fragmenty zmuszeni byliśmy rowery przeprowadzić. Błotną sielankę zatrzyał zamknięty przejazd kolejowy. Pierwszy raz w życiu spotkałem się z zamontowanym przyciskiem dzwonka na szlabanie. Po zadzwonieniu otrzymaliśmy przez megafon komunikat, że za chwilę będzie jechał pociąg. Następnie szlaban się otworzył i mogliśmy ruszyć dalej.
Jechało nam się dobrze i zanim się obejrzeliśmy byliśmy już przyPałacu Kawalera w Świerklańcu. Szybka fota i kilka chwil później już zatrzymaliśmy się na kolejną fotę, tym razem przy Zbiorniku Kozłowa Góra. Zaczęły się też nieśmiało pokazywać się premiumy. Wiadomo, ze jak będą niebawem, to będą. ;-) Koniec. Kropka. W Kaletach był kolejny zbiornik wodny, Zeilona Górna i zielona Dolna. Był tam bar, więc zatrzymaliśmy się, żeby uzupełnić zapasy wody, chwile odpocząć i nbapić się czegoś zimnego. Był to 63 km i od tego momentu zaczęło się szutrowe szaleństwo. Zaczęła się Leśno Rajza :-D Przerywały je jedynie krótkie odcinki po typowych leśnych drogach. Przy jednym tamim premiumie stoi tablica informacyjna i kładka, która prowadzi do Cisa Donnersmarcka, czyli najgrubszego Cisa w polskich lasach, który liczy sobie 500-600 lat. Świetne drogi ciągnęły się niemal cały czas. Trafiały się przy nich też ciekawe miejsca, takie jak Cis, o któym wspomniałemm, ale też sama obecność przyrody czy bliśkość rzeki Mała Panew. Urokliwe miejsce, nie sposób się nie zachwycić. Jak dobrze pamiętam gdzieś w tamtych okolicach złapał nas pierwszy i na szczęście jedyny deszcz. Początkowo nie padał mocno, więc nie ubieraliśmy kurtek. Intensywność jednak dość szybko wzrosła, więc zatrzy,aliśmy się i ubraliśmy dodatkową odzież. Opad nie był długi, więc nie zmoczyło nas za bardzo.
Prawie na setnym kilometrze dojechaliśmy do Kotów i planowaliśmy zrobić tam popas. Niesety restauracja była nieczynna, bo obsługiwała imprezę zamkniętą albo catering. Ruszyliśmy więc dalej. Dwanaście kilometrów dalej również nie zjedliśmy, bo lokal był zamknięty. Restaurację, któa była otwarta i mogliśmy zatrzymać się na obiad znaleźliśmy dopiero w Toszku przy Rynku. Zanim dotarliśmy do centrum, to na przedmieściach jakiś małolat wjechałby we mnie na hulajnodze elektrycznej. Zdenerwowałem się porządnie i rzuciłem w jego kierunku kilka niecenzuralnych słów. Zrobiło mi się gorąco. Dobrze, że zdążyłęm zahamować. Wracając do popasu, to usiedliśmy sobie na zewnątrz. Było przyjemnie ciepło. Na dania nie musieliśmy czekać. Kuchnia uwinęła się sprawnie i zamówiony obiad wjechał na stół.
Po obiedzie wjechaliśmy na zamek i kilka minut później opuśliliśmy miasto. Na 133 km przejechaliśmy przy jez. Pławniowice. Stamtąd już obraliśmy kierunek na gliwicki dworzec. Kilkanaście kilometrów które nas od niego dzieliło pokonaliśmy sprawnie i mogliśmy kończyć tripa :-)
Fajna, zróznicowana, a przede wszystkim wysmaczona trasa :-) Choć gdyby tego błota z początku nie było, byłoby lepiej i przede wszystkim szybciej. Szuterki jak się już pojawiły, to się nie kończyły. Drogi leśne między premiumami też były spoko. Całokształt trasy mocno na plus. Podobało się dla mnie i cieszę się, że udało się nam wspólnie pojeździć. Sebastian, Tomek raz jeszcze dziękuję za współną jazdę :-)
Garmin zarejestrował 151,7 km na któych wyszło 988 m pod górę. Link do stravy poniżej.
