Zobacz pełną wersję : cykliczny wątek o bajkach (rowerach... w sensie ;) )
grissley no to dociągnąłeś do moich rekordów odległości. Ale żeby się na starość w piaskownicy bawić... ;)
cz4rnuch w zimie praktycznie nie jeżdżę ale polecam kierownicę z dużą flarą. Wtedy na górze możesz mieć tyle co teraz ale na dole będzie szerzej i znacznie lepiej się tak jedzie w terenie. Więc po śniegu pewnie też, a ileż tych dni ze śniegiem będzie. Ja mam Ritchey Gravel Comp Beacon.
36 st flara, no nieźle [emoji6]
Pomysł zrobienia trasy Zielona Góra – Wrocław chodził mi już po głowie od jakiegoś czasu. Dobranie dnia jednak wynikło nieco spontanicznie. Wyrysowałem, a w zasadzie zrobił to za mnie RWGPS, ja tylko poprawiłem nieco trasę.
W piątek wieczorem przygotowałem rower, ale po pół godzinie zauważyłem, że z tylnej opony zeszło całkiem powietrze. Napompowałem raz drugi, ale nie tak bardzo i tym razem już trzymało.
Ciapong miałem o tyle niefortunnej godzinie, że nie mogłem dojechać na główny innym pociągiem z mojej stacji osiedlowej. Co prawda linia do Zielonej Góry przechodzi przez dwie stacje koło mojego osiedla, ale nie wiedziałem, jak bardzo ten pociąg będzie nabity i zdecydowałem się jechać na dworzec główny na kole, żeby wsiąść na stacji początkowej.
Na dworcu zameldowałem się 20 minut przed odjazdem, ale skład już stał w peronach. Wsiadłem, oparłem rower w zagrodzie i czekałem. Po kilku minutach wsiadł koleś też z Checkpointem, a po nim chyba 5 typów z gruzami i jeden z szosówką. Gravelowcy jechali razem i to też do Zielonej Góry.
Na miejscu zameldowaliśmy się z kilkuminutowym opóźnieniem. Było ciepło, ale pochmurnie. Ruszyłem na południe, musiałem wydostać się z miasta. Niestety to także oznaczało, że miałem niemal całe miasto do przejechania, bo dworzec znajduje się na północy Zielonej Góry. Jak już wydostałem się z centrum zacząłem jechać po wygodnej DDR, która w sumie wyprowadziła mnie z miasta. Na obrzeżach mijałem się z wieloma rowerzystami, którzy mimo wczesnej pory także postanowili pojeździć.
Ta DDR prowadzi aż do Otynia, który na tablicach informuje, że jest rowerową stolicą Polski. Niedaleko za tą stolicą znajduje się Nowa Sól z portem rzecznym, który bardzo przypomina małe porty nadmorskie. Za Nową Solą z kolei znajduje się Bytom Odrzański i to było tyle większych miejscowości na trasie. Specjalnie unikałem, bo przejazdy przez miasta spowalniają. Światła, ruch, infrastruktura, lepiej unikać, jak się nie musi.
Przed okolicami Głogowa i Polkowic zaczęły się pagórki, nic wielkiego, ale dało się zauważyć, że teren już nie jest taki płaski. Koło Polkowic pojawiły się też instalacje i obiekty KGHM. W Obiszowie nawet jakieś szlaki XC zauważyłem, na parkingu przy wjeździe nań stało nawet kilka samochodów z bagażnikami rowerowymi.
Za Siedlcami nieco mnie skropiło, ale nic zobowiązującego, aczkolwiek kilometr dalej wjechałem na całkiem mokry asfalt, zatem dostałem tylko odpryskiem większego deszczu. Przed Krzyżową wjechałem na DDR poprowadzony po zlikwidowanej linii kolejowej ze Ścinawy do Prochowic. Gładka nawierzchnia, ale tyle. Widokowo słabo, a przez kilkanaście kilometrów nie było żadnego miejsca, żeby sobie usiąść.
Z Prochowic miałem najdłuższy odcinek nie po twardym i trochę się go obawiałem bo już miałem 130 km w nogach, ale niepotrzebnie. Trasa wiodła koroną wałów przeciwpowodziowych Cichej Wody i Odry po gładkich szutrach. Przed Lubiążem zjechałem z wałów i mostem przekroczyłem Odrę. Wjechałem na tereny już znane, wokółkominowe.
Sprawdziłem w telefonie, że w Lubiążu pizzerii raczej nie znajdę i pojechałem do karczmy pod opactwem. Wjechał schabowy na pełnej. Dalej to już nic nowego. Po przekroczeniu mostu w Brzegu Dolnym wyszło, że jak pojadę dłuższy wariant dojazdu do domu to przekroczę 200 km, bez potrzeby dokręcania na osiedlu. Czułem się dobrze, żadnego kryzysu nie miałem, zatem zdecydowałem się na dłuższy wariant.
Po nieco ponad godzinie zameldowałem się w domu. Tym razem nie zlekceważyłem wiatru i tak wybrałem trasę, żeby mi pomagał, na tych nielicznych i na szczęście krótkich odcinkach wmordewindu przekonałem się, że dobrze zrobiłem. Takie 200 km na spontanie.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15245097151
Fotosy:
89554
Ruiny dawnej greckiej świątyni w Otyniu.
89555
Rowerowa stolica Polski.
89556
Barka zostawiona na brzegu.
89557
Jakiś srak mi naptakał na obiektyw.
89558
Jo jest górnik z kopalni Bytom i jo się pytom jak zostać bandytom. Zdjęcie z Bytomia... Odrzańskiego.
89559
Po Beskidach każdy szuter jest premium.
89560
KGHM góruje nad lasem.
89561
Żniwa.
89562
Doceniam nieszablonowość, ale nie chciałbym w to trafić po ciemku w deszczu.
grissley
02-08-2025, 22:20
Gratki zdyboo. dwusetka na spontonie robi wrażenie.
Ja na razie dotarłem do poziomu, że 130-140 mnie nie rusza, a rekord mam na poziomie 175. 200 jest w planie, ale ciągle czuję przed nią respekt. No i średnie prędkości na takich dystansach mam poniżej 20kmh, a to jednak mocno ogranicza...
grissley
03-08-2025, 00:19
@grissley no to dociągnąłeś do moich rekordów odległości.
A ja dopiero się rozgrzewam - wczoraj było 143 :)
Aaale a'propo wczoraj.
Coś się w tym roku porobiło, że nie ma jak nigdzie ciapongiem podjechać. To znaczy intercity, czyli na dalsze dystanse. Wszystko co sprawdzam ma wyprzedane miejsca na rowery na minimum dwa tygodnie wprzód.
A czemu o tym - wypuściłem rodzinkę przodem nad morze i zapowiedziałem się zaraz po nich na rowerze. Mam heatmapę dociągniętą do ruin "pałacu" w Łapalicach obok Kartuz, więc plan trasy zakładał doPeKaPowanie się do Kartuz właśnie i ruszenie w stronę Ustki już na własnych kołach. Tutaj pojawił się wspomniany problem z InterCity - brak jakiejkolwiek opcji dojazdu z rowerem . Na szczęście przypomniała mi się akcja z zeszłęgo roku - wtedy wracałem z Mazur i pasowało mi zakończyć traskę w Mławie i stamtąd złapać osobówkę Kolei Mazowieckich (KM) do Warszawy. Ale ponieważ KMki jadącę w tę stronę kończą bieg w Działdowie, to doczłapałem się do Działdowa, żeby wsiąść do pustego pociągu i pojechać jak człowiek, siedząc i w ogóle. No i podjechał pociąg, a w nim luda spokojnie 2x tyle ile przewidział Newag czy inna Pesa, w rowerów chyba ze trzycyfrowo, choć oficjalnie pojemność rowerowa to pewnie max *naście sztuk. Rowery układane warstwami, w przejściach, na schodach, wszędzie. Okazało się, że chociaż granica woj. mazowieckiego jest gdzieś między Mławą a Działdowem (co i tak jest ze 2x więcej od historycznego Mazowsza), to jakimś sposobem KM odpaliła bezpośrednie z Ustką. No i właśnie w taki pociąg z Ustki się wbiłem. Zamiast siedzieć stałem przez ponad 2h, w dodatku wygięty i na jednej nodze.
No ale, przypomniał mi się ten cudowny pociąg (w standardowym rozkładzie pkp się nie pojawia - to wiedza tajemna), poszukałem - 6:30 rano do Ustki, jest.
No to pan był gotowy. W czwartej ogarniam chatę, domykam tematy w robocie przed urlopem, ogarniam rower (tutaj będzie wtrącenie za chwilę), pakuję się, szukam służbowego telefonu który się zgubił, gonię do paczkomatu zrobić zwrot paczki, bo nadawca wysłał nie to co zamówiłem, przeparkowuję samochód, bo wcześniej zapomniałem, szykuję żarcie na drogę, załatwiam jeszcze jakieś 50 pierdylionów rzeczy o których wcześniej zapomniałem i już ok 3 nad ranem jestem gotów do snu. Zasypiam nie od razu, a pobudka o 4tej, więc gdy dzwoni budzik FITopaska pokazuje mi równe 19 minut snu. Nie jest źle - to się chyba nazywa Power Nap ;) Byłaby godzina więcej, albo i półtorej - gdyby nie owo ogarnianie roweru. Chciałem zmienić tarczę na 180 - i nawet zmieniłem. Ale najpierw jakieś akcje z usyfionymi zapieczonymi śrubkami, zapieczoną ośką (a raczej zasyfionym mechanizmem jej zwalniania, który nie chciał się zwolnić) itpitd. A jak już koło było gotowe, założone i zabrałem się za przykręcanie zacisku to okazało się, że ten adapter +20mm co go mam to faktycznie jest +20mm, ale dodatkowo IS-PM, więc nie pasuje. Czyli zostało mi tylko zrobić wszystko co zrobiłem w odwrotnej kolejności, założyć z powrotem 160mm i jeszcze raz wszystko do kupy. No i o.
W każdym razie. Wstaję o tej czwartej, ubieram się, zabieram plecak, graty itp i wytaczam się z domu. Do Dworca mam raptem godzinkę drogi, a to dzięki nieocenionym włodarzom miasta stołecznego Warszawy, którzy zafundowali nam tramwaj. Tzn tramwaj buduje się już chyba dwa czy trzy lata i wszystko jeszcze rozkopane, ale tramwaj już jeździ. Dzięki temu, że jeździ i temu, że można było zlikwidować dublujące go połączenia autobusowe, dojazd do wspomnianego dworca zajmuje teraz jedyne 60 minut, a nie w chore 40, jak to było przed tym usprawnieniem. Dobrze, że chociaż mogę się dwa razy przesiąść, bo wcześniej trzeba się było męczyć z bezpośrednim połączeniem i to niemal spod samych drzwi domu. Nuda.
Na dworzec ostatecznie docieram w czasie historycznym, utrzymując obecną, nowoczesną liczbę przesiadek i dodając do niej kawałek na kołach. Na dworcu melduję się 5 minut przed podstawieniem pociągu, czyli idealnie. Co ciekawe, na peronie zamiast dzikiego tłumu kolarzy którego oczekiwałem po zeszłorocznych doświadczeniach znajduje się rozsądna ilość pasażerów i tylko jeden świr z jednośladem, czyli ja. Zagaduję konduktora, bo akurat mieli otwartą kabiną w przedziale sterowniczym, konduktor podpytuje, czy to ta wspaniała pogoda mnie z Warszawy nad morze wygania (hehe, dowcipniś...). Bo wie Pan, ten pociąg to pęka w szwach teraz, ale w tę drugą stronę tylko...
Sadowię się na fotelu (standard KM a nie intercity, czyli nieco lepiej niż drewniana ławka) i próbuję spać. Lekko nie jest - co chwilę coś budzi, ale podejrzewam, że co najmniej godzinę netto snu w ciągu całej trasu do Gdańska Wrzeszcza dorzucam do pierwotnych 19 minut.
We Wrzeszczu przesiadka na pociąg do Kartuz. Miła Pani oznajmia 10 minut przed odjazdem, że pociąg do Kartuz stoi na Peronie 4. Rozglądam się ja, rozglądają się pasażerowie, pociągu nie widać. Po kilku minutach przejeżdża Regio z napisem kartuzy i zatrzymuje się za ze 100m peronem. Po chwili przyjeżdża pociąg Z Kartuz a Pani znowu oznajmia, że pociąg DO Kartuz stoi na czwartym, więc czekający tłum rusza do tego co właśnie przyjechał, bo pewnie będzie zawracać.
Noo ale konduktorka wyskakuje wtedy na środek peronu, własnym ciałem i rozcapierzonymi rękami zagradza drogę tłumowi i oznajmia "to nie ten, to nie ten!!!"
"To który qr, bo podobno już od 10 minut stoi?!?"
"No stał na końcu peronu i pojechał ale zaraz przyjedzie znów"
"Ten co to niby teraz stoi?"
"No tak, właśnie ten"
No XXXte plenum spółdzielni Zenum, normalnie :D
Albo "To nie wasz pociąg, oznajmiły megafony" ;)
Enyłej, SA137 który okazał się tym właściwym to prawdziwy szynobus. Tzn jedzie jak normalny autobus - biegi, sprzęgło itp. Wrażenia jak w Autosanie H9, chociaż przecież po szynach jedziemy.
Ostatecznie, ok 12:30 jestem na starcie trasy. W Kozienicach napisy czcionką umlautami, na postumencie pomnik germańskiej myśli parowozowej w polskim przebraniu, a w odzieżowym na rogu kupuję jeszcze jakąś bluzę bo zimno jak s*syn.
Sama trasa mija pod znakiem walki słońca z deszczem. Temperatura w słońcu taka, że bez bluzy jest aż za ciepło, a gdy słońce zachodzi, to zimno mi nawet w bluzie. Gdy zaczyna padać chowam się na przystanku autobusowym w stanie wilgotnym, nie zmoczonym (tzn ja jestem w takim stanie, nie przystanek), generalnie, w ostatniej chwili. Deszcz nie wygląda na przelotny, więc ucinam sobie jakieś 30minut drzemki (czy dobijam już chyba łącznie do pełnych godzin snu!), a potem zaczynam się zastanawiać, czy zaplanowane 138km przy takiej ilości snu i goownianej pogodzie to aby dobry pomysł. Gugel podpowada, że najkrótsza trasa jest 25km krótsza niż mój plan i postanawiam guglowi zaufać. Co nie jest zbyt mądre, bo najpierw prowadzi mnie z asfaltu na szuter, potem na polną trasę, a gdy jestem w środku jakichś leśnych bezdroży z trawskiem (mokrym) do kolan to wiem już, że zbyt dobry pomysł to to nie był.
Wracam asfaltami do pierwotnego szlaku - głównie na szóstką na Szczecin. Jest miło, towarzystwo wielu mijających mnie kierowców, z których niektórzy radośnie pozdrawiają klaksonem. Jadę już generalnie zgodnie z pierwotnym planem, chociaż gdzieś po drodze korci trochę złapać pociąg ze Słupska do Ustki, ale na tym etapie chrzanię już ułatwienia i skróty. Jeszcze dwa razy muszę pauzować przez deszcz, w obydwu przypadkach wodny armageddon szarpie dachami przystanków pod którymi się chowam oraz zacina dokładnie pod takim kątem, że nawet przyklejenie się do ściany nie gwarantuje mi pełnej separacji od ściany wody. A przynajmniej od jej rozbryzgów. Finalnie, jestem na miejscu o 23ciej, na budziku 143km, awans w rankingu squadratowym o 113 miejsc :)
89582
89583
89584
89580
89581
patronat
03-08-2025, 11:06
Może nie stricte rowerowo, ale pokażę: jesteśmy w rejonie arktycznym, tras rowerowych nas interesujących niewiele, bikepacking kwitnie w okolicy za to pełną gębą. Oprócz codziennych zajęć, trafił nam się wczoraj ptak. Jako, że pozbyłem się definitywnie RX100, do torby miałem wrzuconego ZF, z 70-200. No i pyk:
89586
Nikon robi robotę :)
Inspiracja na trasę przyszła od kolegi na Stravie. Robił przeloty przez Szwajcarię Saksońską i Czeską przy okazji kilkudniowych wypadów. Ja tm byłem z buta i dawno temu na rowerze nieco musnąłem temat przy okazji „wyprawy” z Drezna do Pragi. Niby blisko, ale czy aby na pewno w zasięgu jednodniowego wypadu wspomaganemu ciapongami.
Z pomocą przyszło połączenie Wrocław - Drezno realizowane wspólnie przez Koleje Dolnośląskie i niemieckiego prywatnego przewoźnika. Polega to na tym, że przesiadka na skomunikowany ciapong następuje w Zgorzelcu. W Gorlitz doczepiają nawet drugi szynobus i to sobie dość szybko jedzie do Drezna. Ja jednak nie potrzebowałem jechać aż tak daleko.
Z osiedlowej pojechałem na główny, Sprinter do Zgorzelca już stał. W środku dwa rowery z sakwami. Oczywiście na rowerach. Sakwiarstwo to jest stan umysłu jednak. Oparłem swój bolid i czekałem, wbiło jeszcze kilka osób w tym dwóch kolesi co jechali weekendowo ze Zgorzelca do Zielonej Góry. Całą drogę przegadaliśmy, zatem podróż minęła szybko.
Przesiadłem się do niemieckiego składu razem z tymi sakwiarzami co już byli w pociągu we Wro. Nagle okazało się, że sakwy da się zdjąć, w niemieckiem szynobusie jest mniej miejsca. Po niecałej godzinie podróży wysiadłem w Bischofswerdzie. Cała podróż z Wrocławia zajęła 2:50 w tym 15 minut na przesiadkę w Zgorzelcu i 5 minut w Gorlitz na złączenie składów. Czyli krócej niż z Wro do Szklarskiej Poręby na przykład. Kupowałem bilet u niemieckiego konduktora i kosztował on 18,5 eurasa za mnie i za rower. Dużo, w przyszłości będę musiał jednak zakombinować z biletem do Drezna kupowanym w KD.
Przywitała mnie przyjemna temperatura, słońce i pochmurne niebo. Ruszyłem na południe w stronę Łaby. Już na wyjeździe z miasta przywitały mnie pierwsze pagórki. Szybko dojechałem do Stolpen miasta malowniczo położonego na zboczach góry, którą wieńczył zamek. Gdzieś za Heeselicht pojawiły się pierwsze drogowskazy i tablice informujące o Szwajcarii Saksońskiej. W okolicach Hohnstein zaczęły się widoki. Jeden punkt widokowy miał nawet parking.
Rysując ślad zastanawiałem się czy nie ominąć zakola Łaby między Strand, a Prossen, ale jednak zdecydowałem się pojechać po Elberadweg i to lewym brzegiem skąd jest lepszy widok na skały przełomu Łaby. Wobce tego w Kurort Rathen pojechałem na most, który okazał się… przeprawą promową. Nie musiałem nawet czekać, akurat prom przybił do mojego brzegu. Kupiłem bilet w automacie, ale przy wejściu okazało się, że tylko dla siebie albo tylko dla roweru. Niestety automat miał menu tylko po niemiecku, co o tyle dziwne, że ze mną płynęły jakieś Azjatki, a wychodząc z promu słyszałem rozmowę po angielsku z amerykańskim akcentem. Udało się jednak kupić bilet przy samym wejściu na prom.
Jazda lewym brzegiem to była także podróż sentymentalna, 15 lat temu jechałem ją z kolegą jako jeden z fragmentów trasy z Drezna do Pragi. Nawet wyszło, że pole namiotowe nad samym brzegiem łaby koło Konigstein na którym spaliśmy wtedy nadal istnieje. Jechałem wygodną choć czasami bardzo wąską DDR nad Łabą. Dobre jednak szybko się skończyło. W Bad Schandau wróciłem na lewy brzeg by po chwili ostrym, ale na szczęście krótkim podjazdem wjechać do Parku Narodowego Szwajcarii Saksońskiej. Podjazd miał dodatkowo dwa pit-stopy, bo remont drogi i ruch był puszczany wahadłowo. Szybko zjechałem z asfaltu na szuter, a tym samym na część wyłączoną z ruchu samochodowego. Zaczęło się samo gęste.
Ludzi nie było zbyt wiele, dało się swobodnie jechać. To nie R10 w sezonie. Droga wiła się między skałami. Klimat wybił ponad skalę. Nawierzchnia premium lub zbliżona, choć były i gorsze odcinki. Jak widziałem, że zaczynają się równo ułożone kamienie wtedy redukcja przełożeń, bo zaraz zacznie się ścianka. Na szczęście wszystkie były krótkie, kilkanaście obrotów korby i się wypłaszczało.
Jechałem na północy parku narodowego wśród lasu i skał. Co rzucało się w oczy to duża ilość wiatrołomów i/lub śniegołomów i to nie takich najnowszych, bo pnie były już łyse. Do Czech wjechałem w okolicach Zadni Doubice. Dalej wygodnym asfaltem jechałem wśród urzekających widoków. Było przepięknie. Trudno to opisać, trudno to sfotografować, trzeba na żywo.
Na granicy Parku Narodowego Czeskiej Szwajcarii w miejscowości Kyjov zatrzymałem się na obiad, byłem głodny i zwykły baton na krótko by tylko rozwiązał problem. Jak kończyłem dopijać piwo po obiedzie zaczęło padać. Rada pokazywał, że zaraz skończy. Poczekałem zatem pod parasolem, a jak już tylko kropiło to założyłem kamizelkę, zamontowałem błotnik pod siodło i ruszyłem. Kamizelka dobra rzecz, w kurtce błyskawicznie bym się zgrzał, bo nadal było ciepło i nawet słońce zaczęło grzać zza chmur. Jak przestało padać to rozpiąłem kamizelkę, a po czterech kilometrach już całkiem schowałem ją do torby, nawet droga zrobiła się sucha.
Ze Studanky do Varnsdorfu zrobiłem V max wyjazdu i po chwili znowu byłem w Niemczech. Jeszcze mi GPS pokazywał jeden podjazd, ale nie był ciężki. Dojechałem do Zittau i miałem Polskę na wyciągnięcie ręki. Jeszcze w Żytawie myślałem, że zdążę na pociąg o 17:13, ale pokręciło mi się, bo myślałem, że do Zgorzelca mam 30 km, a miałem prawie 40. No nic, nieco trzeba przycisnąć.
Jechałem trasą wzdłuż Nysy Łużyckiej, ale w miarę zbliżania się do Gorlitz wyszło, że nie zdążę na ciapong. Następny mam dopiero o 18:35, za to bez przesiadki w Węglińcu. Odpuściłem ciśnięcie, zatrzymałem się na piwo nad jeziorem Berzdorfer See i potoczyłem się do Zgorzelca.
Na granicy nikt mnie nie zaczepiał, widziałem, że blachosmrody na niemieckich blachach Straż Graniczna zgarnia na bok, ale do mnie nikt nic nie mówił, nie gonił mnie i nie strzelał. Czyli na rowerzystów nadal służby mają wyjechane.
Czasu miałem w opór. Dopchałem się hod-dogiem, pokręciłem się po mieście w poszukiwaniu myjni, nie znalazłem takiej samoobsługowej i ostatecznie pojechałem na stację. Już czekały trzy osoborowery, byłem czwarty zatem nie było źle, jak na tak późną porę. Jednak po kilku minutach przyjechała ekipa pięciu lasek. W sumie 9 rowerów, wszystko zależy ile ma miejsca skład, ale nawet w wersji zwykłej powinno się udać.
Popytałem kto gdzie wysiada i zaproponowałem ułożenie rowerów zgodnie z kolejnością wysiadania. Prawie się udało, bo jedna laska z tej pięcioosobowej ekipy stwierdziła, że może wysiądzie w Bolesławcu, a może w Leśnicy, ostatecznie dwie stacje przed końcem gdzie wysiadałem ja nadal była w pociągu. Kobiety.
Po ułożeniu tego Tetrisa zapytałem kierpocia czy jest OK, było, ale stwierdził, że więcej nie pojedzie. I faktycznie, jak zjawiła się kolejna osoba, odmówił jej możliwości jazdy z rowerem. Zasadniczo w składzie było jeszcze miejsce, ale rower by musiał zostać postawiony w miejscach przeznaczonych na wózek dziecięcy lub inwalidzki. W przypadku jak wsiadłyby osoby z takimi wózkami zrobiłby się problem. Gościu konsekwentnie odmawiał możliwości jazdy ludziom z rowerami. W Legnicy to nawet biegł po peronie za gościem z Trekiem Fuelem z lat 2000. Dopiero kilka stacji przed Wrocławiem udało się komuś wsiąść i stał w miejscu na jeden z ww. wózków.
Z domu wyszedłem o 5:30, wróciłem przed 21. Było warto, ale to bardzo warto. Sam przejazd przez parki narodowe to mniej niż 50 km, ale wrażenia przyćmiły pozostałe odcinki trasy. Będę musiał tam wrócić.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15323159125
Fotosy:
89587
Stolpen
89588
Zaczyna się.
89589
Szosowa część parku narodowego.
89590
Kurort rathen.
89591
Przełom Łaby.
89592
Twierdza Konigstein.
89593
Skały, skały i... skały.
89594
Wspominałem o skałach?
89595
Można szutrem.
89596
Można asfaltem.
89597
W Czechach też pięknie.
89598
Dużo skał.
89599
Kolejowy most graniczny między Zgorzelcem, a Gorlitz.
89600
Rowerowe puzzle.
siemalysy
03-08-2025, 21:20
Inspiracja na trasę przyszła od kolegi na Stravie. Robił przeloty przez Szwajcarię Saksońską i Czeską przy okazji kilkudniowych wypadów. Ja tm byłem z buta i dawno temu na rowerze nieco musnąłem temat przy okazji „wyprawy” z Drezna do Pragi. Niby blisko, ale czy aby na pewno w zasięgu jednodniowego wypadu wspomaganemu ciapongami.
...
zdyboo
Tomek, syto pojeździłeś. Dziękuję za relację i fotosy :) Robią wrażenie. Jeżeli rzeczywiście trzeba na żywo, bo foto nie pokaże tego klimatu, to nie zostaje nic innego jak kiedyś tam zawitać.
...
Oczywiście na rowerach. Sakwiarstwo to jest stan umysłu jednak.
...
Sakwiarze :-D Pewnie mieli tam spawarkę :-D
https://youtu.be/aP-SDGf_F8Y?t=478
Przypomniał mi się powyższy film po zdaniu o sakwaiarzach ;)
grissley zdyboo
Piękny kilometraż, przygody i widoki, kudosy !
Bardzo ładnie panowie, bardzo ładnie, zazdraszczam kilometrów i widoków, aczkolwiek w pierwszym relacjo-przypadku jakby trochę znam :)
Dziękuję.
A co do sakwiarzy, którzy nie ściągają sakw w pociągu to przodują w tym starsze ~60 lat osoby, często pary. Najczęściej dotyczy to sakw typu podwójnego, który to łącznik jest jeszcze nad bagażnikiem. Twierdzą, że mają to pomotane tak, że zdjęcie tego jest niemożliwe.
Tu winna nie jest spawarka, ale ogólne wyjebongo na innych i brak kultury w tym także kultury podróży. Co ciekawe jak mają jechać IC, gdzie haki gęste tak, że czasem ciężko jest kierownice ze sobą pogodzić to nagle ten zestaw da sie zdjąć.
Ja nie jestem zwolennikiem haków w ciapongu. Często nie mają albo mają zniszczoną osłonkę i na obręczach carbą zostaje trwały ślad po takim haku. Ja wożę ze sobą kawałek grubej dętki, który nasuwam na taki hak. Nawet jak zapomnę zabrać, to wielkiej straty nie będzie.
Poza tym w przypadku haków wejdzie tylko tyle rowerów ile jest haków, a w przypadku zagród to już zależy od kreatywności układacza i tego na ile elastyczna jest załoga konduktorska.
Rower z założonymi sakwami zajmuje tyle miejsca co trzy zwykłe rowery. Zatem to taka sama kategoria co łosie parkingowe zajmujące kilka miejsc jednym samochodem.
Kiedyś ze Zgorzelca jechała kilkuosobowa grupa niemieckich sakwiarzy, młode chłopaki ~30 lat. Zaraz po tym jak wsiedli, zdjęli wszystkie bagaże w sekund pięć i ładnie ustawili rowery, widać było, że dla nich to nie pierwszy raz.
cz4rnuch
05-08-2025, 14:00
Pytanko odnośnie galanterii. Czy ktoś używa(ł) fotochromów od Gianta? Np. helio. Jakieś podejrzanie tanie to. A jeśli nie to jakie firmy mają dobre ściemniające soczewki. Najbardziej by mi zależało na szybkim ściemnianiu/rozjaśnianiu, kontraście i by jakoś mocno to nie zakłamywało barw. A jeśli już to nieznacznie.
patronat
06-08-2025, 21:41
Drogie: Oakley, Julbo., Rudy
Średnie: Tripout
Tanie: Rockbross.