https://www.strava.com/activities/18905784334
Foty:
96809
Staw Cegielnia
96810
Ślaski krajobraz. Gdzie ten węgiel? ;-)
96811
Trochę kwiatków 1 ;-)
96812
Trochę kwiatków 2 ;-)
96813
Kopalnia Dolomitu
96814
Śląskie szutry premium :-P
96815
Pałac Kawalera
96816
Świerklaniec
96817
Zbiornik wodny Zyj
96818
Zbiornik wodny Kozłowa Góra
96819
Zbiornik wodny Kozłowa Góra
96820
Prawie jak kolorowe jeziorko
96829
Stanica rowerowa. Garbaty mostek nad rzeką Mała Panew
96822
Mała Panew
96823
Premiumy
96824
Cis Donnersmarcka
96825
Mała Panew
96826
Premiumy
96827
Zamek w Toszku
96828
Ciekawe chmurki pod Toszkiem
Dojechałem, przejechałem i podobało się.
Uzupełnię tylko, że z pogodą przez długi czas się udawało. Na rubieżach Tarnowskich Gór wjechaliśmy na stan, zaraz po deszczu. Było widać, że przestało padać dopiero co. Ten deszcz co nas dopadł to dobrze, że już na premiumach, bo jakby dołożył w tym błocie na początku to byłoby słabo.
Błoto na początku, to poniekąd moja wina, bo ograniczony zbiorkomem wysiadałem w Gliwicach. Ale faktycznie można było je odpuścić, nawet po twardym. Zwłaszcza, że początkowy odcinek wypadł bardzo wolnym tempem i przez to byliśmy zmuszeni do odpuszczenia pałacu nad J. Pławniowice. Niemniej jednak gavin umie w trasy, może już odpiąć plakietkę "Uczę się" i przypiąć z dumą "Młodszy trasowy".
W każdym razie, świeżo posmarowany łańcuch musiałem dosmarować w trakcie trasy. Wszyscy zrobiliśmy to w Toszku czekając na paszę, aczkolwiek mój łańcuch zaczął najpóźniej śpiewać pieśń swojego ludu. Chyba najbardziej starałem się omijać kałuże.
Takoż dziękuję za wspólną jazdę.
Dzięki chłopaki za to, że przyjechaliście posmakować szutrów żużlowych. Dodam, że odwiedziliśmy jeszcze dawną kopalnie Bibiela oraz magiczny Brusiek. Kilka dodatków musieliśmy pominąć przez wolne tempo na początku i trudny teren. Ale mam już pomysł na następny raz [emoji6]
Heh… I pomyśleć, że ja to odpuściłem na rzecz turlania się 500 km po Dolnym Śląsku… no cóż trza się będzie poprawić 😁
grissley
18-06-2026, 10:29
Heh… I pomyśleć, że ja to odpuściłem na rzecz turlania się 500 km po Dolnym Śląsku…
Jak zobaczyłem na stravie to musiałem się przyjrzeć, czy mi się zera w oczach nie mienią. Ale potem sobie przypomniałem, że było już 600+, więc takie pińset to w sumie żaden szał.. 😂
@rotor (https://forum.nikoniarze.pl/member.php?u=2473) 19 czerwca odsłonią nową Orbeę na DJI. Taki Rallon z mocnym silnikiem. A potem, jak wieść gminna niesie, być może nowego Wilda na Boschu. W sensie będą mieli dwa pełne elektryki enduro. Może się Marcin załapie :)
Tak obserwuje z dystansu, te wszystkie nowości, bo moje zainteresowanie nowym rowerzem, datuje się na ok. za dwie jesienie 8-). Na razie usprawniłem Dżajancika dodając nowy wideł, w planach być może extender,.. Nie ma co myśleć o nowym bolidzie, bo na razie jest wszystko, nic mnie nie ogranicza.