Zwróć uwagę, że oprócz szybkości ściemniania, soczewki te czasami są nie do końca "klarowne". W sensie są trochę mleczne pod słońce, co dla mnie osobiście skreśla taką soczewkę.
Dla przykładu, Oakleye mojej żony są minimalnie bardziej przejrzyste niż moje Tripouty, ale moje działają minimalnie szybciej i mocniej się zaciemniają - ale różnice są znikome.
Szybsze od tripoutow sa niektore modele arctica. Mam tez POC i kilka innych firm ale te z kolei nie mają fotochromow, albo jak nie znalazlem.
Arctica choć nie są tak popularne są bardziej przejrzyste w ciemnym i kontrastowe, ale mniej wygodne i ko strukcja nie chroni tak oczu przed wiatrem.
Tripout mają za to calkiem spoko system zmian szybek i częste promki na szkla, w ten sposób mam chyba wszystkie kolory fotochromow I innych szybek do moich oprawek.
Ogólnie zależy co Ci pasuje na twarzoczaszkę, a co do przekłamań, to szara szybka w fotochromach jest w miare neutralna kolorystycznie.
Pod wieczór w Beskidach, Michała siemalysy Tripouty za bardzo się ściemniały, ja w Oakleyach fotochromowych jeżdżę nawet w nocy.
Od 40 lat noszę korekcyjne okulary, a od 28 lat kontakty, już dawno temu nauczyłem się na okularach nie oszczędzać.
Tak, one jednak nie nadaja sie do jazdy po zmroku. Wypadałoby wtedy zmienić szybke na clear...
Ja miałem dokładnie ten samproblem na zjeździe przez las w Beskidach
cz4rnuch
07-08-2025, 11:58
No ja właśnie lubię jeździć po lesie więc przydałoby się coś co w ciemniejszych warunach daje dobrą widoczność. Miałem kiedyś fajne oku od Alba Optics, w sensie szkiełka fajne, ultralekkie, ale na Kanarach zgubiłem (więc chyba za lekkie, bo nie poczułem :)) Tyle, że nie do końca pamiętam jak w nich fotochromy działały. Popaczam na propozycje. Ołkleje czy Rudy to chyba pewniaki. Nie znałem tych Tripoutów, widzę, że niektóre modele można kupić ze szkiełkami fotochromowymi. Albo kupię znowu alby, bo mi się podobają. Tyle, że drogie a nie jestem pewny czy optykę mają na poziomie równie drogich Oakley czy 100%. Panoczki z 3city czy w tym centrum rowerowym na rogatkach Gdańska jest duży wybór okularów? Warto tak w ogóle zajrzeć?
W cr jest ok wybór, ale okulary sa za szyba i trzeba prosić obsługę.
Zuchlinski w Gdyni tez ma troche okularków.
Co do tripoutow, mam 2 oprawki force jak chcesz moge pożyczyć z wybrana szybka.
cz4rnuch
07-08-2025, 17:41
Dz. Poczytam o nich.
siemalysy
07-08-2025, 18:22
Potwierdzam co zostalo wyżej napisane :)
Chyba w przyszym roku zmienię sobie okulary. Natomiast musiałbym się nauczyć o nie bardziej dbać. Nie tak, że po nich chodzę, nie czyszczę, itp. Natomiast często o nich zapinam, spadają w piach, na kamieni, błoto i innego rodzaju nawierzchnię. To im moco nie służy. Przy okularach za dwie, trzy stówy boli trochę mniej niż bolałoby przy okularach za sześć stów ;)
Pozdro :)
patronat
07-08-2025, 22:34
Trochę mnie zastanowiła informacja, jakoby Tripout nie wybielał do końca, bo moje są przeźroczyste wieczorem. Ale żona mnie zweryfikowała: mam Tygu a nie Tripouty. Są ok, dobra kopia Oakley.
grissley
09-08-2025, 00:09
Coś się w tym roku porobiło, że nie ma jak nigdzie ciapongiem podjechać.Ależ to jest dramat. Kombinuję, jakby się tu ze Słupska wydostać jakoś na wschód albo południowy wschód i absolutnie w żadnym ICku nie ma wolnych biletów na rower. Chciałem jakoś w okolice Iławy albo Pasłęka się dostać, ale zero opcji. Musze dymać osobówką z trzema przesiadkami, ponad 5h jazdy :(
Wind Mill
09-08-2025, 10:18
Komentując z poziomu fotela przed kompem: bo to na dwóch kołach trza, a nie koleją. ;)
siemalysy
09-08-2025, 10:22
Trochę mnie zastanowiła informacja, jakoby Tripout nie wybielał do końca, bo moje są przeźroczyste wieczorem. Ale żona mnie zweryfikowała: mam Tygu a nie Tripouty. Są ok, dobra kopia Oakley.
Spoglądałem kiedyś na okulary Tygu. Nie kupiłem ich pewnie dlatego, że bardziej mi podchodziły oksy od Tripouta. Swoją drogą w Tygu chyba sobie kupię ich torbę na wyjazdy rowerowe :)
Tak przy okazji, po długim czasie odpaliłem dziś Raila i zaktualizował mi się system Boscha. Zwiększył się maksymalny możliwy do wykorzystania moment obrotowy i maksymalna moc. Nie wiem czy jest to potrzebnie, jednak nie mnie to oceniać ;) Wystarcza dla mnie to co było i oczywiście nie muszę korzystać z maksa. Przynajmniej tak mi się wydaje po tym co już udało mi się przejechać. Przy wspomaganiu 85 Nm da się podjeżdżać ścianki powyżej 25-30%. Oczywiście o ile techniki wystarczy i da się utrzymać linię jazdy takiego "skuterka, podoba mi się to określenie, którego niektórzy uparcie używają. Nie zawsze się to udaje i zdarza się, że wjeżdża się w krzaki ;)
89676
Jak będę w górach, to sprawdzę jaka jest różnica. Ustawię sobie maksa w trybie eMTB.
Proszę o pomoc bo przeglądając internet, zgłupiałem.
Potrzebuje do roweru żony nowy zestaw hamulców vbrake. Otwór mocujący to 8mm i to podobno jest standard dla tych hamulców. I teraz jest rozkmina. Całkowita długość ramienia to 124mm. Od środka mocowania do środka mocowania linki jest 104mm. Patrząc na konstrukcję mogę mieć krótsze ramię od mocowania do mocowania linki 94-96mm. Może troszkę krótsze89685
- - - - kolejny post - - - - - -
Nie znajduję takich, albo źle interpretuję dane podawane
- - - - kolejny post - - - - - -
Np. nie wiem czy to nie jest to
https://allegro.pl/oferta/hamulce-v-brake-promax-tx-115-110mm-2-kola-komplet-17393255582
- - - - kolejny post - - - - - -
Tylko te 110mm nijak mi z pomiarów nie wychodzi
Wind Mill
09-08-2025, 16:40
Ja się nigdy nie zastanawiałem nad długościami, po prostu kupowałem hamulce V-Brake. ;)
Warto także zanabyć klocki z wymiennymi okładzinami; gdy klocki w nowych hamplach się zużyją, zakładasz te z wymiennymi a potem już wymieniasz tylko okładziny.
To nawet nie jest kwestia kosztów eksploatacyjnych, a łatwiejszej wymiany.
siemalysy
09-08-2025, 16:41
fafniak
W mojej ocenie, różnica w długości ramienia nie jest problemem. Jeżeli kupisz z krótszym ramieniem, to może się okazać, że będzie brakować pancerza. Ale jak będziesz wymieniać hamulce, to warto dać nowe pancerze i nowe linki.
patronat
09-08-2025, 16:46
siemalysy mam kilka toreb po motocyklu jeszcze, KTM, Scott i MX24. Wszystkie ogarniają pakowanie łącznie z butami i kaskiem. I nie korzystam, leżą w garażu. Korzystamy ze skrzynek- euroboxów zwykłych marketowych w różnych rozmiarach. Najwygodniej :)
Przy okazji 100Nm jest do urywania łańcucha :) 600 wat wystarcza żeby podjechać wszystkie „podjeżdżalne” ściany - na granicy zrywania przyczepności i odklejania koła.
PS
Z Tygu mamy przeciwdeszczówki, te malutkie. To używamy naprawdę często, dają świetny bufor cieplny jak się robi chłodno.
Zastanawiam sie , bo użony jest jeszcze błotnik... idę zmierzyć jeszcze raz
Mamy rockbrosy i uvexy fotochromy. Te drugie są bardzo ok. Koszt około 300pln.
Z ciekawostek dziś wrzuciliśmy prawie 1000m i 30km z korby po terenie… ledwo żyję…
89742
siemalysy
16-08-2025, 14:44
I ładnie :)
Upał pomaga w szybszym upodlaniu się na górskich ścieżkach :-D Pamiętam, jak dokładnie rok temu, podczas podobnego upału zrezygnowałem z kontynuowania jazdy i znalazłem sobie alternatywny powrót.
W tym tygodniu, trzy dni byliśmy w górach z rowerami. Było gorąco, momentami za gorąco, jednak coś tam udało się pojeździć. Jak się ogarnę, to może wrzucę krótką relację i fotki.
Trzy dni weekendu, ale rowerowo tym razem skromnie. Piątek postanowiłem całkiem odpuścić, bo upał miał być srogi. W sobotę już temperatura miała być poniżej 30 stopni zatem najlepiej wtedy. Niedziela to dzień powrotów z długie weekendu, zatem ludzi będzie sporo.
Z osiedlowej stacji pojechałem do Leszna Górnego i zaraz ze stacji wpakowałem się w znajome tereny Przemkowskiego Parku Krajobrazowego. Trasa to nic specjalnego, same premiumy, sprawdzenie drugiego przejazdu nad autostradą i trochę inny dojazd do samego Bolesławca.
W składzie były już trzy rowery, para na szosówce i trekkingu jechała do Niemiec, kolo na trekkingu jechał stację dalej niż ja. Na miejscu byliśmy o czasie. Choć pojawił się jakiś inny skład i musieliśmy zaczekać kilka minut na sam wjazd na stację. Nie wiem co to było, może coś wojskowego, a na pewno pozarozkładowego bo korzystam z tego połączenia regularnie i pierwszy raz taka sytuacja.
W lesie było przyjemnie chłodno, wszak to siódma rano. Nie wiało, byłoby idealnie gdyby nie meszki. Było ich tysiące. Co chwilę czułem jak uderzają o twarz czy okulary. Gdyby nie te ostatnie, to byłoby bardzo źle. Trzeba było też jechać z zamkniętymi ustami.
Szybko za to łykałem kolejne kilometry i równie szybko zakurzyłem rower. Trzeba było na obu bidonach zamocować korek przeciwkurzowy. W lesie nie było żywej duszy, przez 60 km nie spotkałem nikogo, raz tylko słyszałem pilarza szkodnika, ale z bardzo daleka, choć w sumie przejechałem przez cztery oznakowane miejsca występowania tegoż.
Na parkingu leśnym przy DW 297 też widziałem pusty blachosmród. Na samej drodze wojewódzkiej minęło mnie kilka aut w tym jeden nawet wyprzedzał, gdy już miałem wystawioną łapę sygnalizującą skręt, ale nawet w Parkoszowie nikogo nie było. Przez prawie 60 km tylko ja i las. Ideolo.
Jak już przekroczyłem A18 i wjechałem w Las Bolesławiecki, to wyszło mi, że nie sprawdzę tego drugiego przejazdu, bo jest szansa zdążyć na ciapong 10:41. Następny dopiero w samo południe.
Zwłaszcza, że miałem jechać nową drogą do Bolesławca. Na końcówce szutru był zjazd, który byłby bardzo fajny, gdyby nie dwa przepusty wodne. Takie w postaci szerokiej rynny z betonu. Lepiej to zwalnia niż dowolny próg.
Z lasu wyjechałem koło Pałacu Kliczków. Zaczęło się twarde i zaczęły się pagórki. Jechało się jednak dobrze. Dojechałem na stację 10 minut przed pociągiem. Sporo ludzi czekało na peronie. Pociąg był dość ludny, jeszcze nie nabity, ale już normą był brak miejsc siedzących. Do czego się przyczyniłem jeszcze bo musiałem przeprosić ludzi siedzących na składanych krzesełkach w miejscu przeznaczonym na rower. Dużo cudzoziemców, słyszałem niemiecki i amerykański angielski. Wysiadłem na osiedlowej stacji, pojechałem na myjkę usunąć cały ten pył i przed południem byłem w domu.
Już w pierwszej relacji z PPK pisałem, że to blisko domu. Trzeba tylko wcześnie wstać, bo ciapong odjeżdża o 5:23.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15476830641
Fotosy:
89799
Miami.
89800
Premium.
89801
Nie Miami.
89802
Znaki.
siemalysy
19-08-2025, 08:20
zdyboo
Tomek, dzięki za relację i foty. Choć tym razem skromnie z tymi fotkami ;) Pierwsze zdjęcie mega klimatyczne. Z premiumami w PPK miałem okazję się zaznajomić :-D
Upały pod koniec ubiegłego tygodnia rzeczywiście były srogie. Dobrze, że już za nami :-)
Proszę bardzo.
Fotosów mało, bo mało ich zrobiłem w ogóle.
Rano zawiozłem auto do mechanika i wracałem rowerem. 14 stopni, człowiek już odwykł od takiej temperatury i zwyczajnie zmarzłem.
Wpakowałem rower do drugiego auta, prawilnego wehikułu wartego pewnie mniej niż rower, i pojechałem na Jurę z planem przejechania Velo Przemsza. Łączy jezioro w Wolbromiu z Pustynią Błędowską. Sama w sobie taka sobie. Są fajne momenty jak początek i koniec, zdarzają się przyjemne odcinki szutrowe, w części idzie asfaltem przez wiochy ale tam ruchu prawie nie ma, natomiast brakuje po drodze typowo Jurajskich atrakcji typu skały, ruiny czy zamki. Za to niezaprzeczalną zaletą jest brak piachu, co na Jurze jest normą, nawet na oznakowanych szlakach rowerowych.
Ale samo Velo to szlak od do, więc trzeba było jeszcze pętlę dorobić.
Zaparkowałem przy cmentarzu parę km od Ogrodzieńca i pojechałem w stronę Wolbromia.
89811
Dupnica, krótki tunel w skałach
Po 5km pierwszy raz musiałem zejść z roweru, bo mnie piach zatrzymał. I było tak za każdym razem jak jechałem gdzieś skrótem. Czasem parę metrów, czasem kilkadziesiąt. Nawet na szlakach rowerowych można się zakopać ale jak się pojedzie gdzieś boczną drogą to mamy pewność ;)
89812
Jaskinia Jasna w Strzegowej robi świetne wrażenie
89813
Jest tam kilka dróg wspinaczkowych
89814
Wejśćie
89815
Zalew Wolbromski. Nieduży ale bardzo ładnie zagospodarowany i zadbany. Ścieżka na około, podesty, ławeczki, miejsca na ognisko, wypożyczalnia rowerów wodnych
89816
Chyba wapiennik stojący pośrodku pól i łąk
89817
89818
Szutry premium
89819
Dzikie zwierzęta na wyciągnięcie ręki
89820
89821
Pustynia Błędowska
89822
W lesie jest niesamowita susza. Ale jakimś cudem udało mi się znaleźć błoto
89823
Grochowiec Wielki
89824
Święta Merida, patronka ludzi gravelowo pier...wszych na szczycie.
Wyszło 88km, trochę pchania tu i tam. Tempo tragiczne, nie mam w ogóle mocy w nogach.
siemalysy
19-08-2025, 15:27
kipcior
Marcin, ładnie. Jaskinia ciekawa :)
7Anna, właściciel takich marek jak Rondo, NS Bikes czy Creme złożył wniosek o upadłość.
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/2311741,1,poobijane-rondle-polska-ikona-rowerowa-zlozyla-wniosek-o-upadlosc.read
Przepraszam, że za paywallem, ale rano jeszcze dało się czytać normalnie.
W skrócie. Zbyt wiele fakapów od czasu zarazy, łącznie z tym, że splajtowała fabryka, która robiła im ramy, a kontrahent dał się oskamować i przelał kasę złodziejowi miast 7Anna.
Ojciec założyciel jednak twierdzi, ze jeszcze się nie poddają.
siemalysy
20-08-2025, 17:56
Na fb Bike pokazał się wpis na prośbę 7Anna. Potwierdza to co wyżej napisał Tomek.
89833
Szczerze im życzę, żeby się podnieśli.
siemalysy
20-08-2025, 20:01
Plan na ten wyjazd był prosty. Pojeździć z żoną rowerem w górach. Miejsce wybrała Ewa, ja zająłem się przygotowaniem tras. Z Łodzi ruszyliśmy w środę po godzinie siódmej. Ponad dwie godziny później niż zakładał plan. Nie słyszałem budzika, jak się okazało nie tylko ja ;) Droga przebiegła spokojnie, choć w kilku standardowych miejscach były wakacyjne korki. Pierwszego dnia mieliśmy pojechać w Małe Pieniny, jednak późny start z Łodzi spowodował, że ostatecznie ten plan zmieniliśmy. Oczywiście zajechaliśmy do Szczawnicy, było już na tyle późno, że było ciasno, więc odpuściliśmy i pojechaliśmy do Skrudziny.
Z parkingiem nie było problemów. Przebraliśmy się w ciuchy rowerowe i mogliśmy ruszać w drogę. Ruszyliśmy więc asfaltem na Przehybę. podjazd identyczny jaki robiliśmy w maju. Dziesięć kilometrów i ponad 700 m w pionie. Dzięki wspomaganiu szczyt osiągnęliśmy sprawnie i bez większych problemów. Natomiast zanim zaczęło się bardziej stromo, to musiałem ustawić zacisk przedniego hamulca, bo irytował mnie dźwięk ocierania klocka o tarczę. Udało się za pierwszym razem :) Na szczycie nie było dużo ludzi, więc zapowiadało się, że na obiad nie trzeba będzie długo czekać. Zapakowaliśmy się z rowerami na taras i zajęliśmy miejscówkę z pięknym widokiem na Tatry. Obiad w takich warunkach smakuje wybornie :)
Nie spieszyło nam się, więc pojechaliśmy jeszcze szlakiem czerwonym na Złomisty Wierch. Widoki stamtąd są nie gorsze niż spod schroniska. Następnie wróciliśmy do schroniska po drodze zajeżdżając jeszcze na szczyt Wielkiej Przehyby. Przy schronisku skorzystaliśmy jeszcze z wystawionych w wiatce leżaków. Totalny chill :-D Trzeba było przerwać to leniuchowanie i wracać na dół. Zjechaliśmy tą samą drogą co podjeżdżaliśmy. Zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy na kwaterę do Rytra.
W sobotę wstaliśmy o szóstej. Tym razem byliśmy szybsi od budzika. Noc minęła dobrze, spało się też dobrze. Śniadanko, standardowe poranne czynności i mogliśmy ruszać na rower. Zanim ruszyliśmy na trasę, to zjechaliśmy do sklepu na małe zakupy. Z Rytra kilka minut po ósmej ruszyliśmy szlakiem rowerowym na Przełęcz Żłobki. Jechaliśmy tym szlakiem w maju tylko w przeciwnym kierunku. Przełęcz osiągnęliśmy po przejechaniu 10,5 km i prawie 800 m w pionie. Odbiliśmy na szlak czerwony i zaczęliśmy ostatnie metry wspinaczki na szczyt Wielki Rogacz. Kamienny podjazd przysporzył trochę kłopotów, jednak udało mi się podjechać go w całości. Ewa w dwóch albo i trzech miejscach musiała przeprowadzić przez skalne fragmenty i duże luźne kamienie. Widok na tym kawałku jest świetny. Z naszej perspektywy, z tyłu Radziejowa i jej pasmo, po naszej prawej Pieniny z Trzema Koronami na czele i Tatry, pięknie. Później się trochę wyplaszcza, dużych i luźnych kamieni jest zdecydowanie mniej. Dojeżdżamy do Przełęczy Obrazek, tam rozchodzą się szlaki, niebieski i czerwony. Od przełęczy robi się bardziej stromo w dół. Pojawia się też więcej kamieni. Szlakiem niebieskim zjeżdżamy na Litawcową i na polance pod drzewem zatrzymujemy się na puszkę coli i wafelka. Miejscówkę mamy przednią, bo przed nami piękny widok na Tatry.
Z Litawcowej kierujemy się do Obidzy, w której zmieniamy odbijamy na szlak zielony i nim docieramy na Eliaszówkę. Stoi na niej wieża widokowa. widoczki są fajne. Widać z niej miejsca, w które pojedziemy dalej. Za szczytem zmieniamy szlak na niebieski i żółty po czym przekraczamy granicę. Początek zjazdu jest po singlu na łące. Jedzie się przyjemnie. Szybko wpadamy do lasu, tam pojawia się trochę korzeni i robi się bardziej stromo w dół. Niecały kilometr dalej szlak odbija 90° w lewo w szerszą drogę, która jak się okazuje jest znacznie poryta przez ciężki sprzęt jak sądzę do zwózki drewna. Pewnie zagraniczny pilarz szkodnik tam grasuje. Dwa i pół kilometra dalej docieramy do pierwszej polanki. Jest tam zjawiskowo. Góry po prawej, góry po lewej, góry z przodu. Robimy sobie kilka minut przerwy i ruszamy dalej, bo robi się gorąco. Zjeżdżamy krótko w dół po czym niewiele dłużej w górę i jesteśmy na kolejnej polance. Zjeżdżamy z niej w las i kawałek dalej wyjeżdżamy na drogę 68 prowadzącą od granicy do Starej Lubovni. 500 m pod górę asfaltem i wbijamy na szlak żółty i niebieski.
Zatrzymujemy się, bo za naszymi plecami pięknie widać Tatry. Szlaków tych trzymamy się przez kolejne 3 km. W połowie tego dystansu z oddali widzimy pastwisko. Widzę jak Ewie zmienia się wyraz twarzy. Nagle mówi, to krowy, może owce. Nie to na pewno owce. Jak dojechaliśmy bliżej okazało się, że to krowy, były jednak za ogrodzeniem. Ewa bardzo boi się tych zwierząt. Dzień później mieliśmy też przygodę z czterokopytnymi, jednak o tym w następnej relacji ;) Jedziemy w lesie i dzięki temu jest chłodniej. Na 30 km trasy skręcamy na szlak zielony, krótki zjazd w lesie i wjeżdżamy na kolejne widokowe polanki. Na jednej z nich zatrzymujemy się na krótki lot dronem. Jest już na tyle gorąco, że Ewa postanawia jechać dalej i poczekać na mnie w pierwszym miejscu, w którym będzie cień. Polankami jedziemy raz w górę, raz w dół. Widoczki świetne, klimat miejsca niesamowity. Cztery i pół kilometra wjeżdżamy w las i zaczynamy zjazd do Mniszka nad Popradem. Fajnie, ze jest w cieniu. Zjazd bez większych trudności poza kilkoma miejscami gdzie było stromo. Przekraczamy granicę jadąc mostem nad Popradem i kierujemy się do Piwnicznej-Zdrój. Tam zatrzymujemy się na popas i zimne napoje :)
Z Piwnicznej szlakiem EuroVelo, wzdłuż Popradu jedziemy do Rytra. Tam przejeżdżamy nad rzeką i 1,5 km dalej jesteśmy już na bazie.
Przejechaliśmy 52,8 km na których zrobiliśmy 1492 w górę. Bardzo fajna, a przede wszystkim widokowa trasa :)
Fotki:
89834
Taras przy schronisku na Przehybie.
89835
Złomisty Wierch.
89836
Widoczek znad Złomistego Wierchu.
89837
Dla tego wożę drona. Złomisty Wierch i widok na Tatry i Pieniny.
89838
Schronisko PTTK na Przehybie.
89839
Obserwator ;)
89840
Przełęcz Żłobki a za nią Radziejowa.
89841
Z podjazdu na szczyt Wielki Rogacz.
89842
Tatry i Pieniny z Trzema Koronami na czele widziane znad Litawcowej.
89843
Litawcowa.
89844
Widoczek z miejsca popasu :)
89845
Wieża na Eliaszówce.
89846
Widoczek z wieży.
89847
Słowackie połoninki.
89848
Słowackie połoninki.
89849
Słowackie połoninki.
89850
Słowackie połoninki.
89851
Tatry widziane znad drogi 68 do Starej Lubovni.
89852
Nad Modrinami.
89853
Krowy? Może owce. Tak, to owce ;)
89854
No ładnie tam jest.
89855
Ostatnie polanki.
89856
Ostatnie polanki.
89857
Jedyny widoczek na ostatnich kilometrach zjazdu zielonym szlakiem.
89858
Rytro i tamtejszy zamek nad Popradem.
siemalysy jakie ładne gravelowe górki, jeździłbym :)
Poczytałem zaległe relacje.
Zdyboo, kipcior, siemalysy, panowie krótko z mojej strony...
Pięknie:)
Pięknie chłopy, gratki i dzięki za relacje.
Wind Mill
20-08-2025, 22:49
...Dla tego wożę drona. Złomisty Wierch i widok na Tatry i Pieniny...
Jak widać, warto wozić. ;)
siemalysy
21-08-2025, 16:52
siemalysy jakie ładne gravelowe górki, jeździłbym :)
Poczytałem zaległe relacje.
Zdyboo, kipcior, siemalysy, panowie krótko z mojej strony...
Pięknie:)
Michał, widoki bajka.
Pięknie chłopy, gratki i dzięki za relacje.
Jak widać, warto wozić. ;)
Dziękuję za komentarz do relacji :)
Pozdrawiam!
gavin To o czym pisałem wygląda tak:
https://mapy.com/s/gazefucamo
Tam jest dość długo asfalt
89897
Potem jest centrum zrywki drewna, a kawałek dalej rozwidla się na 3 drogi tylko zdjęcia nie zrobiłem.
Lewa idzie wzdłuż strumienia gdzieś do góry ale tego nie znam. Patrząc po mapie i poziomicach to co najwyżej dało by się tam zjechać ale nie wiem jak z kamieniami. Przypuszczalnie beskidzka rąbanka.
Środkowa to nowa droga szutrowa i tym by się dało wtoczyć ale szuter kończy się w 2/3 góry ale dalsza część powinna być przejezdna.
A prawa, której początkowo nie zauważyłem to oryginalna droga arcyksięcia. Robiła takie wrażenie, że poszedłem szutrem ;)
Szuter potem robi zawijas więc odbiłem na drogę arcyksięcia wyżej. Wygląda tak:
89898
i to się nawet do chodzenia średnio nadaje.
Ale szuter który ją zastępuje to już takie luksusy:
89899
89900
Dalsza część oryginalnej drogi jest ok:
89901
I dochodzi to do szlaku zielonego, choć ostatnie parę metrów to rozjechane błoto ciężkim sprzętem. Dzisiaj było wilgotno co najwyżej i przejezdnie ale jak popada to byłby dramat.
A potem jest Hala Jodłowcowa, gdzie może się da wtoczyć, a może nie
89902
Ewentualnie do dojechaniu do szlaku zielonego można jechać dalej prosto, na mapie jest ścieżka, w rzeczywistości były ślady po samochodzie w trawie i nie wiem co dalej. Tam być może dało by się wjechać na szczyt Buczynki i tą samą halę ale z ładniejszym widokiem
89903
Na końcu tej Hali jest szlak zniszczony przez ciężki sprzęt, znowu dzisiaj przejezdne ale tam są koleiny na pół metra i to się musi napełnić wodą.
Tak czy inaczej dalej zielonym szlakiem aż do Hali Miziowej. Byłby wypych tu i ówdzie ale krótki.
Tylko gdzie można jechać gravelem dalej z Hali Miziowej to nie bardzo mam koncepcję. Tam każdy kierunek jest gorszy od poprzedniego ;)
A tu jeszcze ten szuter widziany z góry ze szlaku żółtego
89904
No śliczny jest. Nie powiem. że płaski ale śliczny.
Szuter potem robi zawijas więc odbiłem na drogę arcyksięcia wyżej. Wygląda tak:
89898
i to się nawet do chodzenia średnio nadaje.
Dla Ciebie się nie nadaje, ale dla gavina to jest smaczek, który powoduje, że nie nudzisz się premiumami.
Mam wrażenie że jeszcze tej jesieni to sprawdzę. Dzieki Kipcioru
zdyboo bo po co jechać premiumem jak tu jest skrót? ;)
gavin that's the spirit :)
siemalysy
24-08-2025, 09:24
kipciorze szalone pomysły :-D
Zielonym z Mizowej zjeżdżałem. Fajny na MTB. Kilka ciekawych ficzerów się znajdzie ;) Szuterek z fotek, premimek :)
- - - - kolejny post - - - - - -
Dla Ciebie się nie nadaje, ale dla gavina to jest smaczek, który powoduje, że nie nudzisz się premiumami.
Mam wrażenie że jeszcze tej jesieni to sprawdzę. Dzieki Kipcioru
zdyboo bo po co jechać premiumem jak tu jest skrót? ;)
gavin that's the spirit :)
Wiecie, bo tam był taki smaczek (https://1drv.ms/v/c/7633240453f5bca2/Edge1_XJCFFGnBAGmEI1MNwBLLY6aPhagUOY5nQ2UqjB0w?e=5 rAFnW) ;)
Ja tylko raz byłem na Pilsku fullem od granicy w Korbielowie, a potem jechaliśmy na Rysiankę, zjazd do Sopotniej i powrót do granicy. To powiem, że po ostatnim zlocie to Wy jeszcze nic nie wiecie o pchaniu ;)
siemalysy
24-08-2025, 12:21
Jest świąteczny piątek, budzik zadzwonił, więc trzeba było wstać. Kilka minut po siódmej zapakowałem rowery na auto i mogliśmy jechać na parking w Szczawnicy. Krótki odcinek autem minął szybko. Na parkingu było pusto, dzięki temu mogłem wybrać najbardziej optymalne miejsce, żeby nie było potrzeby zdejmowania bagażnika z haka.
Kilka minut po godzinie ósmej ruszyliśmy w góry. Półtora kilometra od parkingu wbiliśmy na szlak czerwony i zaczęliśmy podjazd na Przełęcz Klimontowską. Krótki początek asfaltem o niegroźnym nachyleniu. Później zrobiło się poważniej, bo zrobiło się mokro, stromo i pojawiło się dużo kamienie. Wiedzieliśmy co nas czeka, bo jechaliśmy tamtędy w maju. Płynąca woda i błoto skończyły się szybko, kamienie zostały z nami trochę dłużej. Niecały kilometr dalej wjechaliśmy na polankę. Było srogo pod górę, jednak mając motorek aż tak tego się nie odczuwa ;) Zatrzymaliśmy się na fotkę i pojechaliśmy dalej, bo lepsze widoczki dopiero przed nami. Niecałe 1,5 km dalej szlak czerwony odbija w lewo na Jarmutę, a my odbijamy w prawo w kierunku Cyrhli. Sztywny i niezbyt długi podjazd pokonujemy sprawnie. Na górze czeka nas nagroda w postaci dobrego widoczku na Trzy Korony i Wysoki Wierch.
Sto metrów za widoczkiem na Trzy Korony osiągamy szlak niebieski i nim kontynuujemy jazdę. Krótki odcinek w lesie i wjeżdżamy na polanki z których widzimy od południa Tatry, od północy Beskid Sądecki, coś pięknego. Dobijamy do szlaku żółtego, który się łączy z niebieskim i zaczynamy podjazd po zboczu Huściawy. Jest stromo, natomiast widoki pozwalają skutecznie o tym zapomnieć. Mijamy bacówkę i za nią razem ze szlakiem żółtym odbijamy w prawo na Wysoki Wierch. Dwukrotnie odpuszczaliśmy ten szczyt, jednak nie tym razem. Było jeszcze na tyle wcześnie, że turystów było tak mało, że grzechem byłoby to odpuścić. Początek podjazdu dość łagodny, ciekawiej robi się dopiero kilka chwil później. Podjazd składa się z trzech grubych ścianek. Ewa odpuszcza sobie jazdę, bo nie ma jeszcze tyle wprawy i techniki. Samo wspomaganie, to nie wszystko. Wprowadza sobie rower na pierwszą ściankę. Ja pojechałem dalej i osiągnąłem szczyt. Nachylenie na ostatnim kawałku było tak srogie, że nie miałem szans spojrzeć na Garmina, bo praktycznie leżałem na kierownicy. Na początku najbardziej stromego kawałka miałem wrażenie, że zaraz polecę na plecy a rower na mnie ;) Opłacało się tam wdrapać, bo widoczek zacny :-D Zrobiłem fotki i mogliśmy jechać dalej.
Zjechaliśmy z powrotem do szlaku niebieskiego. Szlak zaczął się wznosić do góry i dzięki temu znów widoczki były zacne. Po ok. 1,5 km dojechaliśmy do widokowej ławeczki. Była wolna, więc zrobiliśmy sobie przerwę. Miejscówka bardzo fajna, ale za kilka lat widok na Tatry prawdopodobnie zasłonią rosnące tam drzewa. Po przerwie pojechaliśmy dalej, było w dół i szybko dotarliśmy do schroniska pod Durbaszką. To był świetny moment na zimną Kofolę. Z butelki nie smakuje ona tak dobrze jak nalewana z kija ;)
Robiło się już ciepło, więc ruszyliśmy dalej, żeby nie jeździć w największy gorąc. Za schroniskiem zjechaliśmy ze szlaku i polnymi drogami, po zboczach m.in. Durbaszki, Borsuczyny i Wysokiej jechaliśmy w kierunku Wierchliczki. Jechało się świetnie, ludzi nie było wcale, a jedyna trudność jaka nas spotkała, to kilkukrotne przedzieranie się przez błoto i rozrytą drogę. Cztery kilometry za schroniskiem wróciliśmy szlak niebieski. Chwilę później pokonaliśmy ostatni podjazd tego dnia na Wierchliczkę i zaczęliśmy zjazd na Przełęcz Rozdziela. Na przełęczy schowaliśmy się pod drzewem w cieniu. Odpoczęliśmy chwilę i strzeliliśmy po puszce zimnego napoju ;)
Z przełęczy odbiliśmy na szlak żółty do Jaworek. Szlak na rower taki sobie, widokowo fajny. W pewnym momencie szlak żółty i szlak rowerowy się rozdzielają. My trzymamy się rowerowego i kilkaset metrów dalej czeka na nas niespodzianka. Na naszej drodze pasą się krowy. Tak nam się wydawało na początku. Jednak jak podjechaliśmy bliżej okazało się, ze to młode byki. Ewa przeraziła się jak jeszcze nie wiedzieliśmy, że to byki. Po zorientowaniu się co jest grane przerażenie było jeszcze większe. Odbiliśmy na łąkę i nią zaczęliśmy zjeżdżać w kierunku żółtego szlaku. Byki miały nas kompletnie w czterech literach. No i dobrze :) Szlak żółty zmienił się szybko w szuterek i nim dotarliśmy do Jaworek Stamtąd już asfaltem pojechaliśmy do Szczawnicy. Zajechaliśmy do restauracji przy kolejce na obiad i tam mogliśmy zakończyć jazdę. Auto mieliśmy 50 metrów dalej.
Krótka, ale widokowo napakowana jak kabanos trasa :) Przejechaliśmy 27 km i 859 m w górę.
Fotki:
89906
Pierwszy widoczek ;)
89907
Trzy Korony z polanki pod Cyrhlą.
89908
Kierunek -> Wysoki Wierch.
89909
Trzy Korony z Wysokiego wierchu.
89910
Na granicy światów.
89911
Ładnie :)
89912
Drogowskaz na Wysokim wierchu. Kilimanjaro 6050 km.
89913
Ze zboczy Wysokiego Wierchu.
89914
Ławeczka z widokiem.
89915
Widokówka z gór :)
89916
Trzy Korony i Wysoki Wierch z lotu ptaka.
89917
Zbaczami Durbaszki.
89918
Znad Przełęczy Rozdziela.
89919
Znad przełęczy.
89920
Kierunek Jaworki.
Warun niesamowity.
Dzięki Michał za relację.
siemalysy
24-08-2025, 14:46
Bardzo proszę :) Polecam się na przyszłość.
Trafiliśmy na dobry waru widokowy :)
Nie miałem planów na ten weekend zatem zajrzałem do portfolio i wybrałem trasę z Barda do Wrocławia, ale podnóżem Gór Sowich. Poprzednią razą jechałem to na początku listopada 2023, było dość zimno, ale słonecznie i pięknie.
Trasa po twardym, no prawie, ale o tym za chwilę. Sprawdziłem pogodę i choć we Wrocławiu zapowiadano popołudniowy deszcz to w górach miało padać zdecydowanie mniej. W piątkowe popołudnie zacząłem ogarniać logistykę, sprawdziłem w odbiorniku czy nadal trasa w nim jest oraz postanowiłem kupić bilet. Tym razem jednorazowy, a nie weekendowy, bo dojazd ciapongiem krótki. Godzinę od domu. Okazało się jednak, że ani Koleo, ani strona Kolei Dolnośląskich nie chce mi sprzedać biletu na rower. Zacząłem się zastanawiać nad zmianą planów, ale sensowna alternatywa była bardziej deszczowa (trasa Bolesławiec – Wrocław) lub taka sama czasowo, jak jazda następnym połączeniem (Izery). Wybrałem zatem jazdę późniejszym pociągiem, skoro wracam do domu na kole to nie ma aż tak dużego znaczenia kiedy zacznę.
Wyspałem się zatem, bo mogłem wstać ponad 2 godziny później niż zwykle i pojechałem na osiedlową stację. Przyjechał krótki szynobus z Tuplic i wsiadłem. Kierpoć przepędził ludzi z zagrody rowerowej, wstawiłem rower i siadłem, bo skład nie był zbyt ludny. Sprawdzili mi bilet, a ja zapytałem o co kaman z tym brakiem biletów. W piątek próbowałem się dodzwonić na infolinię KD, ale byłem drugi w kolejce i po 10 minutach czekania odpuściłem. Okazało się, że KD wprowadziło na próbę, blokadę sprzedaży biletów na rower po wykupieniu ich w ilości miejsc na rowery. Co prawda nadal mógłbym kupić bilet weekendowy i do niego bilet na rower, co umożliwia mi jazdę przez cały weekend składami KD i PKP Regio na terenie Dolnego Śląska, ale przy wsiadaniu, pierwszeństwo mają ci z biletami jednorazowymi. Obsługa ma jednak decydować na miejscu czy rower się zmieści, ponad te z biletami. Ciekawe co byłoby gdybym, miał bilet weekendowy i wsiadł na pierwszej stacji do pustego składu. Potem jednak dosiadaliby się ludzie z rowerami, aż skład by się napełnił. I wtedy wkracza on, cały na biało, rowerzysta z biletem jednorazowym, który chce przejechać tylko trzy stacje i co jego nie wpuszczają czy np. mi każą wysiąść. Nie wiem też jak KD policzyło ilość miejsc na rowery, przez tyle lat jeżdżenia wiem, że to jest tylko kwestia ułożenia rowerów i oczywiście tego, żeby sakwiarze się pozbyli tobołów z rowerów.
Kierpoć mi powiedział także, że skład, którym jadę z osiedlowej dalej jedzie do Kudowy, czyli przez Bardo i mogę nie wysiadać i mam pole position. To był bardzo ważna informacja, bo ludzi było na głównym we Wrocławiu dużo i nie musiałem się przepychać. Oprócz mnie wbił jeszcze jeden kolo z rowerem, ale wysiadał wcześniej, zatem luz. Na miejscu byliśmy o czasie i choć przywitały mnie pochmurne niebo i rześka temperatura to nawet było przyjemnie, bo ciapongu było cokolwiek duszno. Nie odpalili klimy niestety. Chmury wyglądały na takie co to zaraz z nich zacznie padać, zatem czym prędzej ruszyłem.
Drogą przez centrum Barda i dalej przy Nysie Kłodzkiej ruszyłem do Opolnicy. Za miejscowością zjechałem z asfaltu do lasu. Na każdej mapie ten odcinek jest zaznaczony jako nawierzchnia utwardzona i tam nawet kiedyś był asfalt. Był, ale się zmył, dlatego zależało mi, aby ten odcinek przejechać zanim spadnie deszcz. Udało się. Jak otworzyły się widoki to widziałem, że wschodzie już pada. Jechałem pod wiatr, niezbyt silny, ale zawsze, zatem ciekawe kiedy mnie dojdzie ten deszcz. Złapało mnie w Wojborzu na mniej więcej 25 km. Założyłem kamizelkę i jechałem dalej. Przez brak zasięgu nie mogłem sprawdzić radaru. Z różnym natężeniem deszcz mnie moczył jeszcze przez około pół godziny. Dopiero w Jugowie przestało padać tak naprawdę, a przed samym podjazdem na Przełęcz Sokolą wyszło nawet słońce. Tak bardzo potrzebne, bo w deszczu temperatura spadła do 10 stopni.
Na przełęczy planowałem popas w restauracji, ale okazało się, że restauracja zarezerwowana w całości na wesele, trudno. Co prawda kawałek dalej był następna, ale ja już zaczynałem zjazd do Walimia i odpuściłem. Zjazd był szybki, kamizelka łopotała jak husarskie skrzydła. Z Walimia Jechałem nad Jezioro Bystrzyckie co oznaczało najpierw krótki nieco ponad kilometrowy podjazd i potem długi zjazd do akwenu. Na początku tego zjazdu, jeszcze na rubieżach Walimia spotkałem szosowca co łatał się na poboczu. Użyczyłem mu kompresorka i w niecałą minutę miał 5 barów w oponie.
Nad Jeziorem Bystrzyckim zaliczyłem tradycyjnie zaporę i pojechałem do Świdnicy zjeść coś. Świdnica to była mniej więcej połowa trasy, ale także koniec górskiej trasy. W mieście zjadłem pizzę i ruszyłem do domu. Pizza była smaczna, ale jak na mój gust miała zbyt suche ciasto, a do tego jakoś zaległa mi w żołądku i przeszkadzała przez kolejne 30 km.
W okolicach Pożarzyska wjechałem na trasy wokółkominowe i już w sumie nic ciekawego się nie działo. Duło tylko dosyć mocno, ale głównie w plecy zatem kolejne kilometry dość szybko łykałem. Jeszcze myjka, paczkomat i do domu.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15559572969
Fotosy:
89925
Pierwsze widoki.
89926
Jeszcze sucho
89927
Tam już pada.
89928
Domek z widokiem. Mam mieszane uczucia co do stawiania ich w takich miejscach, zwłaszcza pod wynajem krótkoterminowy.
89929
Zapora na Jeziorze Bystrzyckim.
89930
Ślęża.
89931
Pożarzysko.
siemalysy
25-08-2025, 20:28
Nie miałem planów na ten weekend zatem zajrzałem do portfolio i wybrałem trasę z Barda do Wrocławia, ale podnóżem Gór Sowich. Poprzednią razą jechałem to na początku listopada 2023, było dość zimno, ale słonecznie i pięknie.
...
Dobrze mieć obszerne portfolio :)
Tomek dzięki za relację.
Panowie siemalysy i zdyboo, dzieki za relacje, jest co poczytać i na co popatrzeć.
patronat
29-08-2025, 17:57
Nie wiem jak Wy, ja jadę :)
https://youtube.com/shorts/RCjVgTOobZA?si=kl5Ub5eStWOk_SzO
siemalysy
31-08-2025, 22:24
Siema :)
W poprzedni weekend, w sobotę dość spontanicznie wybraliśmy się na wyjazd w góry. W czwartek się dogadaliśmy, więc mogłem zrobić traskę. Wybór padł na Ustroń. Budzik zadzwonił o czwartej, nie chciało mi się wstać, więc weszły jeszcze ze dwie drzemki. W końcu się podniosłem i mogłem szykować się do wyjazdu. Chwilę po piątej zapakowałem się do auta i kilkanaście minut później byłem u Grześka. Zapakowaliśmy jego graty i rower i ok w pół do szóstej ruszyliśmy w drogę. Na parkingu w Ustroniu zameldowaliśmy się przed godziną dziewiątą. Droga minęła bez żadnych niespodzianek.
Kilka minut po dziewiątej wystartowaliśmy na szlak i już po chwili wbiliśmy na żółty szlak na Małą Czantorię. Początek przez miasto asfaltem. Dość szybko zaczęło się pod górę, więc przewyższenie zaczęliśmy nabijać niemal od początku trasy. Trzy i pół kilometra od startu szlak żółty odbijał w lewo my pojechaliśmy prosto asfaltem. Skończył on się dość szybko i szutrem dojechaliśmy do drogi i zaczęliśmy wspinaczkę. Było stromo, były kamienie, czyli Beskidy w całej okazałości ;) Siedemset metrów dalej wróciliśmy na szlak żółty i nim dojechaliśmy na Małą Czantorię. Nie zabawiliśmy tam długo, bo było chłodno. Zrobiliśmy fotki i ruszyliśmy dalej. Szybko dobiliśmy do szlaku zielonego i nim pomknęliśmy w dół. Zjazd szybko minął i zaczął się podjazd na Poniwiec, a za nim zrobiło się ostrzej w stronę Wielkiej Czantorii. Za srogim podjazdem, pojawił się krótki mniej wymagający podjazd, a za nim unosił się już smak Kofoli ;) Oczywiście nie mogłem pozwolić na to, żebyśmy minęli czeskie schronisko bez wstąpienia na "kufel" Kofoli. Zimny napój wszedł jak zawsze dobrze i dzięki temu szczyt Wielkiej Czantorii osiągnęliśmy ino mig. Na szczycie było sporo ludzi. Na wieżę nie wchodziliśmy tylko ruszyliśmy w dół czerwonym szlakiem w stronę Ustronia.
Jak zaczęły się widoczki, to my skręciliśmy w prawo na drogę techniczną i nią wróciliśmy na szlak czerwony i nim podążaliśmy dalej. Zjazd nie należy do najłatwiejszych. Jest stromo i jest bardzo kamieniście. W ubiegłym roku byłem świadkiem upadku. Trzeba tam uważać. Na końcu tego zjazdu spotkaliśmy parę, która szykowała się do wypychu w stronę Czantorii i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu koleś zapytał czy ja to Michał. No jak nie jak tak. porozmawialiśmy kilka minut i każdy ruszył w swoją stronę. Do Przełęczy Beskidek cisnęliśmy w dół. Szybko to zleciało, nawet nie wiem kiedy. Za nami było 15 km i jeszcze sporo przed nami. Ruszyliśmy pod górę, najpierw na Mały Soszów, następnie na Wielki Soszów i tam zdecydowaliśmy się na dłuższą przerwę. Pękło 18 km i 930 m w górę i to był dobry czas na odpoczynek i na batona.
Zrobiło się zimno, to ruszyliśmy żeby się rozgrzać. Mi podjazd nie wystarczył, żeby zrobiło mi się cieplej, więc zmieniłem potówkę na lekką koszulkę termoaktywną. Było chłodno tego dnia i cały czas wisiały chmury i ryzyko opadów. Nie przejmowaliśmy się tym zbytnio i jechaliśmy dalej. Podjazd zakończyliśmy na szczycie Cieślar. Zjechaliśmy na Mały Stożek i na zjeździe ukazał się on Wielki Stożek. W ubiegłym roku wypychałem tam rower aż miło. Szlakiem nie do podjechania nawet elektrykiem. Zaplanowałem jednak trasę bokiem. Nie miałem pewności, że uda się objechać, ale się udało. Schronisko na Wielkim Stożku osiągnęliśmy bez zsiadania z roweru :-) Na liczniku nakręcony było już 22 km i ponad 1100 m w górę. To były dobry argument za przerwą obiadową :-)
Cały czas trzymaliśmy się czerwonego szlaku. Za Stożkiem szlak zrobił się techniczny i przez to bardzo ciekawy i bardzo fajny. Szybko zdobyliśmy Krykawicę, a za nią Kiczory. Mniej więcej w połowie drogi znajdują się fajne formacje skalne i ciekawy zjazd po skale. Ze szczytu Kiczory zaczyna się zabawa w dół. W ubiegłym roku szlak w dużej części był zniszczony przez zwózkę. Ruszyliśmy w dół po kamieniach. Jechało się dobrze, raz szybciej, a raz wolniej. W pewnym momencie usłyszałem niepokojący dźwięk. Dobrze, że nie jechałem szybko i udało mi się błyskawicznie zatrzymać. Widzę przerzutkę przy samych szprychach, poleciały soczyste epitety. Przerzutki nie mogłem ruszyć w żadną stronę. Nie mogłem rozkminić co tak na prawdę się dzieje. Okazało się że pomiędzy wewnętrznym wózkiem a kółkiem jest szprycha. WTF sobie myślę. Wychodzi na to, że kamień, który uderzył w koło wcisnął szprychę w przerzutkę. Odblokowałem przerzutkę i było wielkie uff. Tym razem się udało. Co najmniej dwie szprychy miały ślad i jedna była luźna. Naciągnąłem szprychę i mogliśmy ruszać dalej. Do Przełęczy Łączecko zjechaliśmy już bez niespodzianek.
Minęliśmy przełęcz i niewiele ponad kilometr szuterkiem pojechaliśmy w dół. Odbiliśmy tam w lewo razem ze szlakiem. Zaczął się kolejny srogi, jednak krótki podjazd. Poszło sprawnie i zaczęło się fajnie i było tak praktycznie do samej Kubalonki. Zaczął się kawałek asfaltu i poczułem na rowerze, że mi tylne koło bije. Nic z tym nie robiłem bo szybko zjechaliśmy z asfaltu i zaczęliśmy kolejną ściankę na czerwonym szlaku. Skończyliśmy na Szarculi przy ciekawej formacji skalnej. Kontynuując jazdę szlakiem dotarliśmy do błota, którego nie dało się objechać. Przeszliśmy kawałek i odpuściliśmy. Nie było pewności co będzie dalej. Cofnęliśmy się kawałek do drogi z betonowych płyt i nią dojechaliśmy do asfaltu. Kilka minut później przeprawiliśmy się nad Czarną Wisełką i zjechaliśmy asfaltem nad Jezioro Czerniańskie. Rowerem telepało porządnie. Zjechałem do zapory i na niej poluzowałem szprychę, którą wcześniej dociągałem. Nie pomogło, czyli musiałem jechać dalej. Za zaporą zaczęliśmy podjazd na Cieńków. Szybko poszło i zawitaliśmy na szczycie. Kolega polatał dronem, ja nagrałem sobie w tym czasie timelapsa.
Z Cieńkowa zjechaliśmy szlakiem żółtym do Wisły i wzdłuż rzeki wróciliśmy do Ustronia. Dwa kilometry przed parkingiem zaczęło padać. Jak pakowaliśmy się do auta deszcz przybrał na intensywności. Jak skończyliśmy, to przestało padać. Przypadek? ;)
Przejechaliśmy 59 km na których zrobiliśmy 1652 m w górę. Bardzo dobry dzień w górach. Pogoda średnia, jednak udało się zmoknąć dopiero na sam koniec.
We wtorek rower trafił do serwisu. Zanim tam dojechałem zorientowałem się, że tylna opona nadaje się na śmietnik i to ona odpowiadała za bicie, o którym wspominałem wyżej. W każdym razie rower odebrałem w piątek przed dziewiętnastą, a w sobotę o 5 ruszyłem znów w góry :-) W serwisie koło zostało przywrócone do życia. Po kolejnym dzwonie już się go nie uratuje. Przy okazji chłopaki wymienili komplet opon i kompletne hamulce :-)
Fotki:
89990
Widoczek ze szlaku żółtego w Ustroniu.
89991
Mała Czantoria i widok m.in. na jezioro Goczłkowickie.
89992
Wielka Czantoria widziana z mniejszej siostry.
89993
Widoczek znad zielonego szlaku pomiędzy Mała a Wielką Czantorią.
89994
Mała Czantoria znad zielonego szlaku.
89995
Wielka Czantoria.
89996
Znad zielonego szlaku.
89997
Czas na Kofolę.
89998
Ze Skrzycznem w tle.
89999
Widoczki znad Wielkiego Soszowa.
90000
Szczyty, które jeszcze były przed nami, m.in. Cieślar i Wielki Stożek.
90001
Wielki Soszów.
90002
Skały pomiędzy Krykawicą a Kiczorami.
90003
Skała na Szarculi.
90004
Skała na Szarculi.
90005
Jezioro Czerniańskie.
90006
Widoczek znad Cieńkowa.
90007
Wypas na Cieńkowie.
90008
Uschło.
grissley
31-08-2025, 22:57
Siema :)
Przydałaby się opcja jakichś lajków, SOGów czy czegoś takiego. To bym dał :-D
siemalysy
01-09-2025, 20:41
Witajcie :)
Weekend w górach stał pod znakiem zapytania. Codziennie, a nawet kilka razy dziennie sprawdzałem pogodę i codziennie była inna. Ostatecznie zdecydowaliśmy się, że jedziemy. Wiadomo, kto nie ryzykuje, ten wiadomo, bla, bla, bla :-D Chcieliśmy ruszyć w piątek po pracy, ale Seba nie mógł, więc ruszyliśmy w sobotę. Wstałem kilka minut po czwartej, a za oknem deszcz :-( Nie przejąłem się tym bardzo i zacząłem się szykować. Punkt piąta zameldowałem się u Seby, a on spakowany jakby co najmniej na tydzień jechał ;) Pół godziny później byliśmy już u Grześka. Zapakowaliśmy jego graty do auta, rower trafił na bagażnik i ruszyliśmy w trasę. Za Łodzią przestało padać, a za Częstochową pojawił się błękit nieba i słońce. W Ujsołach zameldowaliśmy się przed godziną dziesiątą.
Gotowi na zabawę, ruszyliśmy w drogę kilka minut po dziesiątej. Pierwsze kilometry do Glinki asfaltem. Droga wznosiła się lekko w górę i jechało się bez trudności. Trzy kilometry dalej przed kościołem w Glince odbijamy na szlak żółty i zaczyna się prawdziwa jazda w górach. Nachylenie zmienia się drastycznie i rzadko kiedy spada poniżej 15%. Dzięki temu bardzo szybko zdobywamy wysokość. Asfalt kończy się dość szybko i zaczynają się płyty, które tez są na niedługim odcinku. Po niecałym kilometrze nachylenie robi się znośne i jedzie się o wiele przyjemniej. Na końcu podjazdu zaczekaliśmy na Sebastiana, żeby mógł do nas dojechać i chwilę odsapnąć. Ruszyliśmy dalej cały czas trzymając się żółtego szlaku. Nawierzchnia zaczęła robić górska i jechało się nam coraz lepiej. Pokazały się też widoki, bo dla nich też się jeździ po górach. Widzieliśmy też Tatry, ale przejrzystość była taka sobie. Szlak zrobił się trudniejszy, pojawiło się trochę kamieni i znów zrobiło się stromo. Był to znak, że zbliżamy się do Bacówki na Krawcowym Wierchu. Zatrzymaliśmy się tylko na szybkie loty dronem i pojechaliśmy dalej. Samo miejsce jest piękne. Te małe beskidzkie bacówki mają swój niepowtarzalny urok i ja bardzo je lubię:)
Przy bacówce zmieniliśmy szlak na niebieski i niezbyt wymagającym podjazdem po polance wjechaliśmy do lasu. Szybko osiągnęliśmy szczyt Krawców Wierch i pocisnęliśmy dalej. Było trochę w dół, ale też musiało być ostro w górę. I taki był podjazd na Grubą Buczynę. Podobnie jak w czerwcu musiałem się zatrzymać, bo nachylenie nie wybacza nawet najdrobniejszego błędu. Wybrałem tym razem nie tą stronę kamienia i straciłem trakcję. Tym razem jednak przestawiłem rower i ruszyłem dalej. Ciężko się rusza na odcinku gdzie nachylenie nieskromnie dobija do 25-30%. Na szczycie zaczekałem na chłopaków i zaczęliśmy pyszny zjazd. Bardzo lubię tam jeździć. Do Wielkiego Gronia poszło szybko. Przy szczycie szlak odbija w prawo, my razem z nim i za nim znów robi się szybko w dół. Pojawiają się myśli, żeby znów nie rozchrzanić przerzutki. Na zjeździe zatrzymuje się w miejscu, w którym rozwaliłem przerzutkę i szukam kamienia, który zawinił. Niestety nie udało się i pojechaliśmy dalej. Szybko zameldowaliśmy się na Przełęczy Bory Orawskie. Po drodze co najmniej dwa razy przeprawialiśmy się przez błoto.