Marcin - z planami nowego bicykla, to tak w "rozkroku" jest pomiędzy DIJ, a Boschem 5, trailem z aspiracjami, a endurówką, zwiększenie wyboru wcale nie ułatwia mu zadania :twisted: Niedawno przesłał mi screena, jak to AI go opierdzieliła za brak zdecydowania, że "zawraca jej głowę" czy coś w ten deseń... - poważnie :mrgreen:
patronat
19-06-2026, 22:54
Jak dla mnie jednak Bosch i enduro. Sulnik rekompensuje geometrię, a zapasu nigdy za wiele. Nie mam pojęcia jak gwarancja w avinoxie działa, ale już słyszałem o ugotowanych silnikach.
Jak dla mnie jednak Bosch i enduro. Sulnik rekompensuje geometrię, a zapasu nigdy za wiele. Nie mam pojęcia jak gwarancja w avinoxie działa, ale już słyszałem o ugotowanych silnikach.
Ja miałbym podobnie, gdybym teraz kupował bolida. Jak przed elektronem miałem Reign'a analoga, wiedziałem na 100%, że to jest rower/geo endurówki, skrojone dla mnie. W przypadku analoga tego typu geometria na podjazdach, to był jakiś problem, tak przy elektryku on zanika, dlatego decyzja u mnie na e-Reigna przyszła bardzo szybko. W moim wieku, powiedzenie "kupa sprzętu, a zero talentu" już nie jest wstydliwe, a rozsądne :razz: Taki sprzęt jest po prostu na dzikich, rozwalonych, nieobliczalnych, zmieniających się po każdej większej ulewie szlakach, bezpieczniejszy ;-)
-----
Ja jestem delikatnie w szoku, jak dużą ekspansję obserwujemy DJI w rowerzach różnych marek i to niekoniecznie budżetowych. Obawy mam, żeby nam to czkawką, się w przyszłości nie odbiło :???:
No i mamy kolejny atak chińskiego producenta, na niewielki (jak do tej pory) kawałek tortu.
https://www.facebook.com/MBRmagazine/posts/pfbid02uDkQ7hvazzdfoeCA6gJNkg2nUBW26Yx5xWj6d7f8VBk JbW9pPSq85gw3GKhCyvbdl?locale=pl_PL
Pinion nie ma, ani środków, ani mocy politycznej, by rozwijać swój system na szerszą skalę, dlatego pozostaje tylko, jako ciekawostka w świecie e-mtb. Chińczyk ma i jedno i drugie, więc za jakiś czas system zawita u progu zwykłego domu. Jest szansa, że następny mój bolid, taki właśnie będzie :D.
Avinox, też się nie leni ->
https://www.youtube.com/watch?v=Qdvuye1lyn0
patronat
26-06-2026, 19:10
Jest keszcze Nichu. I ma odzysk energii na zjazdach!
Wczoraj na dzielni Państwo Endurofina testowało 4 kółka..., tym razem spięte w jedną ramę :D
Zakręty na Żar były odpowiednie to tych testów. Z kolegą byliśmy na nocnym rajdzie : Żar, Kiczera, Porębski, czyli standardowe, nasze podwórko.
97048
97050
97049
- - - - kolejny post - - - - - -
Jest keszcze Nichu. I ma odzysk energii na zjazdach!
Z tym odzyskiem, to ja bym nie kombinował, strasznie nienaturalnie się wtedy wytraca prędkość. W F1 jest to od dawna i coś niecoś mi się obiło o uszy, ile to problemów przysparzało inżynierom i kierowcom, a środki i myśl techniczną mają na najwyższym poziomie. Poza tym, idziemy coraz bardziej w komplikowanie systemu, a tego już nie jestem zwolennikiem, w pewnym momencie mówię stop :p
Powered by vBulletin® Version 4.2.5 Copyright © 2026 vBulletin Solutions, Inc. All rights reserved.