Za przełęczą robi się stromo i długo pod górę. Pamiętam jak dwa lata temu na najbardziej stromych kawałkach wypychaliśmy rowery z Marcinem kipciorem ;) Tym razem jechałem niemal jak Lord :-D W połowie podjazdu zatrzymałem się bo skończyła mi się bateria w GoPro. Wymieniłem ją i ruszyłem dalej. Po niecałym kilometrze stromy kawałek się skończył i zrobiło się przyjemniej. Przed szczytem Trzy Kopce na chwilę zrobiło się stromo. Na Trzech Kopcach odbiliśmy na Główny Szlak Beskidzki i ruszyliśmy na wschód.
Czerwony szlakiem pojechaliśmy na wschód w stronę Hali Miziowej. Było łatwo i przyjemnie do początku podjazdu na Palenicę. Na szczyt z Grześkiem wjechaliśmy jednak sprawnie. Zatrzymaliśmy się i zaczekaliśmy na Sebę. W dół ruszyliśmy wszyscy w krótkich odstępach. Wiedziałem co nas czeka, bo zjeżdżaliśmy na Halę Cudzichową i po wyjechaniu na otwarty teren pojawił się piękny widok na Pilsko, czyli na nasz główny cel :) Oczywiście założenie mieliśmy takie, że jak pogoda zrobi się niepewna, to odpuszczamy go i robimy odbój. Na tamtą chwilę pogoda była świetna. Ani gorąco, ani zimno, optymalnie po prostu. Na hali pojawiła się dyskusja, czy robimy przerwę, bo Grzesiek chciał dronem polatać. Udało mi się go przekonać, żeby nie tracić teraz czasu tylko wbić na Pilsko i tam ewentualnie polatać, bo prognozy cały czas były niekorzystne. Seba wciągnął tylko żel i ruszyliśmy na Przełęcz Cudzichową. Za nią zaczął się ostatni gruby podjazd przed halą. Stromo i sporo luźnych kamieni. Szlak prowadził zboczem Munczolika. Niecałe 1,5 km dalej byliśmy już na Hali Mizowej.
Przejechaliśmy przy schronisku i ruszyliśmy na szczyt. Na odcinku niewiele ponad 1,5 km ponad 250 m w górę. Ruszyłem żwawo, stromo zaczęło się sto metrów za schroniskiem. Wjechałem i delikatnie się wypłaszczyło. Tam jechało się spoko. Nie trwało to długo i odbiłem na srogą część podjazdu. przednie koło tańczyło, ale udawało mi się nie tracić trakcji i jechać dalej. Musiałem się zatrzymać, bo zmęczyło mnie bardziej panowanie nad przodem roweru niż kręcenie. Ruszyłem dalej, łatwo nie było, ale się udało. Dojechałem w końcu do ściany, że dalsze próby skończyłyby się pewnie lotem na plecy. Wypchałem rower ok. 40 m wysokości i mogłem jechać dalej. Przed Górą Pięciu Kopców są skały po których musiałem wprowadzić rower. Może 10-15 metrów dystansu. Stamtąd pojechałem szczytować. Dojazd jest fajny miedzy Kosówką. Na szczycie zająłem miejscówkę z widokiem na Tatry i jezioro Orawskie. Rozgościłem się i oczekiwałem chłopaków. Trochę to trwało i zacząłem się martwić. W końcu dotarli i mogliśmy wspólnie podziwiać jak zwykle piękne widoki :)
Na szczycie spędziłem prawie godzinę. Pogoda była spoko, jednak ciągle było ryzyko opadów, a prognozy mówiły też o burzach. Zaczęliśmy zjazd. Między Kosówką jechało się wybornie. Plus taki, że turystów nie było wielu, więc nie trzeba było się chować w Kosówce, żeby umożliwić im bezpieczne i komfortowe przejście. Za Kosówką zaczęły się kamyki. Seba chcąc chyba zaimponować starszym paniom postanowił się przed nimi wyłożyć. Albo opcja nr dwa zapomniał języka i nie przeprosił co skutkowało za wolną jazdą i w konsekwencji glebą. Tym razem jeszcze sobie krzywdy nie zrobił. Ucierpiał jedynie wieszak na Garmina, który się połamał. Jechałem ostatni, więc w pierwszym rzędzie był Grzesiek. Ja z tylnego rzędu widziałem tylko lądowanie w Kosówce. Otrzepał się i pojechaliśmy dalej. Ruszyłem pierwszy i dość szybko byłem na Górze Pięciu Kopców. Tam skałkę sobie sprowadziłem, choć kusiło zjechać. Rozsądek wziął górę. Kamienisty kawałek szlaku był krótki i wraz z jego końcem wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń. Co za widoki :-) Nie myśląc długo zacząłem zjazd. Jest tam piekielnie stromo i bardziej skupiam się na jeździe niż na widoczkach. Sprawnie pokonuje najbardziej stromy odcinek i mogę odpuścić trochę heble. Jest świetnie. Zjeżdżam do wypłaszczenia, o którym już wspomniałem i czekam na chłopaków. Dojeżdżają do mnie i ciśniemy dalej aż do schroniska. Świetny zjazd :-D Zjazd, którego największą trudnością jest nachylenie. Wszyscy cali meldują się przy schronisku. Zajmujemy miejsce przy stoliku i zamawiamy zasłużoną strawę. Byłem tak głodny, że wziąłem sobie dwie porcje giętej z pieczywem. Ale to było dobre. Strawę zapiłem dobrze schłodzoną pepsi. Tego mi było trzeba. Po jedzeniu odpoczęliśmy kilkanaście minut. W między czasie uzupełniłem bukłak wodą, a bidon elektrolitami.
Z Hali Miziowej startujemy szlakiem zielonym do Sopotni. Bardzo fajny szlak, jednak tylko do pewnego momentu. Bardzo szybko trafiamy na trzy ciekawe skalne sekcje,. Dalej leci się dość szybko wąskim singlem, później po kamieniach, które o dziwo nie są luźne, aż w końcu dociera się do punktu gdzie zaczyna się typowa rąbanka. Urozmaica ją jeszcze płynąca woda i błoto. Nie przeszkadza to jednak nam w dotarciu do Sopotni Wielkiej. Wbijamy na asfalt i zaczynamy długi podjazd. Nakręciliśmy do tego momentu niewiele ponad 31 km i 1450 m w górę. Podjazd zaczął się łagodnie i na asfaltowym odcinku o długości niecałych 5 km zrobiliśmy niecałe 220 m w górę. Zjechaliśmy na szuterek, zrobiło się stromiej, ale tragedii nie było. Dojechaliśmy w końcu do odbicia z szutru. Stamtąd mieliśmy się szybko dostać praktycznie na Halę Pawlusią. Widziałem kiedyś, ze ktoś tamtędy jechał i zapisałem sobie ten wariant żeby z niego skorzystać w odpowiednim czasie. Ten czas właśnie nadszedł. Droga w którą odbiliśmy wznosiła się stromo do góry po luźnych kamieniach. Droga ta była też po zwózce. Pierwsze 30, może 50 metrów nie dało się jechać. Musiałem rower wprowadzić. Dalej dało się jechać. Ciężko było, ale się dało. Dotarłem do odbicia w prawo, gdzie odbijaliśmy na trawisty odcinek drogi. Kawałek dalej zatrzymałem się, żeby zaczekać na chłopaków. Usłyszałem, że coś chodzi w pobliżu za drzewami. Powiedziałem chłopakom i oczywiście były śmieszki, że misiek. Niepewność rosła, a ja cały czas gadałem. Chłopaki zbliżyli się do mnie na odległość góra 10 metrów i nagle zakotłowało się i zza drzew przez drogę wyskoczył potężny jeleń. Wykonał skok kilka metrów za chłopakami. Był duży i miał piękne poroże. Dobrze, że nie staranował chłopaków, bo byłoby nieprzyjemnie. Po chwili znów zakotłowało się i drugi jeleń pocisnął w dół między drzewami. Zrobiło mi się ciepło. Dalej jechaliśmy już bez takich niespodzianek. Cały czas byliśmy poza szlakiem, robiło się wąsko i błotniście. Na całe szczęście udało nam się dotrzeć do szlaku z Romanki na Rysiankę. Podczas przedzierania się przez błoto, krzaki i trawy wróciło do mnie wspomnienie pewnej lipcowej soboty. Wiadomo, że pamięta się tylko te dobre dni ;)
Ruszyliśmy ze zbocza Martoszki i szybko zameldowaliśmy się na punkcie widokowym, czyli na górce ulokowanej na Hali Pawlusiej. Długo nie widzieliśmy nieba szerzej niż nad naszymi głowami i tam właśnie się przekonaliśmy, że może lunąć deszcz. W kierunku Rysianki było ciemno, natomiast w kierunku Romanki widzieliśmy jeszcze trochę błękitu nieba. Nie ociągaliśmy się i ruszyliśmy na ostatni stromy podjazd. Osiemset metrów i prawie 100 m w górę. Jechało się spoko, jedynie końcówka była stroma i po luźnych kamieniach. Zjeżdżamy na ławeczkę na hali i tam zatrzymujemy się na kilka minut. Zrobiło się zimno i postanowiłem ubrać bluzę. Zrobiłem też szybki przelot na nad Rysianką i byłem gotowy do dalszej drogi. Wystartowaliśmy w stronę Hali Lipowskie i zaczęło delikatnie padać. Padało na tyle, że wszystko zrobiło się mokre. Nie był to też deszcz, który wymagałby zakładania kurtki. Niedaleko za Lipowską odbiliśmy razem z żółtym szlakiem na Halę Bieguńską. Widoczki tam są świetne, jednak nie sobotniego popołudnia. Niebo się zaniosło, w perspektywie był większy deszcze, więc bez zbędnego ociągania ruszyliśmy dalej. Sprawnie dotarliśmy do kolejnych hal. Najpierw do Bacmańskiej, a później do Redykalnej. Z tej ostatniej zaczęliśmy zjazd do Ujsoł. Początek szybki po polance, później krótki podjazd, który w większości robi się impetem zjazdu. Dalej to kamienna zabawa aż do Zapolanki, w której wjechaliśmy na asfalt i jechaliśmy nim aż do momentu kiedy szlak żółty odbił w prawo. My pojechaliśmy prosto na szlak czarny. Początek szeroką drogą polną. Dalej szlak odbił w las i zrobiło się bardzo ciekawie. Wąski singielek, krótki podjazd i znów w dół singielkiem. Kilometr zabawy i wróciliśmy na szeroką drogę by po chwili z niej zjechać i trawiastym singlem, a później łąką zjechać na asfalt w Ujsołach. Lekko w dół, jechało się bez pedałowania. I właśnie tam Seba zaliczył drugą i jak się okazało dziś poważniejszą glebę. Jechałem pierwszy, Seba drugi i Grzesiek na końcu. Zbliżałem się do poprzecznej drogi i miałem ograniczoną widoczność, to zwolniłem żeby sprawdzić czy nic nie jedzie. Za mną Sebastian jechał trzymając tylko lewą rękę na kierownicy. Nie spodziewał się, że ja zwolnię i jak się zorientował, to zahamował przodem. Klasyczne OTB, które pociągnęło jeszcze ze sobą Grześka. Ten żeby nie wjechać w Sebę odbił w lewo, ale nie miał już miejsca i tylne koło roweru wpadło mu na dłoń i dwa palce znalazły się między szprychami. Relacjonuję zeznania chłopaków. Grześka palce po kilku godzinach przestały boleć, został siny ślad, dziś fioletowy. Seba od początku uskarżał się na ból w olkolicy łokcia. Do końca trasy mieliśmy 500 metrów.
Do auta dotarliśmy już bezpiecznie. Zaczęło wtedy mocniej padać. Zapakowaliśmy rowery i pojechaliśmy na bazę w Rajczy. Proponowałem Sebastianowi, że jak czuje, że jest coś nie tak, to mogę go zawieźć na najbliższy SOR. Nie skorzystał. W niedzielę rano nie było poprawy i nie był w stanie jeździć rowerem. Miał na nas poczekać aż my przejedziemy to co mamy przejechać. Ostatecznie pogoda nie nadawała się do jazdy i wróciliśmy szybciej do Łodzi. Rano Seba też nie zdycydowął się na wizytę na SOR. Umówił się na dziś do lekarza.
Przejechaliśmy tego dnia 52 km i 2227 m w górę. Soczysty był to trip ;-) Zmokliśmy trochę na koniec, czyli warto było zaryzykować :-)
Fotki:
90023
Tatry daleko w tle widziane z żółtego szlaku.
90024
Druga strona Beskidu Żywieckiego.
90025
Bacówka na Krawcowym Wierchu a na dalekim planie hale przy których będziemy wracać z Rysianki.
90026
Znad Krawcowej hali.
90027
Grzesiek.
90028
Hala Cudzichowa i Pilsko.
90029
W stronę Pilska. Podobno była to wycieczka rowerowa ;)
90030
Jezioro Orawskie i Tatry z Pilska.
90031
Charakterystyczne miejcse na Pilsku.
90032
Babia Góra znad Pilska.
90033
Znad Pilska.
90034
Znad Pilska.
90035
Widoczek z Góry Pięciu Kopców.
90036
Widoczek z Góry Pięciu Kopców.
90037
Romanka z Hali Pawlusiej.
90038
Widoczek z Hali Pawlusiej.
90039
Pilsko znad Rysianki. I tyle zostało z widoczków.
90040
Hala Rysianka.
90041
Hala Bacmańska.
Krótka zajawka video poniżej :)
https://youtu.be/-MFmsdIZv6s
grissley
02-09-2025, 11:07
"Lajk" ;)
Widoczki kojarzę z pieszego przejścia GSB, chociaż akurat Pilsko GSB omija :)
siemalysy
02-09-2025, 20:33
grissley dziękuję :)
siemalysy dzięki za obie relacje, bylo co czytać, i oglądać:)
Michał, nadrobiłem zaległości. Podobało się dla mnie.
patronat
03-09-2025, 10:36
siemalysy skoro zjazd z Pilska Ci się podobał, top może Fatra na weekend? Pogoda ma być wyborna... Weź chłopaków i pociśniemy jakiegoś tripa.
PS
Możemy zrobić testy rowerów, mogę mieć Bullsa z Pinionem. A za jakiś czas mam mieć też Megamo z DJI. Jest tam taki podjazd jeden "weryfikacyjny", mona poupalać. Byłby niezły zestaw -Bosche 4 i 5 generacji, kumpel na Yamaszce albo Shimano do wyboru, DJI i Pinion. Wszystko na jednej górce.
siemalysy Michał i co z kolegą ? Był u lekarza ? Wypadki się zdarzają, wszak uczestniczymy w "sporcie ekstremalnym". W zeszłym roku w tamtych rejonach, rozwaliłem sobie goleń o platforme, wdało się zakażenie z glinki nieopodal Glinki :twisted:
Podobnie, jak Ty, ściągnąłem sobie od kogoś ten pomysł ominięcia szlaku niebieskiego z Sopotni na Rysianke, jeszcze nie testowałem w praktyce. Na Pilsko jeszcze nie miałem ciśnienia wjechać/wepchać, ale pewnie kiedyś to nastąpi. Zielony z Miziowej bardziej mnie korci.
patronat
03-09-2025, 13:26
rotor ciebie już nie zapraszam, foch :)
- - - - kolejny post - - - - - -
siemalysy Michał i co z kolegą ? Był u lekarza ? Wypadki się zdarzają, wszak uczestniczymy w "sporcie ekstremalnym". W zeszłym roku w tamtych rejonach, rozwaliłem sobie goleń o platforme, wdało się zakażenie z glinki nieopodal Glinki :twisted:
Podobnie, jak Ty, ściągnąłem sobie od kogoś ten pomysł ominięcia szlaku niebieskiego z Sopotni na Rysianke, jeszcze nie testowałem w praktyce. Na Pilsko jeszcze nie miałem ciśnienia wjechać/wepchać, ale pewnie kiedyś to nastąpi. Zielony z Miziowej bardziej mnie korci.
Niebieski jest fajny z tym że z Rysianki do Sopotni a nie z Sopotni na Rysianke :)
Taką trasę mieliśmy robić mniej więcej, tylko powrót z Lipowskiej niebieskim na Złatną. Czeka w mapy.com i się kurzy, jakoś mnie ostatnio tam nie ciągnie.
@rotor (https://forum.nikoniarze.pl/member.php?u=2473) ciebie już nie zapraszam, foch :)
Przejdzie Ci... :p
- - - - kolejny post - - - - - -
Niebieski jest fajny z tym że z Rysianki do Sopotni a nie z Sopotni na Rysianke :)
Taką trasę mieliśmy robić mniej więcej, tylko powrót z Lipowskiej niebieskim na Złatną. Czeka w mapy.com i się kurzy, jakoś mnie ostatnio tam nie ciągnie.
W obu przypadkach zjazdu niebieskim, cza wyczaić bezludzikowy czas, bo inaczej, to będzie męczarnia. Ostatnio podjeżdżałem niebieskim ze Złatnej ... ->
90074
.. i był korek :D
siemalysy
03-09-2025, 18:20
siemalysy dzięki za obie relacje, bylo co czytać, i oglądać:)
crusiek
Sebastian, cieszę się :-) Dziękuję :)
Michał, nadrobiłem zaległości. Podobało się dla mnie.
zdyboo
Tomek, dziękuję :) Cieszę, się, że się podobało dla Ciebie :)
siemalysy skoro zjazd z Pilska Ci się podobał, top może Fatra na weekend? Pogoda ma być wyborna... Weź chłopaków i pociśniemy jakiegoś tripa.
PS
Możemy zrobić testy rowerów, mogę mieć Bullsa z Pinionem. A za jakiś czas mam mieć też Megamo z DJI. Jest tam taki podjazd jeden "weryfikacyjny", mona poupalać. Byłby niezły zestaw -Bosche 4 i 5 generacji, kumpel na Yamaszce albo Shimano do wyboru, DJI i Pinion. Wszystko na jednej górce.
patronat akurat w ten weekend nie mogę. Dziękuję za zaproszenie :)
siemalysy Michał i co z kolegą ? Był u lekarza ? Wypadki się zdarzają, wszak uczestniczymy w "sporcie ekstremalnym". W zeszłym roku w tamtych rejonach, rozwaliłem sobie goleń o platforme, wdało się zakażenie z glinki nieopodal Glinki :twisted:
Podobnie, jak Ty, ściągnąłem sobie od kogoś ten pomysł ominięcia szlaku niebieskiego z Sopotni na Rysianke, jeszcze nie testowałem w praktyce. Na Pilsko jeszcze nie miałem ciśnienia wjechać/wepchać, ale pewnie kiedyś to nastąpi. Zielony z Miziowej bardziej mnie korci.
rotor
Wojtek, kolega ma złamaną główkę przedramienia. Dwa tygodnie ręka na temblaku.
Zielony z Miziowej jest całkiem ok, ale do pewnego momentu. Koniec w błocie zmieszanym z kamieniami ;)
Cześć.
Musze wymienić suport. Moj suport ma długość 127,5mm, na obudowie ma oznaczenie 125,5mm. 127,5 nie są nigdzie dostępne stacjonarnie. Czy mogę zamontować krótszy, np 122,5? Czy będzie kłopot z kręceniem?
Pozdro!
Nie będzie się zgadzać linia łańcucha. Pytanie też co to za support? Kwadrat? Sram? Shimano octa? Holowtech?
Wind Mill
13-09-2025, 16:39
A musi byś stacjonarnie?
Tu masz 127,5 mm na przykład:
https://allegro.pl/oferta/suport-fsa-rpm-bb-7420st-127-5-mm-mufa-68-mm-kwadrat-fsa-17571995100
https://allegro.pl/oferta/suport-shimano-bb-un300-kwadrat-68-x-127-5-mm-bsa-ze-srubami-11330381693
Tegoroczny urlop postanowiłem spędzić na drugim końcu Polski i to dosłownie na Suwalszczyźnie, Mazurach Garbatych i trochę na Podlasiu.
Najpierw musiałem siebie przekonać, że dam radę 10 godzin w ciapongach, udało się. Potem rezerwacja noclegu. Zastanawiałem się nad podzieleniem noclegów między Suwałki i Augustów, ale przy planowaniu tras wyszło, że to nie ma za bardzo sensu. Cały pobyt bazowałem w Suwałkach.
Kolejną rzeczą był zakup biletów na ciapongi. Umyśliłem sobie wyjazd 31 sierpnia i powrót 10 września. Bilety można kupić maks. 30 dni przed terminem podróży. Kupowałem te 30 dni przed terminem o 4 rano i na żadne z wybranych połączeń nie mogłem kupić biletu na rower. Kupiłem na połączenie, którego w ogóle nie brałem pod uwagę, bo bym był w Suwałkach dopiero o godzinie 21. No i droższe było bo z Wrocławia do Warszawy jechałbym EIC. Mając powyższe na uwadze, bilety na powrót kupiłem zaraz po północy i udało się w dużo niższej cenie kupić bilet i to na EIC z Warszawy i zwykłe IC z Suwałk.
W planowaniu tras pomogła heatmapa Stravy, bo akurat miałem podarowany miesięczny pełny dostęp. Trochę też pomógł Michał siemalysy jako człowiek stamtąd.
Trochę tych kilometrów wyszło, sieć dróg niezbyt gęsta, sporo dróg szutrowych o których nie miałem pojęcia w jakim stanie są. Zresztą to samo dotyczyło twardego. Niemniej jednak zaplanowałem sobie tras z lekką górką, najdłuższa miała 175 km, najkrótsza 80 km.
Kilka dni przed wyjazdem, jak drukowałem sobie bilety na ciapongi, niby wszystko w telefonie, ale na tak długie trasy wolę mieć papierowy backup. Sprawdziłem jeszcze połączenia do Suwałk i nagle mogę kupić bilet na wcześniejsze połączenie. Kupiłem, tamten oddałem i dałem znać na noclegu, że jednak będę wcześniej.
Podróż przebiegła bez większych przygód. IC z Wro do Białegostoku dotarł z kilkuminutowym opóźnieniem, ale nadal miałem wystarczająco dużo czasu, aby skoczyć do Maca koło dworca i zjeść coś na ciepło. W pociągu nigdy nie było sytuacji, żeby wszystkie miejsca rowerowe były zajęte, zatem nie kumam tej blokady na bilety na początku sprzedaży.
Z Białego do Suwałk jechałem już szynobusem Kolei Podlaskich, bez klimy, ale nie było upału i otwarte okna nieco ratowały sytuację. Za Augustowem już bacznie obserwowałem co się dzieje za oknem i bardzo mi się to podobało.
Z dworca w Suwałkach do noclegu miałem 2,5 km. W nowym, ciągle jeszcze rozbudowywanym osiedlu miałem całe mieszkanie dla siebie. Rower w garażu podziemnym, ja na pierwszym piętrze. Mieszkanie bardzo spoko, dla mnie głównym kryterium była pralka i możliwość bezpiecznego trzymania roweru. Przy czym spoko na te kilka(naście) dni. Życia bym w nim nie chciał spędzać.
Miałem zaplanowaną trasę (40 km) nad Wigry, ale byłem zbyt wyrąbany po 10 h w podróży i skończyło się na pętelce (10 km) po mieście, żeby zjeść coś normalnego, pozwiedzać Suwałki i zrobić sobie podstawowe zakupy paszowe.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15652312930
Od poniedziałku miała zacząć się już jazda na poważnie. Jako rozbiegową, wybrałem sobie trasę na północ od Suwałk, gdzie główną atrakcją miały być wiadukty kolejowe w Stańczykach i w Kiepojciach. No i ogólne zapoznanie się z okolicą.
Okolica okazała się być nad wyraz urokliwa, to się już nie zmieniło do końca wyjazdu. Cała Suwalszczyzna jest przyjemnie pagórkowata, bez sztajf, najwięcej chyba zdarzyło się 13% ale bardzo krótko. Drogi utwardzone co najmniej dobrej jakości, nie trafiłem na żaden odcinek pełen dziur, jak to się zdarza na Ziemi Kłodzkiej na przykład. Trafiały się drogi betonowe, te już były równe jak stół. Na szutrach było za to różnie, większość dróg szutrowych jest dopuszczona dla ruchu kołowego i tu musiałem uważać. Na Dolnym Śląsku szutrówki mamy głównie w lasach i tam co najwyżej można spotkać leśników, innych rowerzystów czy ekipy od wycinki. Na Suwalszczyźnie można było spotkać samochody i musiałem pamiętać o tym, żeby trzymać się jednak prawej strony. Obecność samochodów na drogach szutrowych powoduje powstawanie na niej tarki, ale zawsze udawało się znaleźć jakieś miejsce gdzie nie było jej.
Ogólnie stan dróg oceniam jako bardzo dobry z jednym wyjątkiem, ale o nim za chwilę.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15660425003
Stwierdziłem, że we wtorek zrobię najdłuższą trasę. Suwałki to komunikacyjna dziura, jeżeli chodzi o kolej. Można jechać tylko na południe, choć podobno są też jakieś połączenia z Litwą. Do odległego o 70-80 km Olecka czy Ełku pociąg jedzie 4 h, bo najpierw trzeba pojechać do Białegostoku i przesiąść się w pociąg do jednego z ww. miast. Tory z Suwałk są, ale dopiero trwają przygotowania do wznowienia połączeń pasażerskich.
Rano, ciapongiem przed godziną 5 pojechałem do Białegostoku i wróciłem na kole do Suwałk, ale zahaczyłem o Tykocin i Goniądz. W tym drugim mieście byłem 15 lat temu na plenerze Nikoniarzy nad Biebrzą i nie poznałem miasta. Wtedy wyglądało to jak duża wieś, a obecnie bardziej jak miasteczko. Tykocin ładny, taki dopieszczony, bo i zamek, i starówka. Choć nie polecam szosówką bo główna ulica w całości wybrukowana.
Samo Podlasie płaskie jak okiem sięgnąć. Dopiero w okolicach Augustowa zaczęło się coś dziać w pionie.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15673214819
Środa to był pierwszy wyjazd na Litwę. Jej zachodnią część konkretnie. Wiedziałem, że litewski odcinek będzie niemal w całości szutrowy, ale niestety bardzo źle trafiłem. Akurat odnawiali nawierzchnię, co polegało na tym, że maszyna lemieszem nagarniała szuter. Po jej przejechaniu tworzyła się bardzo miękka warstwa w którą rower się zapadał. Jechało się po tym tylko ciut lepiej niż po piachu. Te kilkanaście kilometrów mnie strasznie wymęczyło. Przy powrocie do Polski skontrolowała mnie Straż Graniczna, ale strażnik tylko obejrzał dowód. Chwilę z nimi pogadałem na temat tego czy wszystkie przejścia są otwarte, bo miałem w planach jeszcze jeden wypad na Litwę, ale nie umieli mi precyzyjnie odpowiedzieć.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15684320054
Czwartek przywitał mnie mgłą, ale wyruszyłem zanim opadła, podniosła się czy to zwykle mgła ma zwyczaju robić. Tym razem na południe do Augustowa, przez Wigierski Park Narodowy. Trasy rowerowe w WPN to złoto w czystej postaci. Trochę pagórkowatego lasu, ale mnie najbardziej podobały się odcinki po drewnianych pomostach wijących się między drzewami. I były tego setki metrów. Część pomostów była też zabezpieczona siatką stalową, żeby rower nie ślizgał się na deskach. Sprawdziło się to bardzo dobrze, po akurat deski były wilgotne od mgły. Poza tym trochę korzeni, trochę piachu. Były miejsca, że nie obraziłbym się na MTB. Cudo.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15696795715
Piątek to wypad z sąsiedzką wizytą na Mazury właściwe. Druga co do długości trasa całego urlopu. Z Suwałk pojechałem do Olecka, dalej do Ełku z których wróciłem do Suwałk. Na wjeździe do Olecka przywitał mnie brak mostu i remont odcinka drogi. Na szczęście na budowie nie było nikogo, a przez strumień lub rzekę dało się przejść po paletach i deskach, które ktoś, zapewne robotnicy, ułożył w nurcie. Dalej trasa wiodła przy samym brzegu jeziora Oleckie Wielkie. Do Ełku wjechałem od wschodu od okolic węzła S16, bardzo ruchliwa i przez to męcząca okolica. Na szczęście większość pokonałem jakimś chodnikiem. Tą samą trasą opuściłem Ełk. Okolice promenady nad Jeziorem Ełckim już całkiem spoko. Spędziłem tam chwilę, bo zatrzymałem się na obiad.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15707373118
W sobotę zdecydowałem się zrobić sobie luźny dzień i w związku z tym pojechałem tylko nad Wigry do miejscowości Wigry, czyli trasa 40 km. Zatrzymałem się na mostku nad Jeziorem Krzywe, aby zrobić zdjęcia i pogadałem z lokalesem, który polecił mi Suwalski Park Krajobrazowy. Nie miałem go w planach, ale po powrocie na kwaterę wyrysowałem sobie trasę po szlakach rowerowych w parku.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15716633535
Niedziela to drugi wyjazd na Litwę. Tym razem pojechałem na północ i tym razem większość trasy w tym kraju miała być po twardym. Niestety droga się okazała być dość ruchliwa, odpowiednik naszej drogi wojewódzkiej czy może nawet krajowej. Nie zanotowałem jednak, żadnej krzywej akcji z wyprzedzającymi mnie kierowcami. Do Polski wróciłem koło trójstyku granic, gdzie miałem obawy czy w ogóle przekroczę granicę, ale udało się. Wracając jechałem wzdłuż zachodniej granicy Suwalskiego Parku Krajobrazowego, pojechałem na wieżę widokową nad Hańczą, czyli najgłębszym polskim jeziorem oraz drugą wieżę z widokiem na rozlewiska Czarnej Hańczy. Ogólnie jednak dzień był dość wyczerpujący. Miałem takie momenty, że myślałem, że trasa składa się z samych podjazdów. W ogóle nie notowałem odcinków w dół. Tu też padł rekord przewyższeń.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15730519431
Za to w poniedziałek wszystko siadło, jak siąść powinno. Zdecydowanie najlepszy dzień pod względem ogólnych odczuć z jazdy. Pojechałem na południowy wschód nad Kanał Augustowski i wraz z jego biegiem dotarłem do Augustowa, gdzie częściowo już znaną sobie trasą wróciłem do Suwałk. Gdzieś po drodze w lesie mijałem się kilka raz z Volvo na mazowieckich blachach. W końcu pogadaliśmy, bo państwo podróżujący blachosmrodem zgubili się nieco. Szukali Jeziora Płaskiego, podobno znanego na całą Polskę. Sprawdziłem na mapie gdzie ono się znajduje i ich pokierowałem. Mam nadzieję, że trafili.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15740982149
We wtorek, pojechałem do Suwalskiego Parku Krajobrazowego i tam już miejscami było jak w górach. Kamieniste drogi w dół, nachylenia też się trafiały, najdłuższe co nie oznacza długie podjazdy też, ale warto było. Trasa rysowana już na miejscu, niespecjalnie długa, ale widokowo wymiatająca. Lokalesi nazywają ten park naszymi Bieszczadami. Nigdy nie byłem w Bieszczadach, ale park jest naprawdę krajobrazowy.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15751847308
Środa to dzień powrotu. W ciapongu z Suwałk do Wawy rozkręciłem taki klub dyskusyjny, że aż się ludzie z pozostałej części wagonu dosiadali, żeby pogadać. Dla równowagi, podróż EIC z Wawy upłynęła w ciszy, ale EIC oprócz trzech stacji w stolicy, zatrzymał się tylko w Poznaniu. Poza większymi miastami cisnął 160 km/h, zatem miło było siedzieć przy piwie w Warsie i patrzeć, jak samochody zostają w tyle.
Podsumowując wyjazd, udało się zrobić 1100 km i 6700 m w pionie.
Okolice polecam gorąco. Piękne krajobrazy, MZ dopiero góry przebijają Suwalszczyznę. Choć oczywiście nie byłem wszędzie zatem to tylko opinia, nie fakt.
Drogi bardzo dobrej jakości. Terenowe szlaki rowerowe przejezdne w 100 %. Nie trafiłem na odcinek, że szlaku nie ma lub jest zarośnięty. O ile jest to szlak, to da się go przejechać, choć czasem kwestia, jakim rowerem. Z drogami bywa różnie, ale tylko raz musiałem na bieżąco korygować wyrysowany ślad, bo zamiast drogi/ścieżki było pole.
Okolice wyludnione. Wiele razy miałem takie sytuacje, że przez kilkadziesiąt minut nie widziałem żywej duszy. Nikt nie mijał mnie samochodem, nikogo nie widziałem na wioskach. W lesie to już w ogóle ciężko było kogoś spotkać.
Ma to swoje dobre i złe strony. Dobre, bo ruch nawet na drogach wojewódzkich był niewielki, a złe, bo nie było co liczyć na sklep w każdej wsi. Knajp też było mało, a część z tych co były została już zamknięta, bo sezon się skończył. Choć miła pani nad Kanałem Augustowskim sprzedała mi za gotówkę piwo, dała nawet szklankę i pozwoliła skorzystać z leżaka, żebym sobie w spokoju je wipił w okolicach przyrody niepowtarzalnej.
Wielokrotnie jechałem po Green Velo i szlak przygotowany bardzo profesjonalnie. Co kilka(naście) kilometrów MOR – Miejsce Obsługi Rowerzysty, na którym zwykle była zadaszona wiata i stojaki rowerowe, choć trafiłem i na takie bez wiat. Sporo tabliczek kierunkowych i odległościowych. Co bardziej strome podjazdy oznakowanie nachyleniem, choć czasem miałem wrażenie, że na wyrost.
Suwałki od strony rowerowej mocno takie sobie. Dużo DDR z fazowanej kostki ułożonej wzdłużnie, rower po tym jedzie trochę po swojemu. Chyba dwa razy trafiłem na ślepe zakończenie DDR. Mało wyzerowanych krawężników.
Dużo DDR jest poprowadzonych wzdłuż wewnętrznych, osiedlowych uliczek, nie wiem po co.
Sami korzystający z DDR też jakby nie nie do końca mieli świadomość, że to jest droga na której obowiązują przepisy. Za dużo razy byłem zmuszony jechać po lewej stronie czy wręcz chodnikiem, bo inaczej zderzyłbym się z osobą jadącą z naprzeciwka.
Lepiej jest za miastem, bo niemal we wszystkich kierunkach w jakich opuszczałem Suwałki robiłem to po DDR. Czasem bardzo długo po niej jechałem, np. 30 km do Sejn. Oczywiście DDR co jakiś czas przebijała się z jednej strony jezdni na drugą, ale nie było to jakoś bardzo uciążliwe.
Rowerzystów spotykałem z rzadka, na palcach jednej dłoni lub dwóch dłoni stolarza jestem w stanie zliczyć osoby, które wyglądały bardziej profesjonalnie niż wyprawa po bułki czy popołudniowa/weekendowa przejażdżka. Połowę ze wszystkich rowerzystów spotkałem na Podlasiu.
Litwa mi się nie podobała, pewnie słabo trafiłem. Musiałbym odjechać dalej od granicy, ale czułem się tam całkiem obco. Może przez to, że pierwszy raz tam byłem.
Fotosy:
90339
Jeziora w krajobrazie polodowcowym nie zawsze są łatwo dostępne.
90340
Wiadukty kolejowe w Stańczykach.
90341
Wiadukt kolejowy w Kiejpociach.
90342
Zamek w Tykocinie.
90343
Biebrza.
90344
Sejny.
90345
Litewska chatka.
90346
Na Litwie też nie jest płasko.
90347
Zniszczona choć nie taka stara chata, częściowo z drewna, a częściowo z gliny.
90348
Byki we mgle. Krów na Suwalszczyźnie było w opór.
90349
Wigry, druga co do wielkości kałuża w Polsce.
90350
Można sobie pomieszkać.
90351
Szlak rowerowy w WPN.
90352
Woda w większości jezior była bardzo czysta.
90353
Pokamedulski klasztor w Wigrach.
90354
Betonowe drogi równe jak stół.
90355
Olecko.
90357
Pozostałości po dawnej przeprawie przez Jezioro Krzywe.
90358
Wigry.
90359
Litewskie pagórki.
90360
Jezioro Wisztynieckie, drugi brzeg to już Rosja.
90361
Hańcza.
90362
Kanał Augustowski.
90363
Suwalski Park Krajobrazowy
90364
Suwalski Park Krajobrazowy
grissley
13-09-2025, 20:49
zdyboo fajny wypad. A przejścia z rowerowym pekapem mam takie same i też nie ogarniam o co chodzi...
A musi byś stacjonarnie?
Tu masz 127,5 mm na przykład:
https://allegro.pl/oferta/suport-fsa-rpm-bb-7420st-127-5-mm-mufa-68-mm-kwadrat-fsa-17571995100
https://allegro.pl/oferta/suport-shimano-bb-un300-kwadrat-68-x-127-5-mm-bsa-ze-srubami-11330381693
Chciałem od ręki wymienić i mieć z głowy. Zwłaszcza że potrzebowałem 73/127,5 i z dostępnością było gorzej. Natomiast, po skrupulatnym poskładaniu na starym suporcie, odpowiednim dokręceniu, okazało się że stuki zniknęły. Cud.
siemalysy
14-09-2025, 11:25
zdyboo
Tomek, śledziłem na bieżąco na stravie, więc wiem co jeździłeś 😊 Dzięki za relację i fotki. Dobrze się czytało i oglądało.
Dzięki Panowie.
Co do PKP, to ja prawie z niego nie korzystam.
Pociągami poruszam się głównie po Dolnym Śląsku lub tam gdzie KD ma zasięg.
Choć w tym roku faktycznie jakoś się złożyło, że dwa razy jechałem do Kato (IC oraz TLK) oraz wracałem z Mysłowic (IC). Poza tym do Świnoujścia i z Gdynii. Kupowałem bilety różnie, z wyprzedzeniem i na kilka dni przed odjazdem i nie było problemów.
Dopiero do Suwałk się zrobiło. Choć to był ostatni dzień wakacji zatem można było się spodziewać, ale znowu w pociągu nie było tłoku.
Dzięki Tomek za relacje, zacny to byl aktywny wypoczynek, miło było poczytać i pooglądać, sam nabrałem ochoty uderzyć w te rejony.
Nadrobiłem zaległości w czytaniu forum. Zaprawdę zacne wyrypy zaliczyliscie. Super się czytało. Michał foty z drona miażdżą wszystko. Tomek i to się nazywa dobrze wykorzystany urlop.
Pozostali tez niezgorsze opisy. Dzięki za możliwość ich przeczytania i przejrzenia zdjęć. Jeszcze raz graty.
siemalysy
15-09-2025, 16:23
elmo
... Michał foty z drona miażdżą wszystko...
Dziękuję Andrzeju :-)
Sebastian i Andrzej, dziękuję za dobre słowo.
Rejon polecam.
grissley
18-09-2025, 00:50
Kojarzycie jakieś "rumorsy" producentów amorów?
W szczególności ciekaw jestem, czy coś wiadomo o następcach RS Rudy'ego i Taper-Casta 32 od Foxa. W guglu nic nie znajduję?
patronat
19-09-2025, 11:53
heja
1. Na kanale Kasi Burek pojawił się film - "wywiad" ze Sławkiem Łukasikiem. Dla mnie mega ciekawy:
https://youtu.be/rQwdqx9tM3k?si=7qu8ME79vSEC7hjs
2. W niedzielę lub jutro, jeszcze nie wiemy dokładnie, pewnie w obydwa dni, będziemy testować w Bielsku nowego ebika Antidota. Jakby ktoś chciał podotykać...
3. W przyszłym tygodniu, jeśli pogoda dopisze, będziemy mieć Bullsa na Pinionie z najnowszym softem do automatycznej zmiany biegów, jw
4. Spadam jeździć bo pogoda mega siada na weekend.
patronat
19-09-2025, 18:07
W skrócie: mega VPP, Ohlinsy, High Pivot, Hydra z tyłu, koła I9.
90444
Lato jakby ostatnim weekendem chciało przeprosić za to jak wyglądało w tym roku. Trzeba było korzystać. Z osiedlowej stacji ruszyłem do Forst. O dziwo był już ktoś z rowerem, ktoś z hulajnogą, ale nie było problemu z miejscem. Zresztą w Legnicy mój rower został jako jedyny w ciapongu. Wsiadło za to chyba ze dwudziestu grzybiarzy w tym jeden wąsaty Janusz ze składakiem, co to składak sobie złożył i przyoszczędził kilka zeta za bilet na rower.
W Zasiekach i Lesznie Górnym po grzybiarzach tylko spokój został. Do Forst już było pustawo, nawet z Żagania do Żar tym razem mało ludzi jechało. W Forst zameldowaliśmy się może ze trzy minuty po czasie.
Ruszyłem w stronę Nysy Łużyckiej i dalej na północ wzdłuż jej brzegu. Miało być z wiatrem, niezbyt silnym, ale zawsze. Każda pomoc mile widziana, bo tym razem miałem dotrzeć do Kostrzyna nad Odrą na określoną godzinę, bo IC nie będzie czekało, a później może być problem z dotarciem do Wrocławia.
W Guben zameldowałem się dość szybko, ale nie zwiedzałem miasta, przemknąłem tylko koło patrolu niemieckiej policji oraz służby celnej i pojechałem dalej. Jedyne co mnie pozytywnie zaskoczyło, to zakłady chemiczne na południu miasta należące do Grupy Azoty.
Jechałem dalej wzdłuż brzegu Nysy Łużyckiej. Tuż przed Ratzdorfem szlak nieco odbija od granicy, by wrócić nad nią przy ujściu Nysy Łużyckiej do Odry. Szerokość rzeki znacząco się zwiększyła. Zwiększyła też się ilość mijanych rowerzystów. Jechałem w kierunku Eisenhuttenstad w którym miałem kilka rzeczy do obejrzenia.
Na południowych rubieżach miasta zjechałem na polder zalewowy obejrzeć wysadzony w 1945 roku most na Odrze. Po polskiej stronie w Kłopocie sporo go zostało, ale po niemieckiej nie widać w ogóle, że tu kiedyś most był. Były nawet plany odbudowy po wojnie, ale nic z tego jednak nie wyszło.
Znowu miasto objechałem koło rzeki, ale tym razem wjechałem do dzielnicy Furstenberg, która do 1961 roku była samodzielnym miastem. Musiałem przekroczyć kanał Odra – Sprewa. Zaczęła się zdecydowanie najciekawszy etap trasy. Na północnych krańcach miasta dojechałem do ruin Elektrowni Vogelsang z dwoma charakterystycznymi kominami. Nigdy nie została uruchomiona jej budowę przerwało wkroczenie Armii Czerwonej, a wyposażenie zostało wywiezione w ramach repatriacji.
Kontynuowałem jazdę wzdłuż Odry, szeroki polder oferował urozmaicone widoki. Około 10 km za Eisenhuttenstad w Aurith miałem zaplanowany postój, bo z wcześniejszych wyjazdów w te strony pamiętałem, że jest tam knajpka przy brzegu rzeki. Dojeżdżałem do 80 km trasy i miałem tylko 100 metrów w górę, płasko to mało powiedziane. Trochę więcej było w dół, ale nie czułem zjazdu.
Za to poczułem podjazd. Przed Frankfurtem szlak Odra – Nysa odbija od rzeki. W górę nie było jakoś mocno dużo ani mocno długo, ale po tylu płaskich kilometrach dało się odczuć, że trzeba mocniej naciskać na pedały.
Frankfurt znowu przejechałem przy Odrze, choć ze względu na remont promenady musiałem zjechać na miejskie uliczki, ale szybko wróciłem z tego objazdu. Przez chwilę się zastanawiałem czy nie pojechać na polską stronę celem uzupełnienia zapasów wody, ale wobec możliwości kontroli granicznej i związanego z nią czasu zaniechałem tego.
Zresztą szybko za Frankfurtem znalazłem dyskont przy drodze i kupiłem co trzeba. Niemiecka kola smakuje inaczej niż polska. Czasowo względnie wyglądałem, ale w Kostrzynie planowałem zjeść i musiałem mieć na uwadze czas potrzebny na to.
Odcinek szlaku między Frankfurtem i Kostrzynem był totalnie bezpłciowy. Nic kompletnie nie działo się na tym szlaku, a widoki nie reprezentowały niczego czego by nie było wcześniej.
W Kostrzynie nad Odrą byłem godzinę przed odjazdem ciapongu, zatem idealnie. Zajechałem do ruin starego miasta. Kostrzyn został całkowicie zniszczony w trakcie walk w 1945 roku. Najbardziej zniszczone miasto w obecnych granicach Polski. Po wojnie przez prawie dekadę był miastem zamkniętym, a starówki i zamku nigdy nie odbudowano. Zostały tylko wybrukowane ulice i zarośnięte miejsca gdzie kiedyś stały domy. Z ruin nie znalazłem przejazdu przez nowe, zamknięte osiedle i wróciłem się do przejścia granicznego, na którym nikt nie interesował się pojedynczym rowerzystą.
Wbiłem na dworzec, jeden z dwóch dwupoziomowych dworców kolejowych w Polsce, dowiedziałem się, że mój pociąg odjeżdża z dolnego poziomu, zatem nie będzie noszenia roweru po schodach i pojechałem do pizzerii koło dworca.
Najedzony, wróciłem na dworzec, jakieś 10 minut przed odjazdem. W apce sprawdziłem, że odjazd będzie za prawie 50 minut, bo ciapong ma ponad pół godziny opóźnienia.
Wróciłem do poczekalni i w końcu udało się wsiąść. W przedziale było już kilka rowerów w tym on. Pan sakwiarz, który oczywiście tobołu nie zdjął z gabażnika i rower postawił na podłodze zastawiając cztery haki, ale było miejsce to powiesiłem swój. W wagonie klima chyba nie dawała rady lub była nawet wyłączona. Uciekłem do Warsa. Ostatecznie dotarłem do Wrocławia przed ósmą, zamiast po siódmej. Skład cisnął dalej, aż do Krakowa i chyba pan sakwiarz będzie musiał rozebrać swój tobół, bo chyba z 6 osób szykowało się do tego, aby swoje rowery wrzucić do wagonu.
Do domu tym razem dotarłem na kole oślepiany chyba przez wszystkich mijanych rowerzystów. Długi dzień.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15880327516
Fotosy:
90502
Nadnyskie klimaty, czyli wysadzone i nigdy nie odbudowane mosty.
90503
Elektrownia wodna, elektrownie słoneczna.
90504
Gubin.
90505
Most w Kłopocie.
90506
Kanał Odra - Sprewa w Furstenbergu.
90507
Elektrownia Vogelsang.
90508
Niemcy planujący nielegalne przekroczenie granicy z Polską.
90509
Trochę Frankfurtu, trochę Słubic.
90510
Przedwojenne stare miasto w Kostrzynie.
Wszystkie fotosy z telefonu. Tym razem nie brałem aparatu. Mam nowy telefon, który w końcu robi w rawach i byłem ciekaw czy da radę.
Fotki mniej zżużlowane niż z aparatu.
A w ogóle gratki za wyprawę.
Fotki mniej zżużlowane niż z aparatu.
No jest parę niedociągnięć.
A w ogóle gratki za wyprawę.
Dzięki.
grissley
23-09-2025, 01:30
Wpis spóźniony o kilka miesięcy, ale jakoś mi nie szło zebranie wszystkiego do kupy. Poza tym, gdzieś po drodze duma z osiągnięcia nieco przyblakła po zorientowaniu się, jak to jedni trzaskają czterocyfrowe przebiegi po Suwalszczyźnie, a inni jeszcze grubsze czterocyfrówki na maratonie...
No ale każdemu wedle możliwości - moje 8 stówek w tydzień jak by nie było to póki co osobisty rekord ;)
No więc tak.
Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie tygodniowy wypad - w czerwcu miałem po temu dwie okazje z racji dwóch dni wolnych. Po burzliwych negocjacjach z moją lepszą połówką i z szefostwem, padło na ostatni tydzień czerwca i wniosek urlopowy pooszeeedł w system.
Z racji uzupełniania heatmpay start wyznaczyłem na dworcu PKP w Oleśnicy, a metę w Eisenach przy zachodniej granicy dawnego eNeRDówka. Pierwszy dylemat - jak się dostać z rowerem do Oleśnicy. Od siebie mam tam tysiąc kilometrów, połączenie kolejowe zakłada jakieś 5-7 przesiadek. Po poguglaniu padło na busik, po kolejnych dwóch dniach guglania wybrałem busiarzy którzy, wg opinii, zapewniają standard wyższy niż bydlęcy i raczej zawsze się pojawiają, jak już potwierdzą kurs.
Na tej trasie kursują codziennie, odjazd 15~18, przyjazd następnego dnia o świcie. Układ nawet niezły, bo ruszam prosto z busa na trasę, aczkolwiek po 15h jazdy/spania na taborecie pierwszy dzień w trasie łatwy z pewnością nie będzie. Finalnie nie było źle, busik zapewniał max komfortu jaki można znaleźć w busiku i jakoś się doturlaliśmy pod Wrocław. Aha - rower wszedł idealnie bokiem do bagażnika, spięty linką do grodzi był stabilny i bezpieczny.
Pod Wrocławiem z zaskoku przesiadka (tzn z zaskoku dla mnie - inni pasażerowie byli świadomi, ale mi jakoś wcześniej umknęła informacja o tym, że będzie jakaś przesiadka). Przesiadka była błyskawiczna - wjazd na CPN, tam stało z 10 busików tej samej firmy, wyjście z jednego, wejście do drugiego, moment i jazda dalej. Tym razem jednak busikiem był Renault Master, do którego rower wszedł już jedynie cudem - wielopłaszczyznowym ukosem na wierzch walizek, testując nieśmiało przestrzeń nadzagłówkową przednim kołem. Kij tam, w tym układzie było już tylko 60km do zrobienia.
W Oleśnicy melduję się o 8 rano, a blaszany kontener robiący za dworzec w czasie remontu dworca właściwego zapewnia poranną toaletę.
Pierwszy dzień to cudowna płaskoPolska - łykam kilometry i nic nie muszę podjeżdżać, dusza śpiewa, twarz już nie - bo wmordęwind przeokrutny. Ale kij, rozkoszuję się widoczkami i pedałuję. Raz robię objazd, bo fragment trasy rozpłynął się w środku pola zarośniętego ch0lerawieczym do wysokości pasa, poza tym bez przygód. Pierwszy nocleg w Ścinawie - za 130zł pokój z oddzielną kuchnią, nie jest źle.
Drugiego dnia ze Ścinawy ruszam w stronę granicy rewelacyjną "velostradą" (jest na to jakaś bardziej swojsko brzmiąca nazwa?). Widoki ryją beret, bo chyba mamy okres kwitnienia - łąki raz fioletowe, raz niebieskie, innym razem czerwone. Jako miejski ignorant nie rozróżniam też zbóż, ale to ten moment kiedy jedne są jeszcze w pełni zielone, innym żółcieją już wąsy (te są najlepsze - robią zielony dywan z żółtym pokryciem, który niesamowicie faluje na wietrze), a inne już zupełnie słomieją. Niestety, gdy zjeżdżam z velostrady, zapoznaję się z fantastycznym dolnośląskimi asfaltami, czyli generalnie wielowymiarową łatą nieprzetykaną prostym asfaltem. Błogosławię amora, chociaż zbyt dobrze to on tych nierówności nie wybiera (jak się potem okaże, był już zatarty). Wmordęwind się wzmaga - będzie mi zresztą towarzyszył przez całą wycieczkę. Żeby tradycji stało się zadość, łapię się też na deszcz. W Jędrzychowicach cena za nocleg taka sama jak dzień wcześniej, ale tutaj już mam pokój 2x3m, a kuchnia jest współdzielona. W kuchni z sufitu wisi jakieś piętnaście lepów na muchy, ale muchy w ilościach czterocyfrowych grasują generalnie wszędzie. Bzyczenie uzupełnia się z dźwiękami wymawianymi cyrylicą...
Trzeciego dnia lecę najpierw wzdłuż Odry ścieżkami polnymi do Zgorzelca. Zastanawiałem się, czy nie natknę się na jakieś lotne grupy medyków lub ewentualnie inżynierów forsujących rzekę albo okoliczne chaszcze, ale spotykam jedynie sarnę i zająca. W Zgorzelcu ostatnie zakupy, bo po drugiej stronie Gór Cienia żadnych żabek, lewiatanów i mikro sklepików na wsiach już nie uświadczysz. Więc na rowerze muszę już tachać całodniowy zapas wody i kalorii. Na równinach Gorgoroth wmordęwind robi się już tajfunem. W którymś momencie walczę o jakikolwiek ruch do przodu drąc ryjco na maksymalnej głośności aż do wyczerpania zasobu znanych sobie bluzg i ogólnie słów nieprzyzwoitych. Jadę po drogach ideologicznie podobnych do dolnośląskich - tutaj jednak łaty definiuje się kolorem, a nie kształtem określanym w 3D. Widoczki ładne, a grozę Teutonii łagodzą słowiańskie nazwy miejscowości umieszczane na dwujęzycznych tablicach. Mijany Budziszyn nie robi większego wrażenia, ale nocleg na przedmieściach Drezna zapowiada ciekawy następny dzień. Ciekawostka noclegowa w Niemczech - lodówka w pokoju to nie tylko nie jest standard, ale wręcz fanaberia. Lodówki więc nie ma, a skoro nigdzie lodówki nie było to wziąłem najtańszy nocleg w okolicy. Okazał się hotelikiem na modłę mikro pałacozamku o wielkości 15tu mikrokawalerek na warszawskiej Ochocie, do tego z tarasem. Fajnie :)
Dzień 4 - Drezno. W ogóle nie widać, że toto dogłębnie spalono za czasów pradziadka. Wg znajomego Niemca, cała odbudowa to czasy po zjednoczeniu. Nie wiem, czy to prawda, bo znajomy to Wessi, ale jeśli tak, to nieźle im to wyszło. Mają rozmach, **syny… ;)
Z racji spacerowo zwiedzającego tempa, oraz ze względu na spore (jak na mnie - pozdrowienia dla elmo ;) ) przebiegi przez pierwsze 3 dni, dzisiaj tylko 92km. Ale ponieważ to już 4ty dzień i rośnie suma podjazdów, to dojeżdżam dość ściachany. Nocleg pośrodku niczego, jakiś zajazd - ale spoko, widoki z okna bez zarzutu. Dali mi też lodówkę na specjalne zamówienie. Taką mikro do chłodzenia coca-coli. Z zaślepionym/brakującym termostatem. Pracować pracuje, efekt chłodzący jest jednak dość homeopatyczny...
Dzień 5 - szybko to leci. Czuć już wycieczkę w mięśniach, zaczynam skracać dystanse. Tzn od początku planowałem "na bogato", z licznym zakosami maksymalizującymi liczbę "kwadratów" do zaliczenia po drodze. Z założenia to były opcje "do obcięcia", gdyby kondycyjnie robiło się słabo. Wygląda na to, że po kilku dniach jazdy dystanse typu 130-140km przy prawie czterocyfrowej liczbie metrów podjazdu to już nie jest coś, co budzi entuzjazm w moim peselu. Ścinam w okolice setki i jest ok.
Enyłej, trochę za Chemnitz wbijam (nieświadomie) na ekspresówkę. Te ekspresówki u Helmuta to dziwne są. Można na nie wjechać na pełnej z bocznej drogi, zupełnie nieświadomie. Światła (czerwone/zielone) też nie są niczym niezwykłym. Tyle, że szybciej jechać można nooo iii nie można jechać rowerem ;). Już drugi raz mi się taka akcja zdarza, po raz drugi nieświadomie. Ignoruję jakiegoś sfrustrowanego Schmidta który przez otwartą prawą szybę swojego Golfa IV odreagowuje na mnie jakieś swoje problemy (pewnie ze swoją Gretchen) i zgodnie z planem 2km dalej zjeżdżam na Glauchau. Gdzieś na trasie spada mi łańcuch z przodu i obraca przednią przerzutkę. Nie wiem czemu - spadł w lewo przy zmianie na duży blat. Ogólnie, po zimowych zmianach mam dziwne akcje z napędem. Po pierwsze coś jakby pyknięcia w bębenku. Chyba w bębenku. Takie szarpnięcia pod obciążeniem, jakby bębenek robił ciasny dodatkowy kawałek obrotu czasem. Nie potrafię zidentyfikować co to, niespecjalnie przeszkadza w jeździe, ale bardzo irytuje. Druga rzecz - jadąc na małym blacie oraz 7~9 przełożeniu z tyłu czasem na wertepie (nawet lekkim) łańcuch potrafi zeskoczyć na przełożenie 10 albo 11. Di2 wtedy głupieje, bo ono nie pozwala na 10 ani 11 gdy z przodu jest mała zębatka. Wtedy jest cały proces ożywiania systemu - z przodu muszę dać na duży blat, z tyłu zmienić przełożenie manetką tak, żeby to co na wyświetlaczu zgadzało się z tym, co jest rzeczywiście i wtedy zaczyna znowu zmieniać normalnie. Akcja przytrafia się raz na kilkadziesiąt kilometrów (czyli na tej wycieczce tak 2~4 razy dziennie). Też bez pomysłu, co to. Trzeci typ przygody to te spadanie łańcucha z przodu w ogóle z doopy, ale to się zdarza raz na ~tysiąc km, więc spoko.
Ogólnie na trasie łapię jeszcze kolejny deszcz, tym razem mega pompa totalnie zNienacka. Ponieważ ilość wody lejącej się z nieba w kilka sekund przechodzi z kropelek do potoków, a na horyzoncie widzę cherlawe drzewko dzięki któremu być może przemoczy mnie tylko do skarpet a nie do gaci, wjeżdżam na lewy pas przy prędkości jakieś 45kmh i popylam pod prąd do tego drzewka. Z tyłu trzech Mullerów trąbi jak wariaci bo Panie, co ten durny rowerzysta robi, pot pront jedzie, przecież tak nie wolno, co on z Polski jest qrna, czy co? Kij tam, że aż po horyzont nic z naprzeciwka nie jedzie... pompa na szczęście przeszła tak szybko jak przyszła, bo drzewko mogło zapewnić wodoochronność zaledwie na kilka chwil, a padać przestało chwilę wcześniej ;)
Dzień 6 to coraz większa walka z peselem. Od rana też pada i wieje, więc mam zapewnione stałe przepłukiwanie uzębienia. Deszcz nie jest jakiś silny, ale przemacza i ogólnie miło nie jest. W momencie nieco większego nasilenia, 200m za jakimś rondkiem robię postój pod wiaduktem, żeby może przeczekać. Sprawdzam mapę i widzę, że właśnie na tym rondku połączyłem się z już istniejącym śladem na heatmapie - yeyy :D. Ruszam dalej chrzaniąc deszcz - i tak nie zanosi się, żeby miał zelżeć. Kawałek dalej jakiś jasnogórski (SC) avensis wymusza na mnie pierwszeństwo na zjeździe na którym tnę coś pod 5 dyszek, także tego. Pozdrawiam krajana. Robię wielosekundowy użytek z klaksonu a Nowak pewnie klnie w tym momencie na durnych Helmutów na rowerach, xD
Z ciekawostek - Okolice Erfurtu aż po Eisenach to zagłębie dwusuwów. Nie tylko zabytkowych, wyciąganych z szop i restaurowanych przez stare pierniki żyjące nostalgią (jak ja, hehe). Oni tam to upalają na daily, jeżdżą całe stada Simsonów, ze wszystkich epok. To samo z eMZetkami. Generalnie - motorowery i motocykle. W okolicach Gera zrobiłem sobie postój na może 10 minut? Po 3 minutach zacząłem nagrywać - złapałem przynajmniej 10 dwusuwów, do tego trabanta i GAZa. Normalnie lata 90te w Polsce. "Lubię to" :)
Dzień 7 obliczony już tylko na dotarcie. Mało pamiętam, na tym etapie sezonu wycieczka jest jednak sporym wyzwaniem i odpycham się już tylko aby-aby. Wracam do domu 8go dnia, ale to też jest logistyczne wyzwanie. Przejechanie połowy Niemiec pociągiem w poprzek kosztuje mnie cały dzień i 5 przesiadek.
Ogólnie, wycieczka się udała. Pomimo notorycznego silnego wiatru od czoła (porywy do 40-45kmh, regularne 15), 3 dni deszczu i słabej jeszcze czerwcowej kondycji, jakoś poszło. Na heatmapie zostało mi 150 km żeby mieć ciągły szlak od Bałtyku i jezior, przez Warszawę aż do Nancy we Francji. Może to domknę jeszcze w tym roku - aczkolwiek PKP tych planów nie ułatwia. "Dziurę" w heatmapie mam między Zduńską Wolą a Oleśnicą, czyli muszę się kopsnąć z wawy do Oleśnicy (ICek o 4 rano) i wrócić ze Zduńskiej Woli. Żeby w weekend dostać bilet na rower trzeba kupować z dwutygodniowym wyprzedzeniem, także tego... Ale może :)
EDIT
Domknąłem tę heatmapę w sierpniu :D
PS
Podziękowania dla @crusiek (https://forum.nikoniarze.pl/member.php?u=79646) , @elmo (https://forum.nikoniarze.pl/member.php?u=8123) i @gavin (https://forum.nikoniarze.pl/member.php?u=51132) za mentalne wsparcie kudosowaniem. Nie wiem jak to robiliście, ale "kudos" czasem wlatywał nanosekundę po zapisaniu trasy. Zawsze to parę punktów ekstra do motywacji, zwłaszcza pod koniec wycieczki, jak już miałem z lekka dosyć ;)
Podsumowanko:
90548
Oleśnica start:
90552
90549
Wrocek:
90551
90553
90550
90542
Jak nocleg jest na jedną osobę to na jedną a nie dwie, co nie?
90543
90544
Okolice Ścinawy:
90539
90540
90541
90545
90546
90547
c.d.n.
Noo, kilka km zrobiłeś :) Dzięki za relacje i zdjęcia :)
Nawet nie wiedziałem, że te całe kudosy mają taką moc :)
Wind Mill
23-09-2025, 16:36
Wpis spóźniony o kilka miesięcy, ale jakoś mi nie szło zebranie wszystkiego do kupy....c.d.n.
Fiu fiu, to się nazywa urlop! :grin:
siemalysy
23-09-2025, 21:11
Lato jakby ostatnim weekendem chciało przeprosić za to jak wyglądało w tym roku. Trzeba było korzystać. Z osiedlowej stacji ruszyłem do Forst. O dziwo był już ktoś z rowerem, ktoś z hulajnogą, ale nie było problemu z miejscem. Zresztą w Legnicy mój rower został jako jedyny w ciapongu. Wsiadło za to chyba ze dwudziestu grzybiarzy w tym jeden wąsaty Janusz ze składakiem, co to składak sobie złożył i przyoszczędził kilka zeta za bilet na rower.
... zdyboo
Tomek, dziękuję za relację i fotki :) Dobrze wykorzystana pogoda :)
Wpis spóźniony o kilka miesięcy, ale jakoś mi nie szło zebranie wszystkiego do kupy. Poza tym, gdzieś po drodze duma z osiągnięcia nieco przyblakła po zorientowaniu się, jak to jedni trzaskają czterocyfrowe przebiegi po Suwalszczyźnie, a inni jeszcze grubsze czterocyfrówki na maratonie...
No ale każdemu wedle możliwości - moje 8 stówek w tydzień jak by nie było to póki co osobisty rekord ;)
...
grissley ładnie pocisnąłeś :) Dzięki za relację i foty. Rób tak częściej i bardziej na bieżąco ;)
Uwaga będzie dłuuuuuuuuuuuuuuugi wpis...
Ale skoro, niektórzy z forum zdopingowali mnie do opisania mej nierównej walki z MRDP to podsyłam cześć pierwszą. Odcinki mają podział myślę najbardziej logiczny bowiem zaczynają się i kończą na spaniu pod dachem czyli jak Pan Bóg przykazał w łóżeczku... ale zanim przejdę do opisu najsampierw kilka słów o samej imprezie... zatem:
Maraton Rowerowy Dookoła Polski (MRDP) to jeszcze do niedawna najdłuższy ultra-maraton szosowy rozgrywany w Polsce (podobnie jak mistrzostwa w piłce nożnej co cztery lata). Uczestnicy pokonują trasę ponad 3 tyś. km. w limicie czasu 10 dni wzdłuż granicy państwa polskiego ze startem i metą na Przylądku Rozewie przy latarni morskiej. Można uczestniczyć w jednej z dwóch kategorii: open lub solo przy czym w obu bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz (w jednej jedynie edycji dopuszczona została nowa kategoria ze wsparciem samochodu w której wówczas startowała jedynie jedna osoba). Uczestnicy maratonu samodzielnie mogą sobie ustalić czas, miejsce oraz długość odpoczynków oraz to czy jadą czy też śpią w nocy, przy czym to co uznają za potrzebne wiozą na rowerze. W pierwszej edycji rozgrywanej w roku 2005 wystartowało jedynie dwóch zawodników: Daniel Śmieja (pomysłodawca i organizator tej imprezy) i Wojciech Szymczak. Jechali wówczas wedle map papierowych poświadczając kluczowe punkty trasy pieczątkami w sklepach lub stacjach paliw. Pierwszy z nich ukończył trasę w 9 dni 8 godzin i 19 minut, drugi zaś w 9 dni 15 godzin i 52 minuty. Aby przygotować w jakiś sposób chętne osoby do pełnej pętli, postanowiono że od 2015 r. wprowadzić MRDP Góry (a więc zgodnie z nazwą trasę wzdłuż południowej granicy naszego kraju z tym, że wówczas jechano w kierunku zgodnym z trasą pełnej pętli). Po trzech kolejnych latach wprowadzono pełny cykl, czyli wyodrębniono MRDP Zachód, MRDP Góry oraz MRDP Wschód (z tą jednakże różnicą, że kierunek wybrano przeciwny do pełnej pętli). Ja chcą niejako prawilnie przygotować się do pełnej pętli wziąłem udział w drugim cyklu tj. w 2022 r. wystartowałem spod latarni na Rozewiu by po ponad 1100 km dojechać do Świeradowa Zdroju. W 2023 r. ponownie pojawiłem w Świeradowie by wystartować do drugiego odcinka którego meta mieściła się w Przemyślu (MRDP Góry). Zaś w 2024 r. startując z Przemyśla niejako powróciłem pod latarnię na Rozewiu.
Edycja w 2025 r. miała zaplanowaną rekordową trasę wynoszącą 3 211, 3 km z łącznym wzniosem 26 097 metrów przy zachowanym limicie 10 dni.
Część 1. Czyli: „Bóg musi kochać szaleńców skoro ich tyle zebrał w jednym miejscu…”
A więc znów z wybiciem sekundnika równo o dwunastej zero zero (jak w westernie z roku 1952) ruszam wśród grupy szaleńców (na liście startowej było ich 86, w tym 62 w kategorii solo w której i ja jadę) spod latarni na Rozewiu na trasę MRDP… z tą „drobną” jednakże różnicą, że przede mną nie jak do tej pory 1/3 całej trasy a pełne kółko… ano właśnie… p e ł n e k ó ł k o… w myślach próbuję po raz tysięczny sobie tłumaczyć, że to nic wielkiego ot, takie kręcenie w sumie wokół komina… w końcu pętla to pętla… taaaaaaa na pewno… do głosu ponownie dochodzi zdrowy rozum… co ja sobie w ogóle myślę… mało dostałem po tyłku w trzech etapach MRDP… w 2022 r. na Zachodzie bluzgałem na bruki i badziewiaste asfalty… w 2023 r. w Górach spływałem wraz z rowerem z przełęczy z drogi zamienionej w rwącą rzeczkę (w sumie to trzy razy wówczas byłem przemoczony do suchej nitki) poza tym same przewyższenia niemal spowodowały że już wówczas miałem ochotę rzucić rower w przydrożny rów i zakończyć nierówną walkę z trasą (po tej edycji w głowie narodziła się myśl że pełną pętlę to jadą niezłe świry… i że tego nie da się zrobić a już na pewno nie w dziesięć dni)… rok 2024 przyniósł nową nadzieję… Wschód… o przeważnie idealnych asfaltach (poza jednym kawałkiem pod granicą rosyjską) i do tego piękna pogoda (jedyna impreza typu ultra gdzie nie spadła ani jedna dosłownie a n i j e d n a kropla deszczu a wiatr niemal na całej trasie wiał jak nie w odpowiednim kierunku to przynamniej nie przeszkadzał). Wlało to w głowę nową nadzieję, że może to uda się zrobić, że uda się przejechać owe kółko wynoszące rekordowy dystans, bowiem w tej edycji 3211 km oraz rekordowe przewyższenie wynoszące 26 097 m. Nigdy dotąd nie było takiego dystansu i przewyższenia przy, powtórzę to, niezmiennie tym samym czasie czyli dziesięciu dniach…
Z takimi myślami ruszam na trasę… opuszczamy Jastrzębią Górę, grupa rwie się powoli acz skutecznie, na razie jadę sobie spokojnie w środku stawki, rozmawiam z osobami, których albo ja mijam albo oni mnie mijają… Pogoda też na razie w porządku choć wiemy, że goni nas kolejny front z opadami deszczu… Mniej więcej od Strzelna jadę już sam jakieś lampki migają przede mną, jakieś sylwetki widzę czasem za mną. Za Gnieżdżewem droga łączy się z popularną 216 do Władka… tu ruch samochodowy o wiele większy… całe szczęście droga szeroka z poboczem więc spokojnie sobie kręcę na południe. Po lewej widoczek na Zatokę Pucką ileż to razy widziany z okien samochodu czy jadąc rowerem…
Po mniej więcej godzinie dojeżdżam do Rekowa tam czeka bardzo fajny zjazd w lesie, droga z prostej zaczyna skręcać to w lewo to w prawo… do pełni szczęścia brakuje jedynie pustego asfaltu… niestety na drodze robi się już korek który sięga jak się okazuje później aż do skrzyżowania w Redzie. Niestety samochody nie ustawiają się w jednej linii, część z nich zatrzymuje lub turla się przy prawej krawędzi jedni inne zaś przy lewej… zaczynam więc mijać je slalomem to z prawej to z lewej a że droga wąs kawa to tiry mijam na żyletki… Na szczęście bez poważnych przygód docieram do krzyżówki i to w chwili gdy zapala się zielone, skręcam w lewo w 468 (ul. Gdańska) by po chwili odbijam w prawo na Marianowo, droga pnie się ku lasowi Trójmiejskiego Parku Krajobrazowemu, początkowy asfalt dobrej jakości przechodzi w hmmm, powiedzmy że był tam jakiś asfalt, na którym dodatkowo znajdowały się jęzory piachu naniesionego nocnym i porannym deszczem. Zwalniam. Wyprzedza mnie kilka osób, ja niestety nikogo… no nic myślę sobie pocieszając się nie byle jakimi widoczkami. Przejeżdżam przez Zbychowo, Nowy Dwór Wejherowski, Bieszkowice i Koleczkowo. Wyjeżdżam z lasu i przejeżdżając nad S6… niepotrzebnie obracam głowę do tyłu… i po co to ja zrobiłem… za mną granatowo, widać że deszcz ostro leje… naciskam na pedały próbując oderwać się możliwie jak najbardziej od wizji jechania już na tym etapie w deszczu…
Szczęśliwie jadę nadal na południe a wiatr pcha chmurę na północny wschód – czyli na Trójmiasto. Za Tokarami przytulam się na chwilę do „es-siódemki” Asfalt przeważnie dobrej jakości, widać na nim jednakże, że miejscami deszcz już tu był. Za Łapinem po wjechaniu w Przywidzki Obszar Chronionego Krajobrazu ślad powoli acz nieubłagalnie skręca na wschód. Tu po raz pierwszy garmin zaczyna żyć własnym życiem… kilkukrotnie resetuje się by po włączeniu jakby nigdy nic pokazywać ślad po którym mam jechać… na me szczęście widzę przed sobą kilka osób więc na razie mogę jechać bez urządzenia no ale kurczaki nie o to tu chodzi… Sytuacja normuje się dopiero gdzieś pod Pruszczem Gdańskim i dobrze mówię do siebie bo w mieście to jednak przydałoby się wiedzieć gdzie mam jechać. Mijam pierwsze osoby, które zatrzymują się pod sklepami. Ja jadę dalej, w bidonach jeszcze sporo napitku a i po kieszeniach sporo żarcia pochowanego. Od Pruszcza więcej otwartego terenu. Zachodni wiatr zacnie popycha na wschód ale ciągnie ze sobą deszczową chmurę, która kilka już razy mnie dosięgła, na razie tylko delikatnie pokropiło ale z każdym kilometrem wiem, że nie umknę jej. Przed Cedrami Wlk. zastanawiam się czy to już nie czas aby zatrzymać się i nie zacząć ubierać się w ciuchy przeciwdeszczowe… (jadę w bibsach, nogawkach, potówce, koszulce, rękawkach oraz w kamizelce). Ryzykuję i nadal jadę. Mija trzecia godzina kręcenia na liczniku stówka (czyli jest dobrze, żeby nie powiedzieć, że bardzo dobrze). Wiatr pozwala kręcić z prędkościami powyżej 30 km/h często zbliżam się do czterdziestki – zwłaszcza na starej drodze przy nowej „es-siódemce”. Przejeżdżam, po raz pierwszy w trakcie tego maratonu, nad Wisłą.
Pierwszy dylemat pojawia się w Nowym Dworze Gdańskim… czy skręcić po jakieś śmieciowe jedzenie czy kręcić nadal? Z jednej strony jak skręcę to dam szansę deszczowej chmurze która zjawiła się przede mną, z drugiej strony jak się zatrzymam to dosięgnie mnie chmura która goni mnie już od wielu kilometrów… Jak widzę sporo osób siedzi pod „złotymi łukami czy w pobliskim KFC. Wybieram opcję kręcenia dalej… Z czasem mam nieodparte wrażenie, że chmura z przodu zwalnia a ta z tyłu przyśpieszyła. Do ich połączenia doszło gdy dopadam Nogatu… po pięciu i pół godzinie zatrzymuję się po raz pierwszy. W strugach deszczu zakładam kurtkę oraz spodnie – całość zajmuje mi mniej niż 10 min. Ruszam… jeszcze tego nie wiem ale z małymi bądź większymi przerwami deszcz będzie mi towarzyszyć przez następne 11 plus godzin. Na razie leje jakby ktoś szedł koło mnie i polewał mnie wiadrami. Trudno w takiej chwili cieszyć się jazdą czy podziwiać widoki a szkoda bo droga wzdłuż odnogi Wisły jest bardzo klimatyczna.
Deszcz to zmniejsza swą intensywność to znów zwiększa ale jedno jest stałe – ciągle pada. Za Nowakowem przytulam się do Parku Krajobrazowego Wysoczyzny Elbląskiej a zatem droga zaczyna być bardziej urozmaicona, pojawiają się podjazdy, największy bodaj pod Bogdańcem który kończy się ostrym zjazdem do Suchacza… ano właśnie na owyn zjeździe dostaję kolejną porcję ostrej ulewy. Choć trwa to krótko to zanim zjawiam się w Suchaczu jestem cały mokry. Dojeżdżając do ronda spostrzegam sklep i trzy rowery zaparkowane przed nim. Zjeżdżam robiąc pierwsze zakupy staram się próbować wyschnąć. Jest 18:30, na liczniku 168 km. Czekając na jakie takie wyschnięcie postanawiam wykorzystać przerwę w kręceniu na zjedzenie czegoś bardziej konkretnego. Wchodzą więc dwa pętka kiełbasy suchej o nazwie której teraz nie pamiętam do tego dwie bułki. W między czasie osoby, które były tu przede mną ruszają, ja zostaję jeszcze przez chwilę podziwiając pomnik upamiętniający pogrom floty krzyżackiej w dniu 15 IX 1463 r.
Ruszam po 25 minutach. Mijam przystanek autobusowy, na którym w ubiegłym roku robiłem sobie przerwę. Nie czas ku temu aby to powtórzyć wszak dopiero co ruszyłem. Teren nadal pagórkowaty więc stosunkowo szybko odzyskuję ciepłotę ciała. Deszcz jakby przestawał, by po kilkudziesięciu minutach znów przybrać na sile. Dzięki deszczowi w zasadzie jestem ubrany już do jazdy nocnej. Za Tolkmickiem podziwiam zachodzące powoli słońce… no właśnie dlaczego tam jest słońce a tu pada… Do Fromborka docieram równo o dwudziestej (193 km). Nie zatrzymuję się – plan jest taki aby postój uskutecznić po dojechaniu do Braniewa co czynię pół godziny później. Zatrzymuję się na Orlenie – jest tu już spora grupa „naszych”. Wszyscy ociągają się z ruszeniem wyglądając co chwilę czy deszcz może choć trochę osłabł. Ja spędzam tu dłuuugie półtorej godziny, nawet nie rejestruję, że upłynęło aż tyle cennego czasu. Z drugiej strony staram się wysuszyć suszarką ciuchy oraz buty. No nic trza będzie gonić. Ruszam samotnie. Część osób pojechała wcześniej część pozostała jeszcze przez jakiś czas. Ostrożnie przejeżdżam przez przejazd kolejowy – tory są ustawione skośnie więc trzeba zjechać niemal do lewej krawędzi. Na chwilę przestaje padać. Jadę 54ką na Gronowo. Nigdy już na całej trasie nie będę tak blisko granicy polsko-rosyjskiej (nawet gdy będę w Wiżajnach). Pod Gronowem wypogadza się na tyle, że nawet przez chwilę widać gwiazdy. Jedzie się o niebo lepiej i komu by to przeszkadzało. Droga niemal pusta, mijają mnie dwa-trzy auta. Jest cicho – tak jak lubię. Po prawej migają czerwone światła farmy wiatrowej. Niestety powraca znów deszcz który skłania mnie w Żelaznej Górze na krótki zjazd z trasy aby schować się do pobliskiej wiaty autobusowej. Jest 23cia (224 km). Po 10ciu minutach trochę przestaje padać więc ruszam. Stwierdzam, że bez sensu są takie postoje. Nic nie odpoczywam, nadal jestem mokry a niepotrzebnie tracę czas. Wyprzedzam dwie osoby, które minęły mnie gdy siedziałem n przystanku. Trochę rozmawiamy – o planach tych bardziej bliższych niż dalszych – i są podobne po prostu jechać do rana a później… a później też jechać dopóki oczy nie zaczną się zamykać.
Znów przestaje padać i znów można cieszyć się drogą. Niedziela spotyka mnie nad Stegieńskimi Stawami. Mija 12 h jazdy a ja mam dopiero 245 km na liczniku… mało stanowczo za mało, tym bardziej że prędzej czy później, tzn. prędzej niż później przyjdzie zamulanie. Z okazji niedzieli zjadam sobie czekoladowego batonika zakupionego w Suchaczu i popijam „przyjemnie schłodzoną” wodą z bidonu. Zerkam na garmina, który twierdzi, że jest zawrotne 6 stp C. Przynajmniej znów na chwilę przestało padać – próbuję znaleźć do połowy pełny bidon znaczy szklankę… Nic to, ot taką jesień mamy tego lata.
Lubię jeździć nocą, brak samochodów, ludzi, całego tego zgiełku dnia powoduje że świat jest zupełnie inny. Zupełnie też inne zmysły odbierają to co się wokół mnie dzieje. W Wiewiórkach zatrzymuję się na siku stopa. Jadę dalej. Mijam Wojciechy, Tolko. W Bartoszycach garmin na chwilę mówi pass i trochę błądzę. Skręcam w końcu we właściwą drogę. Mając już puste bidony skręcam na Orlen, jest za kwadrans druga. Znów niepotrzebnie przedłużam pobyt choć zajadam się tu pizzą popijając dużym kubkiem herbaty a nie tam weszły dwa duże kubki herbaty malinowej, na tym etapie nic więcej nie jest mi potrzebne do szczęścia… a nie czekaj znów cieszę się jak dziecko z suszarki. W bidonach ląduje woda oraz różowa woda oshee. Zakupy uzupełniam kilkoma batonami oraz łowicką owsianką z malinami (dwie tubki). Czekam już tylko aby deszcz nieco zelżał. W końcu to następuje i ruszam dwie minuty przed trzecią (15 h / 283 km).
Ponownie sam w ciemnościach nocy. Deszcz znów zaczyna padać. Przestaje. Znów pada. Pada. Pada. Przestaje. Znów pada. Pada… i tak w kółko. Jedyny sposób to ruszać się cały czas aby nie zmarznąć. Więc kręcę sobie. Mijam Korsze. Powoli zaczynam czekać na wschód słońca – tzn aż stanie się jakowaś jasność. Przed Barcianami jest już dzień (tu plus dodatni bo można zerknąć na zamek krzyżacki). Na wschodzie widać przerwę w chmurach – niby zawsze to jakieś pocieszenie choć tu gdzie jestem następuje kolejna zlewka. Mam trochę już dosyć tego deszczu. Nic nie widać przez okulary – ponownie zastanawiam się dlaczego nikt jeszcze nie wymyślił okularów z wycieraczkami… Zatrzymuję się pod jednym z wielu drzew rosnących wzdłuż drogi (uwielbiam drogi przy których rosną drzewa – są one zbawieniem w każdych warunkach pogodowych oraz o każdej porze roku i nic mnie nie przekona do popierania wniosków aby je wyciąć bo przecież drzewa zabijają kierowców…). Ruszam po około pięciu minutach. Znów parę podjazdów pozwala mi się odpowiednio rozgrzać. Po prawej mam widoczek na Jez. Mamry. Mam ochotę na herbatę. Myślę sobie, że uda się to spełnić w pobliskim Węgorzewie. Niestety pomimo tego, że tracę z dziesięć minut na szukanie stacji jakoś nie mogę ją odnaleźć. No nic kiedyś będzie następna. Węgorzewo opuszczam za dwadzieścia siódma.
Zatrzymuję się na przystanku autobusowym pozwalając sobie na nieco dłuższy odpoczynek (ok. 20 min.). Ruszam – nadal w kierunku wschodnim. Na szczęście nie pada, a nawet jest o wiele lepiej bowiem zaczyna się przejaśniać. Za miejscowością Więcki przytulam się do obszaru: Natura 2000 Lasy Skaliste. Mijam Popioły, Dąbrówkę Polską, Banie Mazurskie. Jadę wzdłuż rzeki Gołdapa. Niestety zaczynam zamulać więc rozglądam się za jakimś przyjemnym przystankiem autobusowym. Jest i on w Surminach. Kładę się na ławce. Zegarek nastawiam na 30 min., powinno wystarczyć na regeneracyjną drzemkę. Dziwne ale mam wrażenie że gdy tylko zamknąłem powieki zegarek zaczął dzwonić. No cóż trza się zebrać. Wsiadam na rower i gdy zbliżam się do jedynej do tej pory sekcji brukowanej w Boćwince coś dziwnego zaczyna się dziać z rowerem… Zerkam na tylne koło a tam o wiele za mało powietrza niż to powinno być. Zatrzymuję się i w naiwności próbuję dopompować myśląc że może zeszło sobie jakimś cudem… ale nie, schodzące nadal powietrze świadczy o jednym. Zdejmuję tylne koło wyciągam dętkę, sprawdzam oponę i… masakra… jest wbity kawał szkła, który rozciął spory kawałek opony. Wyciągam szkło. W dziurę wlewam trochę kleju, spód podklejam łatką. Sprawdzam jeszcze czy w wewnątrz opony nie znajdują się okruchy szkła. Zakładam nową dętkę pompuję i czekam czy powietrze nie schodzi. W między czasie mijają mnie cztery osoby pytając się czy wszystko ok. Odpowiadam, że tak no bo co miałbym odpowiedzieć. Wkurzam się jedynie na siebie, że w ostatniej chwili pakowania się przed startem wyjąłem z torby zapasową oponę – no bo po co mi ona jak do tej pory nigdy na żadnym ultra nie złapałem gumy a co dopiero mieć pecha z rozwaloną oponą. W między czasie zaczyna kropić. Na szczęście przez chwilę. Obieram to za dobry omen. Zakładam koło i z duszą na ramieniu ruszam. Kurczaki akurat jest ten jeden jedyny bruk. Z drugiej strony, myślę sobie, że jak tu się uda to może uda się dojechać do jakiegoś miasta aby kupić nową oponę… tylko jest jeden mały problem – dziś jest niedziela…
Jadę, nic złego się nie dzieje wiec naciskam mocniej na pedały. Senność już dawno się ulotniła słusznie sądząc, że znacznie przyczyniła się do mych kłopotów. Z dużą dozą prawdopodobieństwa oponę przebiłem opierając rower o wiatę przystanku. Choć z drugiej strony sprawdzam zawsze czy teren jest bezpieczny. Więc… no nic, sprawa ta trafi do archiwum X.
Doganiam Irka który był pierwszą osobą mijającą mnie w trakcie zdejmowania koła. Podbudował mnie mówiąc, że szybko dałem sobie radę z problemem (choć jak teraz to analizuję to wymiana dętki plus podklejanie i czekanie zabrało mi około 45 minut) oraz to jak szybko go dogoniłem. Niemniej problem z oponą nadal był (ale o tym w dalszych częściach).
Jadę dalej. Nie pada. Wiatr raczej z tych pomagających. Opona nie puszcza powietrza. Również nie „bije”, więc poprawia się nieco humor. W Grabowie zaliczam szybki siku stop. Powoli zbliżam się do końca pierwszej doby. Droga prowadzi inaczej niż rok temu. Zamiast jechać prosto na Gołdap skręcam w prawo. Nadal nie mam prawa narzekać na stan asfaltów. Krajobraz pagórkowaty więc i czas szybko leci. Niestety znów się chmurzy na tyle skutecznie, że zaczyna kropić. Nie zatrzymuję się. Jadę. Przystanek robię dopiero w Filipowie na stacji paliw. Jest 11:11 i 426 km trasy. Znów dosuszanie ubrań. Do bidonów idzie woda oraz napój jabłko-mięta. W trakcie znów zbyt długiego postoju (45 min) zjadam hot doga oraz croissanta popijając colą, którą pakuję przed wyruszeniem do tylnej środkowej kieszonki koszulki. Zanim jednak jeszcze ruszę postanawiam zrzucić nieco ciuchów, zdejmuję kamizelkę, nogawki, zmieniam również skarpetki – z wodoszczelnych na zwykłe (w końcu ma ponoć już nie padać…).
Ruszam i w pobliskim Karolinowie uzmysławiam sobie, że właśnie mija pierwsza doba maratonu. Niestety nic nie jest zgodne z pierwotnymi założeniami. Miało być już na liczniku 600 km a ja dobijam dopiero do żałosnych 430 km… nawet nie ma pięciuset myślę sobie – wszak to teren na którym miałem zrobić skuteczną przewagę nad upływającym czasem. No cóż… jadę dalej mając nadzieję że wraz z poprawą pogody coś uda się nadrobić.
A właśnie odnośnie pogody – robi się cieplej garmin pokazuje 9 a po godzinie nawet 11 stopni. Coś tam zaczyna bardziej świecić i nawet dogrzewać. A że na drodze jest więcej podjazdów niż zjazdów to jest zupełny komfort ciepła. Za miejscowością Jemieliste porzucam 652kę i skręcam ostro na północ. Szkoda bo wiejący w plecy wiatr teraz nagle chce mnie zrzucić do rowu. Do tego doszedł kiepskiej jakości asfalt. A droga jakby bardziej wspinała się po większych hopkach. Mijam Łanowicze oraz jeziorko o tej samej nazwie. Któraż to już miejscowość i które to już jezioro – nie pomnę…
W okolicach m. Blendy dorga odbija w kierunku północno-wschodnim a więc wiatr znów bardziej pomaga. Zbliżam się powoli do Suwalskiego Parku Krajobrazowego a więc do m. Hańcza oraz do najgłębszego polskiego jeziora. W Starej Hańczy jestem parę minut po 13tej (450 km). Pół godziny później jestem w Wiżajnach. Od tej pory trasa będzie kierować mnie już w kierunku południowo-wschodnim droga 651 (gdybym tutaj skręcił w lewo to po niedługim czasie dojechałbym do Gromadczyny a więc trój styku granic).
Od Wiżajn jest bardziej w dół jeszcze z dwa większe podjazdy i znów wyjadę na „równinę”. Nie zatrzymuję się jadę dalej. Teraz czeka mnie bardzo fajny odcinek za Kamionką – najpierw sztywny podjazd a za „chwilę” smakowy zjazd ku miejscowości Rowele (do tej pory dwa razy pokonywałem ten podjazd ale w kierunku przeciwnym – najpierw było to w ramach Pierścienia Tysiąca Jezior a później w ramach MRDP Wschód i musze przyznać że o wiele fajniej jest jednak jechać tu jednak w kierunku wschodnim czyli tak jak teraz). Mniejszy już zjazd czeka na mnie przed Rutką-Tartak. Za rondem szybkie siku-stop. Krótki ale dość sztywny podjazd – w końcu jadę ulicą Górną. Znów trochę pofałdowanego terenu a więc i widoczki przednie tym bardziej, że w Becejłach zjeżdżam do rzeki Szelmentki oraz jezior: Szelment Mały, Jodel oraz Ingel… Znów ostry podjazd pod Szypliszki. Tu zatrzymuję się na obiad (jest godzina 14:36, 480 km) jest tu już dwójka naszych. Po chwili zjawiają się kolejni, m.in. organizator maratonu. Zajadam się rosołem oraz kotletem z ziemniakami i surówką. W międzyczasie ogarniam spanie początkowo myślę o Sejnach ale ostatecznie postanawiam, że pociągnę trochę dalej i przenocuję w znanym mi już hoteliku w Sokółce (jadąc rok temu wschód próbowałem tam przywołać do życia lewe kolano – jak się okazało na tyle skutecznie, że dojechałem aż do mety). Niestety zgodnie z przewidywaniami zjawię się tam po już po zamknięciu więc z kolacji będą nici (a szkoda bo serwują tam fajny chociażby rosołek).
Znów przydługi przystanek (55 min.). Ruszam. Przecinam 662kę oraz Via Balticę idącą na granicę z Litwą. Pogoda na tyle się już unormowała, że jadę na krótko. Z radością stwierdzam że poprawili stan nawierzchni na bardziej kiepskich fragmentach drogi. Teraz leci się tu z największa przyjemnością. Tu teren się wypłaszcza. Przelatuję przez Sejny. Niestety za tą miejscowością wjeżdżam na ruchliwą nawet o tej porze drogę. Morale wzrastają bowiem dobra pogoda się utrzymuje. A i wiatr jakby przycichł i nawet teraz jadąc w kierunku południowo-zachodnim nie muszę z nim walczyć. Po prawej mam Wigierski Park Narodowy a ja jadę sobie przez tereny Puszczy Augustowskiej. Przed Głębokim Brodem mijam cmentarz z I wojny św. Przejeżdżam nad Czarną Hańczą. Mijam policjantów stojących po przeciwnej stronie drogi. W Suchych Dołach skręcam w lewo by teraz jechać wschodnim brzegiem jez. Serwy. Znów bardziej na wschód w bardzo klimatycznych walorach przyrody jestem bowiem przy kanale augustowskim. Jedno jedynie morze wkurzać – brak asfaltu (trwają prace remontowe). Na szczęście niezbyt długi odcinek. Jadę dalej. Powoli zbliża się wieczór.
Za m. Gruszki kolejny siku-stop. Na szczęście nie planuję już jakiś większych postojów. Od Gruszek jest również chyba jeden z tych najładniejszych kawałków trasy. Dobry asfalt wijący się lasem oraz pomiędzy ciekami wodnymi, zwłaszcza na odcinku od Ostryńskie do Skieblewa to tam właśnie jak jechałem w przeciwną stronę rok temu wylewali asfalt. Teraz gęba śmiała się od ucha do ucha. Przejeżdżam przez Skieblewo i zgodnie z wytycznymi na rondzie nie skręcam w lewo lecz zgodnie z zalecanym objazdem jadę prosto na Lipsk.
Za Lispkiem przejeżdżam nad malowniczą Biebrzą. Od teraz znów teren bardziej pofałdowany. Ale nie to mnie zaczyna martwić… wraz z nadejściem nocy powraca wiatr akurat wyjeżdżam na otwarty teren. Wieje z prawej strony więc znów próbuje mnie wrzucić do rowu. Wieje masakrycznie. Mniej więcej o 20tej melduję się w Dąbrowie Białostockiej. Stąd już tylko „rzut beretem” do Sokółki. Jeszcze tylko mały podjazd za miastem i już jestem na szeeeerokiej drodze nr 673 prowadzącej do Sokółki. Tu znów większy ruch samochodowy. Pojawia się sporo tirów. Z plusów dodatnich jakby przestało wiać. Droga prosta jakby ktoś narysował ja przy linijce. Jest już całkiem ciemno. Jedzie mi się fatalnie. Po prosu już mi się nie chce. Z utęsknieniem zaczynam odliczać kilometry do ronda przed Sokółką. Mijam kolejne miejscowości: Makowlany, Poganica, Pacewo, Jacowlany i są one… Sokolany i ich rondo, tylko co jest, tu powinien być już zjazd do Sokółki a garmin pokazuje, że hola, hola jest jeszcze jedno rondo to właśnie w Sokółce o którym myślałem… Ehhhh głupi ja, co mi się ubzdurało że na tej drodze jest tylko jedno rondo. A ja mając to w głowie do tego ronda jechałem już bardziej głową niż nogami. Masakra jakowaś. No nic. Zmuszam się zatem znowu do kręcenia, choć bardziej się teraz toczę niż jadę. Pojawiają się kolejne miejscowości: Woroniany, Kraśniany. Po długich, bardzo długich 20 min zjawiam się już na „właściwym” rondzie. Teraz szybki zjazd do miasta i zatrzymuję się przed zamkniętymi drzwiami hoteliku. Jest 21:29 (611 km).
Wyjmuję klucze, wspinam się z rowerem po schodach i już po chwili rozkładam się w pokoju. Najpierw podłączam elektronikę do kontaktów, następnie wyjmuję i rozkładam ciuchy. Próbuję je wysuszyć suszarką do włosów. To samo robię z butami. Biorę prysznic i kładę się spać, nastawiając jeszcze zegarek i na wszelki wypadek telefon.
Trochę telemetrii:
- czas brutto: 33h 29 min. (istna tragedia)
- czas netto: 26h 23 min. (w tym przypadku o dwie godziny za dużo względem założeń)
- dystans: 611 km
- wznios: 3 817 m
- średnia prędkość: 23,2 km/h
- maksymalna prędkość: 57,4 km/h
- średnia temperatura: 12 stp. C
- min. temp.: 6 stp. C
- maks. temp.: 25 stp. C (dopiero po południu w niedzielę pogoda zrobiła się przyjemna)
90578
Dzięki za to , że zdecydowałeś się przelać swoją wyprawę na "papier", śledziłem i pchałem kropkę ile tylko się dało :)
Z wielką przyjemnością przeczytałem pierwszą część zmagań (w szczególności, że częściowo znane mi tereny) i z niecierpliwością czekam na więcej :)
Dzięki i gratki za relację grissley
Andrzeju pięknie piszesz, czekamy na więcej.
Miałem w robocie na kompie cały czas otwartą kartę z kropką [emoji6]
Andrzeju, przeczytałem i ja. Podobało się.
Poproszę o kolejne etapy wali ze wszystkim o nawinięcie kolejnych kilometrów na opony.
grissley
25-09-2025, 23:16
Też śledziłem tę walkę w trakcie. Tzn nie od razu, najpierw zauważyłem na stravie odcinek 600+km i parę razy sprawdzałem gdzie jest błąd xD
Potem sprawdziłem co oznacza ten tajemniczy skrót MRDP, potem przypomniał mi się facet który przebiegł GSB w chyba trzy dni (bez związku, prawda? ;) ), no a potem już śledziłem ;)
Ciekawe, czy tego typu impreza przestanie być kiedyś dla mnie totalną fikcją :D
Dzięki za dobre słowa. Postaram się zatem ciągnąć moje bajanie dalej.
Jeszcze większe dzięki za pchnięcie mej kropki. Wiele dały słowa otuchy bo były okresy gdy miałem ochotę zakończyć ale... jak to mówił klasyk: nie uprzedzam faktów .
Ps. Tomek świetny opis i foty z jazdy wzdłuż rzeki. Dzięki opisowi dowiedziałem się co to za dwa nagietka kominy stoją przy rzece.
Ps2. grissley zacna wycieczkę poczyniłeś - graty. Opis fajnie się czytało. I tak jak wyżej napisano częściej dawaj opisy
Wind Mill
26-09-2025, 12:03
Czytam i paczam jak w obraz Picassa. :shock: ;)
siemalysy
26-09-2025, 15:16
elmo
Andrzeju dziękuję za relację. Przeczytałem i czekam na ciąg dalszy :-)
Po zeszłotygodniowych długich podróżach ciapongami, postanowiłem wyskoczyć koło komina w zasadzie. Jakieś Czechy na ten przykład.
Na osiedlowej stacji nieco zmarzłem czekając na ciapong na główny, po czym zmarzłem na głównym, czekając na ciapong do Szklarskiej.
Zapowiadana dobra pogoda skusiła pół Wro do wyjazdu w góry. Już na głównym nie było miejsc siedzących, co dziwne nikt nie sarkał na to. że rowery zajmują składane siedzenia. Nie było też moich ulubionych "tych sakw nie da się zdjąć" zatem rowerów w zagrodę weszło sporo. Wyszło, że wysiadam pierwszy, więc pilnowałem, zeby mojego roweru nie trzeba było wyciągać spod wszystkich, a wsiadałem pierwszy (z rowerem) do składu.
Były też słabe sytuacje, jakaś starsza z wyglądu pani pytała typa czy to miejsce jest wolne czy plecak jednak je zajmuje. Stwierdził, że kolega się zaraz dosiądzie. Mijały kolejne stacji, kolegi ni widu, ni słychu. Konduktorka wyprostowała sytuację w sekund 5, choć minął czas spory zanim nadeszła. Jakiś dupek nie chciał siedzieć ramię w ramię z kimś.
No i jeszcze ktoś koło Boguszowa-Gorców, czyli w najbardziej widokowych terenach na trasie z Wro do Szklarskiej postawił farmę słoneczną. Jakby mi kto w twarz splunął.
Z niewielkim trudem, ale w spoko atmosferze wysiadłem w Sędzisławiu. Jakoś pod ósmą było. Półtorej godziny jazdy. Duszno nie było, zapodałem kask na baniak, bryle na ślepie, trasę na Garmina i ruszyłem. Równe, twarde, nieco w dół, jest dopsz… na początek. Nawet pierwsze podjazdy nie zakłócają odbioru wrażeń wzrokowych. Rano jeszcze przerzedzona mgła zalega w zagłębieniach terenu. Klimat.
Kamienna Góra mijana opłotkami, choć zmyliłem drogę, czemu winne było ustawienie nie tej skali co zawsze na Garminie. potem DDR po linii byłej kolei do Krzeszowa. i dalej Chełmsko Śląskie i granica w lesie. Początkowo leśna droga przechodzi w drogę wybrukowaną kamieniami, wilgotnymi, omszałymi. Czujność +100. Mimo miękkich opon, zaliczam jakies uślizgi, ale nie powodujące niczego poza chwilowym wzrostem ciśnienia. Nie, nie w oponach.
W końcu ląduje na asfalcie. Turlam się przez Czechy, co ciekawe, jak w Polsce był widokowy zawrót głowy, tak w Czechach wieje nudą, za to jest płasko. Na szosie namalowane znaki ^PL. Po chwili mija mnie kawalkada kilkunastu blachosmrodów. Tylko dwa lub trzy mają czeskie blachy, reszta z ojczyzny. Reprezentacja całej Polski w zasadzie, wschodnich rubieży brakło. Wszyscy cisną na Adsprach. I skalne miasto w tymże. Cisnę i ja. Podjeżdżam pod wejście, ignoruję zakaz wjazdu, ale nie zakaz wjazdu na teren kas i budek z pamiątkami. Jakiś Polak dziwi się, że ten drugi zakaz ma komunikat tylko po polsku. Może w końcu połączył kropki, choć pewnie nie.
Wbijam na CPR, który ubitym, równym i wilgotnym piaskiem prowadzi mnie do Teplic nad Metui, gdzie znajduje się kolejne skalne miasto. Znowu nieco mylę trasę, ale jadę cyklotrasą 22 w stronę Poilc nad Metui. Krótki popas na puszkę Pepsi i batona. Nie zamulam zbytnio, z kilku powodów. Tym razem mam kupione bilety kierunkowe, na krótkie trasy bilet weekendowy wychodzi drożej. Z Bielawy nie ma aż tyle pociągów, że jak nie zdążę na ten który sobie wybrałem to za chwilę będzie następny. Najdłuższy podjazd trasy mam pod jej koniec.
Z Polic jadę do Broumova, niestety ruchliwą drogą nr 303 do tego podjazd, choć Garmin o nim milczy, ciągnie się. Za to zjazd oddaje dług zaciągnięty na podjeździe. Z Broumova kieruję się na granicę, myślałem, że lokalną drogą, ale mapa zeznaje, że to droga nr 302, ruch znikomy. Do Polski wjeżdżam w Tłumaczowie, gdzie znajduję sklep i po chwili ruszam do Nowej Rudy. Jeszcze przed miastem zaczyna się ten najdłuższy podjazd. Choć Garmin coś bredzi, że dopiero za 10 km, ale już czuć wznios.
Podjazd pod Przełęcz Jugowską ciągnie się niemożebnie, po drodze mija mnie jakiś szosowiec, ale za to ruch samochodowy niewielki. Planowałem krtóki postój na przełęczy, ale kolejka do baru mnie zniechęciła. Przez chwilę się zastanawiam czy nie zjechać asfaltem do Pieszyc i stamtąd dopiero do Bielawy, ale jednak ruszam wg planu szlakiem Żółta Bielawa, a potem Niebieska Bielawa już do miasta. Trochę żałuję, przy samej przełęczy droga zryta przez pilarza szkodnika, że miejscami błoto po osie. Jakoś jednak bokiem, powoli, na miękkim przełożeniu udaje się wszystko przejechać. Na Niebieskiej Bielawie spotykam dwóch idiotów na moto i jednego na uadzie, oczywiście bez tablic w parku krajobrazowym w którym obowiązuje zakaz ruchu. To nie pierwszy raz jak w Górach Sowich moto rozjeżdża drogi.
Zjazd niebieskim na nieamortyzowanym gruzie miejscami bardzo techniczny. Miękko w oponach robi robotę, choć na jednym przepuście wodnym tył potężnie dobija. W końcu dojeżdżam do parkingu przy Leśnym Dworku i trafiam na równe i twarde. Odwiedzam jeszcze zalew, robią promenadę wokół wody i koło dworca mam pizzerię. Co prawda przy remontowanym skrzyżowaniu, ale rowerem da się wjechać, choć widzę, że lokalesi radzą też sobie samochodami. Pizza, sklep i ciapong. Stoi przy peronie, ale jeszcze zamknięty, po kilku minutach jednak można już zająć miejsce w środku. Po niecałych dwóch godzinach byłem we Wrocławiu.
Z głównego wracam na kole i koło Dworca Świebodzkiego trafiam na paradę historycznych tramwajów i autobusów. Na bogato jadą, Policja blokuje skrzyżowania, w środku ludzie machają przechodniom, macham i ja ludziom w środku. Przy okazji widzę, jak stary już jestem, prócz dwóch najstarszych tramwajów, na oko przedwojennych z reszty zbiorkomu korzystałem jak był w normalnej eksploatacji. Myjka, paczkomat, kwadrat.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/15956112088
Fotosy:
90601
Widoki atakują już na początku trasy.
90602
DDR do Krzeszowa.
90603
Zabytkowe Domy Tkaczy w Chełmcu Śląskim.
90604
Praga.
90605
Góry Stołowe widziane z okolic Broumova.
90606
Wiadukt kolejowy jednej z najbardziej malowniczych linii kolejowych w Polsce, łączącej Wałbrzych z Kłodzkiem.
90607
Jezioro Bielawskie.
siemalysy
28-09-2025, 10:57
Fajnie pojeżdżone.
Dobra relacja, dziękuję :-) Foty wiadomo, jak zawsze na Twoim poziomie. Sprzęt do foto się zmienił, a klimat foto zachowany :) No chyba, że zabrałeś tym razem RX-a ;)
...
Planowałem krtóki postój na przełęczy, ale kolejka do baru mnie zniechęciła.
...
Mieliśmy podobną sytuację w poprzednią sobotę na Klimczoku. Planowaliśmy tam obiad, a jak dotarliśmy do schroniska, to kolejka była olbrzymia i odpuściliśmy.
Przyjemnie się czytało i równie dobrze oglądało. [emoji846]
Sprzęt do foto się zmienił, a klimat foto zachowany :) No chyba, że zabrałeś tym razem RX-a ;)
Dzięki.
Do końca roku zostanę z telefonem. Kupiłem apkę foto i chcę zobaczyć ile da się ze sprzętu wycisnąć.
Przyjemnie się czytało i równie dobrze oglądało. [emoji846]
Dzięki.
siemalysy
28-09-2025, 13:07
W poprzedni weekend miały być Izery z żoną. Jednak na sobotę prognozy pokazywały silny wiatr. Odpuściliśmy ten kierunek, Izery poczekają i pojechaliśmy w Beskid Śląski.
Z Łodzi ruszyliśmy po piątej. Droga minęła beż przygód, no może poza korkiem przed Bielsko-Białą. Na parkingu w Dolinie Zimnika zameldowaliśmy się ok w pół do dziesiątej. Pierwszy i darmowy parking był pełen. Dla nas to żaden kłopot, bo i tak byśmy tam nie parkowali, bo musiałbym zdejmować bagażnik na rowery. Zaparkowaliśmy kawałek dalej.
Kilkanaście minut przed dziesiątą ruszamy w góry. Początek to dobrze znany podjazd na Skrzyczne. Początek asfaltem i dość łagodnie. Stromiej zaczyna się jak kończy się asfalt. Sprawnie docieramy do miejsca, gdzie zaczynają się widoczki. Spotkamy tam chłopaka, któremu łańcuch spadł między szprychy i kasetę. pomagam mu ogarnąć problem, przy okazji chwilę rozmawiamy i on rusza dalej. Ja, wykorzystując, że się zatrzymaliśmy postanowiłem polatać dronem. Trochę wiało, więc loty byłym bliskie i niskie ;) Ruszyliśmy dalej i dojechaliśmy do ostrego odbicia w prawo. Jak byliśmy tam z "Nikoniarzowymi" chłopakami gravelowo, to pocisnęliśmy prosto. Zrobiło się bardziej stromo, ale dzięki temu bardzo szybko pokazały się świetne widoki. Przejrzystość była wystarczająca, żeby podziwiać piękne krajobrazy z odległymi Tatrami włącznie :-) Dobiliśmy do szlaku niebieskiego i nim kawałek po kamieniach trzeba było wypychać rower. Nie był to długi odcinek i już po kilku chwilach zameldowaliśmy się na Skrzycznem. Turystów było już sporo, jednak jeszcze bez tłumów. W schronisku się nie zatrzymaliśmy, od razu wjechaliśmy na szczyt.
Ze szczytu zaczęliśmy zjeżdżać zielonym szlakiem w stronę Małego Skrzycznego, czyli w odwrotnym kierunku niż w lipcu jadąc tam gruzem. Szybko dotarliśmy do miejsca, w którym opuściliśmy szlak zielony i obraliśmy kierunek na Halę Skrzyczeńską. Zjechaliśmy kilkaset metrów wspólnie i się rozdzieliliśmy. Ewa pojechała w dół szlakiem rowerowym, a ja wbiłem sobie na Hip Hopę Air. Dawno tam nie jeździłem i nie mogłem złapać prędkości i dobrego wbicia i ułożenia się w bandach. Spotkaliśmy się dopiero przy Kuflonce na hali. Usiedliśmy na zewnątrz, było też kilku innych rowerzystów. Wszedłem do środka, żeby kupić coś zimnego do picia i okazało się, że jest impreza zamknięta. Chłopak stojący za barem powiedział, że może mi sprzedać napoje jedynie za gotówkę. Jak wyszedłem z napojami, to jakiś gość poinformował mnie, że odbywa się impreza zamknięta Toyoty i Lexusa. Zdziwiony był, że udało mi się zrobić zakupy. Mam nadzieję, że ten co mi sprzedał, wiedział co robi i nie będzie miał przez to kłopotów. Natomiast szacun, że pozwolili nam i innym rowerzystom na skorzystanie ze stolików. Z Hali Skrzyczeńskiej ruszyliśmy w dół. Ewa pojechała sama szlakiem rowerowym a ja zjechałem Hip Hopą Flow. Spotkaliśmy się w Szczyrku przy Enduro Trails. Pogoda ściągnęła w góry masę rowerzystów jak i masę turystów. Co tu się dziwić jak nas też do tego wora trzeba wrzucić ;)
Dalej ruszyliśmy w dół asfaltem i kilkaset metrów później odbiliśmy w lewo w ulicę Widokową. Srogi jest tam podjazd, jednak ze wspomaganiem jedzie się dużo łatwiej niż analogiem. Przed Migdalskim zauważyłem tabliczki informujące o terenie prywatnym. Nic z tego sobie nie zrobiliśmy i pojechaliśmy dalej. Zinterpretowałem je, że teren prywatny zaczyna się za drogą, tym bardziej, że według mapy tamtędy przebiega szlak rowerowy. Coraz więcej takich tabliczek pojawia się w górach. Dalej jedziemy zboczem szczytu Beskid i zjeżdżamy do przełęczy Karkoszczonka. Odbywała się tam impreza z udziałem GOPR. Były ich auta i sporo ratowników. Ciekawostką było lądowanie drona, na które akurat trafiliśmy. Musieliśmy chwilę poczekać aż operator wyląduje. Dron robi wrażenie, jest ogromny. Do schroniska postanowiliśmy nie zjeżdżać tylko zaczęliśmy podjazd na Klimczok. Szeroka droga, znośne nachylenie, więc jechało się dobrze. Po drodze zatrzymaliśmy się w dwóch albo trzech miejscach z widoczkami. Do schroniska pod Klimczokiem dojeżdżaliśmy z mocnym nastawieniem na obiad. Jednak jak tam dojechaliśmy, to szybko zmieniliśmy zdanie. Spodziewałem się wielu turystów, ale nie tylu. Obiad więc odpuściliśmy, zjedliśmy swój prowiant. Wjechałem sobie na szczyt Klimczok, a tam ludzi wcale nie mniej. Zrbiłem kilka fotek i zjechałem do schroniska.
Ruszyliśmy dalej szlakiem poniżej Magury i zaczęliśmy zjazd w kierunku Szczyrku. Do miejscowości wjechaliśmy niebieskim szlakiem i szybko pojechaliśmy na trasę rowerową poprowadzoną wzdłuż rzeki Żylica. Zanim dobrze ruszyliśmy tą drogą, to dotarliśmy do Kompleksu skoczni narciarskich Skalite. Niedaleko dalej zatrzymaliśmy się na burgera w restauracji w pobliżu rzeki i trasy rowerowej. Po popasie ruszyliśmy już do auta.
Przyjemny wypad w góry. Trasa z uwagi na to, że jechałem z żoną nie była mocno wymagająca. Przejechaliśmy 50 km na których zrobiliśmy 1726 m w górę.
Fotki:
90615
Widoczki w kierunku Baraniej Góry, Malinowskiej Skały.
90616
Widoczki z podjazdu na Skrzyczne.
90617
Szlak niebieski idący z Ostrego na Skrzyczne.
90618
Do Skrzycznego już blisko.
90619
Skrzyczne.
90620
Widoczek ze szlaku zielonego.
90621
Wieża na Skrzycznem z innej strony.
90622
Hala Skrzyczeńska, pod Kuflonką.
90623
Widoczek na góry, na których byliśmy kilka godzin wcześniej.
90624
Skrzyczne z zielonego szlaku na Klimczok.
90625
Klimczok.
90626
Widoczki z Klimczoka.
90627
Ze zboczy Magury tak prezentuje się Bielsko-Biała.
90628
Widoczki z drona.
90629
Szczyrk z drona.
90630
Skocznie w Szczyrku.
90631
Czas na popas.
Tak to po krótce wyglądało. Więcej pewnie za jakiś czas ;)
https://youtu.be/Q7KpndTLY3M
Bardzo fajna wycieczka, dziękuję, za dostarczenie miłej lektury i ładnych dla oka obrazów :)
siemalysy
28-09-2025, 15:16
Dziękuję Sebastianie :-)
Widok znajomy ten, częściowo przynajmniej.
Warun taki, że tłumy nie dziwią, ale nie przepadam za takim tłokiem w górach.
Dzięki za relację.
siemalysy
28-09-2025, 18:52
Widok znajomy ten, częściowo przynajmniej.
Warun taki, że tłumy nie dziwią, ale nie przepadam za takim tłokiem w górach.
Dzięki za relację.
Dzięki :)
Wczoraj odkurzyłem Checkpointa. Nie był to spektakularny wypad, bo za daleko od chaty się nie ruszyłem, więc dokładnej relacji nie będę pisał. Skorzystałem z usług ŁKA i z Łodzi do Kutna dotarłem pociągiem. Nie wsiadałem na stacji początkowej i jak wszedłem do pociągu na łódzkim Żabieńcu, to okazało się, że w miejscu na rowery są już trzy rowery. Nie były zamocowane na hakach. Przecisnąłem się przy nich i zająłem miejsce przy drzwiach. Podczas kontroli biletów Pani konduktor nie robiła problemów o miejsce roweru. Zostałem za to pouczony za brak dokumentu tożsamości. A rower prosiła tylko, żeby przestawiać na stacjach, gdzie peron jest po stronie zastawionych drzwi. Szybciej niż w połowie trasy zwolniło się miejsce na rowery, więc się przeparkowałem i zmieniłem miejsce.
W Kutnie wysiadłem przed dziewiątą i ruszyłem w drogę. Było tak samo chłodno jak rano jechałem na PKP. Temperatura poniżej 6 °C, było mało przyjemnie. Szybko ruszyłem, wyjechałem z miasta i przy tym się rozgrzałem. Do pierwszego punktu trasy, zamku w Oporowie dojechałem już po niecałych 20 km. Była tam jakaś wycieczka, ale szybko weszli do środka, więc na spokojnie mogłem wyciągnąć drona i zrobić kilka fotek. Przy okazji zjadłem pączka na śniadanie i wypiłem pouszeczkę Coli.
Z Oporowa ruszyłem na południe. Jechało się dobrze, tylko wiatr raz po raz chciał mnie zdmuchnąć z roweru. Niemal w połowie trasy dotarłem do drugiego punktu mojej trasy. Zanim jednak osiągnąłem ten cel, to zatrzymałem się na stacji paliw na hot doga. Geometryczny środek Polski w Piątku znajduje się niedaleko stacji paliw, więc po posiłku się tam udałem. Trafiłem tam na drugą wycieczkę tego dnia, tylko rowerową. Poczekałem aż się zluzuje i dopiero zrobiłem fotkę.
Z Piątku pocisnąłem w kierunku Łodzi. W okolicy autostrady A2 droga, którą miałem jechać była nieprzejezdna. Wcześniej też stał znak, że droga bez wyjazdu. Pojechałem dalej licząc, ze uda mi się przejechać pod autostradą, nie udało się. Wróciłem do asfaltu i zmuszony byłem zmienić ten fragment trasy. W Sokolnikach musiałem uzupełnić bidony, więc trochę zmodyfikowałem przebieg trasy. Zrobiłem sobie też tam przerwę na lody. Do Łodzi wjechałem od strony Lasu Łagiewnickiego i przez las udałem się w kierunku domu.
Fajny dzień na rowerze. Pogoda całkiem, całkiem. Oczywiście poza wiatrem. Przejechałem 104 km i 544 m w górę.
Kilka fotek.
90636
Zaczynajmy ;)
90632
Zamek w Oporowie.
90633
Zamek w Oporowie.
90634
Zamek w Oporowie.
90635
Zamek w Oporowie.
90637
Słoneczniki nie Vincenta Van Gogha.
90638
Piątek i Geometryczny środek Polski.
90639
Dzierżązna i historyczny wóz strażacki.
90640
Tego nie było w planie, ale jak przygoda, to przygoda.
90641
Wiatraki przy A2.
Dziękuję ponownie za uraczenie relacją i zacnymi fotkami.
Wiatr lubi się dać we znaki.
grissley
29-09-2025, 03:15
Wiatraki przy A2. Wąskie jakieś te A2...
Ale grunt, że rower w końcu normalny! :D
@zdyboo (https://forum.nikoniarze.pl/member.php?u=2855) - widać, że w każdym sofcie znajdziesz sposób na taką obróbkę, że od razu widać czyja to fotka ;)
siemalysy
29-09-2025, 06:57
...
Ale grunt, że rower w końcu normalny! :D
...
Poprzedni rower był nienirmalny? Nie rozumiem... [emoji50]
Wysłane z mojego SM-S938B przy użyciu Tapatalka
grissley
29-09-2025, 11:03
Poprzedni rower był nienormalny? Nie rozumiem...
Taki tam.. żarcik...
Bo ja to te górskie elektryki średnio rozumiem ;)
Wind Mill
29-09-2025, 11:16
Ja też o tym pomyślałem, że MTB na prund miałeś na myśli. :mrgreen:
Taki tam.. żarcik...
Bo ja to te górskie elektryki średnio rozumiem ;)Akurat że wszystkich rowerów prąd w MTB ma najwięcej sensu. Geo obecnych MTB sprawia, że tymi rowerami super jeździ się tylko w dół. W górę i po płaskim każda pomoc mile widziana.
Do tego dochodzi masa samej maszyny. Normalny, scieżkowy czy lekkie enduro MTB FS o masie 14-16 kg jest uważany za lekki rower.
siemalysy
29-09-2025, 20:56
Taki tam.. żarcik...
Bo ja to te górskie elektryki średnio rozumiem ;)
Taki śmieszek z Ciebie :-D
patronat
30-09-2025, 14:27
Taki tam.. żarcik...
Bo ja to te górskie elektryki średnio rozumiem ;)
Już Michałowi pod filmem napisałem - grunt to wybrać odpowiednie narzędzie.
Jazda gravelem po górach? Pewnie, po pożarówkach co najwyżej. Przykład mamy niedawny - chłopak na gravelu zjeżdżał szlakiem, którego średnio rozgarnięty rowerzysta by nie zauważył, no i się zabił. Na śmierć. Potem apele o zachowanie ostrożności itd. Już nie wspomnę o tych śmiesznych kaskach modowych, pękających od patrzenia na kamień.
Elektryka zrozumiesz, jak pierwszy raz pojedziesz zielonym na Szyndzielnię. Dobre zawieszenie jak pierwszy raz zjedziesz np z Malinowskiej. Gravela na Mazurach. A szosę - no cóż - to jest grząski grunt - ja nie rozumiem innego zastosowania niż sport, ale ja jestem inny.
siemalysy - litrażowałeś Boscha 5? W sensie np. tylko turbo ile up?
Sobota mała Fatra - lajtowo, bo wszyscy powirusowi jesteśmy. Jak ktoś chętny.. ( wiem wiem, nie ma sensu, itd :) )
Bedę miał piniona z baterią ponad 1000 do testów jakby co.
grissley
30-09-2025, 15:38
Już Michałowi pod filmem napisałem - grunt to wybrać odpowiednie narzędzie.
Ale ja z tym nie dyskutuję. Po prostu jest to teren zupełnie dla mnie obcy. A chociaż sam serwisuję swój rower od wielu lat, to jak zaczynacie o swoich rozmawiać to musze się upewniać, czy dyskusja nadal się po polsku odbywa. Zresztą, nie trzeba daleko szukać - piękny przykład poniżej ;)
litrażowałeś Boscha 5? W sensie np. tylko turbo ile up? xD
PS Oczywiście gravelem na górskie ścieżki bym się nie pchał. Crossem też nie. I sens elektryka jak najbardziej rozumiem - nie bądźcie tacy sztywni, człowiek se zażartuje, a Ci na serio od razu ;)
patronat
30-09-2025, 16:01
Wiesz, to się bierze ze stereotypów. Ja mam styczność z tego typu żartami od 3 lat non stop. I są dla mnie nieśmieszne od 3 lat :) Nie biorę ich osobiście do siebie - po prostu jest tego za dużo. Myślę, że Michał też już się spotkał ze stwierdzeniem: na elektryku? na emeryturze jesteś czy co?
Kiedyś chciałem uświadamiać ludzi, potem miałem na ustach serdeczne: zapraszam wypierdalać, a teraz olewam.
Wpis popełniłem z innej przyczyny - chłopaki ostatnio po górach śmigali gravelami. I fajnie, ich wola. Natomiast często ostatnio się spotykam z nachalnym twierdzeniem "specjalistów" od sprzedaży, że gravel ma wszystko. No nie ma. I znów mam etap uświadamiania - ostatnio mój znajomy chciał z nami na rower w góry, bo kupił jakiś nowy wypasiony turbo rower na oponkach 45. Nawet początkowo chciałem go zgnoić na pierwszym podjeździe, ale ostatecznie postawiłem na edukację werbalną. I nie uwierzysz, ale to on zaczął - będę jechał z wami na normalnym rowerze. Także tak.
Nie od dziś wszak wiadomo że jak coś jest od wszystkiego to jest do niczego. Niby można kręcić takim czy owym rowerem to tu to tam... bo kto komu zabroni. Ale po co się męczyć jak mozna sobie ułatwić życie dobierając odpowiedni sprzęt do danej drogi/ścieżki itp, itd.
Ps. primo. Znów pochwalę opisy przedmówców. I foty oczywiście.
Ps. secundo. No to wrzucam drugi odcinek MRDP:
Część druga… czyli nowa nadzieja.
Do zegarka z wolna dołącza dzwoniący telefon… najwyższy czas wstawać… jest czwarta trzydzieści… czyli zwyczajowa pora do pracy ale zaraz, zaraz… wszak jestem na urlopie – w głowie pojawia się przebłysk inteligencji. No tak urlopik który planowany był już bardzo dawno temu. No nic. Wstaję, zerkam na rozrzucone, przepraszam, porozkładane dookoła rzeczy, które jak się okazuje są przyjemnie suche. Jedynie jeszcze buty wymagają ponownego potraktowania suszarką. Zanim się zbieram zerkam na pogodynkę. Jest nadzieja na w miarę słoneczny dzień tylko muszę się pośpieszyć bo nad Sokółkę mają nadejść deszczowe chmury. Muszę dać nogę na południe tam ma być ponoć bez deszczu, ma mi w tym pomagać wiatr, który ma idealnie dla mnie przejść z zachodniego poprzez północno-zachodni na północny. Fajnie myślę sobie z jednej strony ma wiać w plecy ale z drugiej strony będzie pchał deszczyk cały czas za mną. Znów szykuje się wyścig z przyrodą. Zerkam jeszcze na dalsze dni… w Tatrach ma być za dwa dni halny… heh… tym to ja będę się martwił później…
Zbieram rzeczy pozostawiając te, w które się ubiorę – wybór pada na jedyne jakie zabrałem, dłuższe spodnie a także na potówkę, koszulkę, kamizelkę, na nogach lądują cienkie skarpety. Uzupełnieniem jest kolarska czapeczka, rękawiczki i świeżo dosuszane buty (no i oczywiście kask). Wychodzę z hoteliku w promieniach wysoko umieszczonego już słońca. Znów za długo się zbieram. Ruszam dopiero o 6:30 – przeliczam szybko, że na cały postój straciłem 9h cennego czasu, dużo zbyt dużo, nawet jak na strategię którą przyjąłem tj. noc na rowerze druga w łóżku. No cóż zapewne będę tego żałował.
Ruszam, w bidonach mam wodę (w jednym tą którą jak zwykle znalazłem w pokoju, w drugim przegotowaną z czajnika) jednakże pusty brzuch zmusza mnie do zatrzymania się w pierwszym napotkanym sklepie czyli… po pięciu minutach. Zakupione: dwa pętka suchej kiełbasy extra z indykiem, dwie bułki białostockie, drożdżówka, paczka kwaśnych haribo, dwa Pawełki, paczka orzechów laskowych, napój jabłko-mięta, cola. Część spożywam na miejscu (znaczy pod sklepem) a resztę pakuję na zaś. W między czasie dojeżdża jeden z naszych. Krótka rozmowa i ruszam spod sklepu. Jest już prawie siódma. Z Sokółki wyjeżdżam ulicą Kresową… ale zanim ją opuszczę musi dokonać się miejscowy rytuał – wszak jest poniedziałkowy ranek, jest Sokółka więc… kontrola trzeźwości – na wylotówce stoją przy zaparkowanym pojeździe dwie policjantki sprawdzające trzeźwość kierowców. W ubiegłym roku jadąc MRDP Wschód nie musiałem dmuchać w balonik, teraz ta moje pytanie: Czy ja też? Słyszę: Oczywiście… Wynik 0,0. Mogę więc jechać dalej (zastanawiam się czy miało to znaczenie, że w ubiegłym roku nie musiałem bo pytanie to skierowane było do policjanta…)
Dobra dość tej zabawy. Plan na dziś znów jechać dzień, noc i dzień mając nadzieję, że uda się trochę podgonić kilometraż. A że pełny brzuszek, słonko, świeci, jest plus 10 więc morale są dobre. Jadąc na wschód odbijam nieco na południe kierując się na Malawicze Dolne, tak, tak wiem skoro dolne to będzie podjazd… i jest niemal zaraz za rondem droga zaczyna się piąć zrazu spokojnie a później bardziej. Na szczęście podjazd nie jest zbyt długi. Na szczycie widok zapiera dech w piersi. W dole Wojnowice, za polami widzę granicę z Białorusią… Naprawdę przepiękny sielski widok.
Szybki zjazd do Wojnowic gdzie skręcam ostro na południe pamiętając, że za chwilę przytulę się niemal do wielkiego płotu odgradzającego sąsiednie kraje. Mijam Miszkieniki Wielkie, Babiki, Usnarz Górny i Grzybowszczyznę. Domki przeważnie luźno porozrzucane pomiędzy polami i łąkami. A wszystko to połączone wąską drogą o… a jakże o idealnej asfaltowej nawierzchni. Przy ostatnim domku Grzybowszczyzny podjeżdżam niemal pod sam płot, zatrzymuję się robiąc parę fot. Jest 7:50 na liczniku 26 km (łącznie 637 km).
Po chwili ruszam dalej, przede mną krótki zjazd po nieco dziurawej tym razem drodze. Za Jurowlanami oddalam się od granicy. Na podjeździe mijam biegacza, miałem ochotę zapytać się czy nie mijał ktoś go na rowerze ale dostrzegłem słuchawki więc jedynie pozdrowiłem go kiwnięciem ręki. Asfalt znów dobry. Sporo mnie czeka teraz podjazdów i zjazdów. Ale, że są krótkie to nogi spokojnie to przyjmują…. Aaaaa właśnie nogi. Rano budząc się w Sokółce poczułem lewego Achillesa. Niby nic ale coś tam zaczęło dawać mi znaki że ten teges nie jest w porządku (profilaktycznie posmarowałem go voltarenem). Na razie jednak go nie czuję więc tym się nie przejmuję. Jadę. W Krynkach, przy sklepie na Placu Jagiellońskim widzę pod sklepem jednego z naszych. Nie zatrzymując się rzucam głośne „cześć” na powitanie i kręcę dalej. Znów podjazd już trochę dłuższy i kolejny zjazd. Cały czas jadę na południe. Z każdym obrotem korb zbliżam się do Kruszynian. Droga na razie idealna bowiem jadę po niedawno położonym asfalcie. Cieszy mnie to bowiem przed startem czytałem, że ten odcinek jest remontowany i nie wiadomo czy prace zakończą się przed maratonem.
Za Krynkami wjeżdżam już w zupełnie inny krajobraz, pola i łąki zostały zastąpione lasem. Przejeżdżam nad rzeką Nietupa z jej rezerwatem przyrody powołanym do życia w 1996 roku. A wszystko to w lasach Puszczy Jałowieckiej. Oj bardzo mi się to podoba. Choć w lesie asfalt mokry od nocnego deszczu. Krótki siku-stop. Przejeżdżam obok punktu widokowego na Kosmatej Górze (heh trzaby tam się kiedyś wybrać ponoć jest fajny widoczek z nego). No nic w końcu jestem na maratonie więc kręcę sobie dalej. Przy okazji mijam kolejnego uczestnika maratonu.
W Kruszynianach zjawiam się o 8:40 / 43 km (łącznie 654 km) mając w jednej dłoni bułę a w drugiej pętko kiełbasy. Chyba dziwnie wyglądałem bo parę kręcących się przy drodze osób znacząco na mnie zglądały… Same Kruszyniany zacne. Zerkam na najstarszy zachowany w Polsce drewniany meczet tatarski oraz na jurty. Mijam napisy informujące, że oto znalazłem się na końcu świata… miło . Zanim wyjadę z tej miejscowości skręcam w lewo kierując się jedyną w tej okolicy drogą na przejście graniczne w Bobrownikach.
Ale zanim tam dotrę mam jeszcze parę podjazdów do zrobienia, m.in. przed m. Łużany – właśnie Łużany – niezbyt miło je wspominam bowiem w ubiegłym roku to tu ostatnie lewa noga powiedziała dość i byłem zmuszony zacząć ją jakoś reanimować. Na szczęście tym razem byłem w lepszym zdrowiu (a przynajmniej tak mi się wydawało… ale nie uprzedzajmy faktów…). Skręcam zatem w lewo i mijam (drugi raz dzisiejszego poranka) miejsce zielonych człowieków. Kolejny podjazd i zjazd przed Jaryłówką i powtórka za tą miejscowością. By za chwilę zameldować się przy jakże pustym przejściu granicznym w Bobrownikach – jest godzina dziewiąta. Skręcam w prawo na drogę nr 65 oddalając się od granic. Czeka mnie dość sztywny podjazd. Po lewej na wzgórzu, jakże klimatyczny cerkiew pw. Zmartwychwstania Pańskiego, po prawej jakże ponure, pozamykane sklepy nadgraniczne.
Widząc na wypłaszczeniu wiatę przystanku autobusowego postanawiam się tam zatrzymać – jest 9:13 55 km (łącznie 666 km). Okazuje się, że jest już okupowany przez jednego z naszych. Przyłączam się na chwilę. Krótka rozmowa, w trakcie której przelewam sobie do pustego bidonu napój jabłko-mięta. Pozbywam się śmieci po batonach, żelkach oraz po napojach. Dojeżdża do nas mijany wcześniej przeze mnie uczestnik maratonu. Jeszcze chwila wspólnej rozmowy i każdy rusza swoim tempem (czas postoju ok. 6-7 min).
Teraz trasa prowadzi idealnie na zachód aż pod miejscowość Waliły-Stacja, gdzie będę musiał skręcić znów na południe. Ale zanim to zrobię jadę krajówką… jak ja się cieszę, że na granicę lub z przejścia jedzie niewiele samochodów. Cieszę się zatem widokiem gęstego lasu po obu stronach drogi. Po około 20 minutach jest i on skręt na Zarzeczany, do których dojadę już po chwili. Miejscowość mała, klimatyczna, po lewej Zalew Gródek i kanał idący do rz. Supraśl. Samą rz. Supraśl pokonuję w sąsiedniej miejscowości Gródek. Mijam idącą po prawej ul. Zamkową idącą, a jakże na Górę Zamkową. Ale nie to tym razem jest przedmiotem mojej uwagi. Od tąd zaczyna się remont drogi. Zrazu spoko – jadę pozostawionym lub niedawno wylanym asfaltem a to raz prawilnie, a to sposobem angielskim zgodnie ze znakami i sygnalizatorami. Jednakże po kilku kilometrach asfalt znika i droga to jedno wielkie rumowisko lub bagno. Jadę i jadę… a właściwie to turlam się powoli i coraz to bardziej powoli mając na uwadze rozwaloną tylną oponę. I chyba słusznie bo po kolejnych paru kilometrach napotykam na poboczu jednego z naszych wymieniającego dętkę. Pytam czy wszystko ma co potrzebne a słysząc odpowiedź potwierdzającą turlam się dalej.
Przejeżdżam teraz przez klimatyczne tereny Rezerwatu Rabinówka (kompleksy leśne poprzecinane to mniejszymi, to nieco większymi ciekami wodnymi ). Znów mostek nad rz. Supraśl. Po prawej m. Michałowo, po lewej Kobylanka. Tu wjeżdżam na drogę nr 686. Cechą charakterystyczną na tym odcinku są „zakrętasy” – lubię. Mniej więcej na 86 km, przejeżdżając przez Juszkowy Gród podziwiam Cerkiew Narodzenia Najświętszej Bogurodzicy. Wzniesiona na początku ubiegłego wieku (1912 r.), drewniana budowla w konstrukcji zrębowej na kamiennej podmurówce na planie krzyża. Dwadzieścia dwa lata temu wpisano ją do rejestru zabytków.
Po chwili zjeżdżam z drogi 686 na 687. Przejeżdżam pomiędzy Tanicą Dolną a Górną i za Bondarami podziwiam rzekę Narew oraz Jez. Siemianowskie. Od tego momentu jadę na pograniczu Puszczy Ladzkiej oraz Białowieskiej. Powoli zbliża się południe, ale zanim mnie opadnie poświęcam parę minut na siku-stop na rozstaju dróg pod Skupowem jest 112 km – czyli w ciągu dwóch dób zrobiłem łącznie 723 km (szybkie przeliczenie i okazuje się, że jestem nad kreską jedynie 80 km – o w mordę mało…). Nie zatrzymuję się zatem bowiem plan na postój obiadowy jest zaplanowany dopiero w Kleszczewie. Ale zanim tam dotrę najpierw przejeżdżam przez Nowosady, Dubiny i Hajnówkę i choć w tej ostatniej miejscowości korci stacja Orlen twardo trwam w swym postanowieniu. Za Hajnówką zgodnie z przepisami ciągnę ścieżką rowerową choć asfalt na drodze korci lepsiejszym stanem. Zresztą na drodze spory ruch aut i to nawet tych dużych. Droga znów bardziej z tych pod górę. Po prawej pola a po lewej obrzeża Lasów Puszczy Białowieskiej. Zaczynam być głodny, bardzo głodny. Odliczam więc okoliczne miejscowości: Jagodniki, Dubicze Cerkiewne, Grabowiec i Jelonka, za którą na moment wjeżdżam w Rezerwat Jelonka. Jeszcze krotki zjazd do ronda i jestem w Kleszczelach… po lewej Cerkiew św. Mikołaja, po prawej Cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy, bardziej interesuje mnie ta druga cerkiew – nieeee tym razem nie ze względów architektonicznych czy historii ale bardziej prozaicznego powodu za tą cerkwią bowiem odchodzi od głównej drogi mała uliczka przy której jest ONA – Karczma…
Jest 13:43 / 150 km (czyli łącznie 761 km). Mając wiedzę z poprzedniego roku od razu zachodzę Karczmę od tyłu gdzie mogę spokojnie zaparkować swój rower. Wpadam do środka i składam zamówienie… niestety jest – d r a m a t, rzekłbym m a s a k r a… nie ma kartaczy… o w mordę od kilku godzin jechałem głownie na wspomnieniu owego miejscowego specjału. No cóż muszę zadowolić się rosołem, piersią z kurczaka, ziemniakami, zestawem surówek, na deser zamawiam – a jakże – pomidorówkę. W oczekiwaniu na potrawy smaruję łańcuch, smaruję lewego Achillesa, modyfikuję nieco ubiór – bowiem do tej pory mam szczęście odnoście pogody. Skutecznie uniknięcie porannych chmur i niemniej szczęśliwe oderwanie się od nich dały mi słoneczną pogodę. Jest rzekłbym idealnie. Słonko grzeje akuratnie, nie za mocno, nie za słabo, temp. oscyluje teraz w okolicach 20 stopni. Zjadam dwie pierwsze potrawy, w oczekiwaniu na pomidorówkę kładę się na twardej drewnianej ławie aby dać odpoczynek kręgosłupowi. Dzwonię do domu, odpisuję na informacje w komunikatorze. „Delektuję się” upływającym czasem – no właśnie i tu kara osiąga mnie błyskawicznie, niczym świst katowskiego miecza dolatuje do mnie powiew zimnego wiatru… skąd, zrywam się z ławy, wychodzę spod zadaszenia i zerkam w kierunku północno-zachodniego.. noż kuchnia jest i ona – granatowa ściana jednolitego chmurzyska. Szybko zjadając zerkam na pogodynkę, idzie na mnie front, którego na tej szerokości już miało nie być. Ale niestety jest.
Rozpoczynam zatem kolejny wyścig z deszczem. Ruszam po godzinnym postoju. Niestety wiem, że muszę jeszcze skręcić do sklepu celem zaopatrzenia się głównie w napitek. Robię to w m. Czeremcha-Wieś dokładnie w tym samym miejscu co rok temu. Tym razem pit stop jest niemal błyskawiczny – około pięciu minut. Śpieszę się tak bardzo, że przegapiam skręt w prawo. Wracam się mając przed sobą granatowy Armagedon. W lesie wyprzedzam uczestnika maratonu. Po kolejnych zakrętach znów zbliżam się na niemal wyciągnięcie ręki do granicy z Białorusią. Nadal jednak bardziej obchodzi mnie nadciągający szybko deszcz. Zaczynam zastanawiam się czy uda mi się dopaść promu przed burzą, o której zbliżaniu informuje mnie teraz apka z częstotliwością karabinu maszynowego… Na zjeździe do Klukowicz wyprzedzam kolejnego uczestnika, którego sylwetkę widziałem od kilku kilometrów. Gdyby nie to, że uciekam przed burzą mógłbym cieszyć się pustą drogą ciągnącą się pomiędzy lasami. Po prawej mam Rezerwat Witanowszczyzna. Skręcam na zachód niemal wpadając w obręb chmury burzowej zaczyna kropić, mocniej naciskam na pedały, droga wiedzie mnie teraz w kierunku południowo-zachodnim. Przed Adamowem jadę wzdłuż ogrodzenia, za którym są „bańki” (średnio po 100 tys. m3, acz są i mniejsze i większe) jak ktoś tam był to wie o czym piszę. Gdy ja dopadam Adamowo znów dopada mnie chmura. Znów kropi. Śmigam przez Mętną tu asfalt już mokry na całego – jadąc przez las nie spostrzegłem, że cwana chmura chce mnie osaczyć z dwóch stron. Nic to, myślę sobie aby dopaść do Mielnika. Ale jeszcze zanim zjawię się w miasteczku przejeżdżam obok „wielkiej białej dziury w ziemi” czyli kopalni kredy, a że na drodze płynąca woda miesza się z okruchami kredy to już po chwili mam rower w moim ulubionym białym kolorze… no cóż.
Do Mielnika wjeżdżam już w regularnym deszczu. Nie wytrzymuję i zatrzymuję się pod sporym dachem dużej kapliczki, przed skrętem na ulicę Mostową a więc jakieś 100 m od promu (nie pamiętam czy po tej stronie rzeki jest jakaś wiata – była ;)). Leje już totalnie. Rower w jednej chwili odzyskuje swój naturalny czarny kolor. W czasie gdy ubieram się po raz pierwszy tego dnia w ciuchy przeciwdeszczowe, wyprzedzają mnie dwaj mijani wcześniej uczestnicy maratonu. Gdy deszcz ustaje ruszam ku promowi. Przeprawiamy się we trzech. (Cała akcja w Mielniku – czyli przeczekanie ulewy i przeprawa przez rzekę zajmuje godzinę).
Po drugiej stronie spotykamy kolejnego uczestnika. Ruszam o godz. 17:30 / 195 km (łącznie 806 km). Na asfalcie rozlewają się wielkie kałuże wody. Temperatura po deszczu spada do około 15-16 stopni. Na szczęście są krótkie ale ostre podjazdy – można się rozgrzać. Jadę teraz przez Park Krajobrazowy Podlaskiego Przełomu Bugu. Mając (bliżej to dalej Bug po swej lewej stronie) mam również granicę z Białorusią. Mijam kolejne miejscowości o coraz fajniejszych nazwach: Serpalice, Borsuki, Podgórze, Gnojno, Stary Bubel… W między czasie łapie mnie kolejny deszcz, który towarzyszy mi w dalszej drodze. Dzięki zasnutemu przez niego chmurom zmierzch przychodzi wcześniej. Pomimo wieczorowej pory ruch na drodze nr 698 jest spory. Gdy docieram do Terespola kolejna ulewa oraz wszechobecne ciemności nie pozawalają mi nacieszyć się widokiem pobliskiego Fortu VII Łobaczew. Z to zatrzymuję się w przydrożnej Biedronce – jest 20:30 / 254 km (łącznie: 865 km). Spotykam tam już dwóch naszych. Robię zapasy na nocną jazdę próbując się nieco ogrzać i osuszyć ciuchy. Zerkam również na prognozy, które jasno twierdzą, że przez całą noc przewidywane są opady. Jutro ma się poprawić choć nadal istnieje szansa na deszcz. W tej całej ponurej atmosferze zwracam uwagę na coś głupiego. Patrzę raz to na zaparkowany mój rower w przedsionku Biedronki to znów na koszyki tegoż marketu i w końcu kumam co wcześniej zarejestrowały moje oczy ale dopiero przechwycił mój mózg… kurczaki wszak kolorystyka mojego dwukołowego przyjaciela idealnie wpisuje się w kolorystykę koszyków Biedronki… przypadek???
Nie ma więc co jednak przedłużać tych rozważań a co za tym idzie i postoju – ruszam pozostawiając chłopaków siedzących w sklepie. Jest 21sza. Zanim jeszcze opuszczę miasto przecinam na rondzie drogę nr 2 (umieszczony na „wyspie” kierunkowskaz na Warszawę zachęca do przerwania mej wycieczki – nie poddaję się i jadę dalej). Deszcz nieco mniejszy. Nawet czasem przestaje. Od tej chwili jadę drogą nr 816. Znów prosto na południe i znów w towarzystwie deszczu. Temperatura stabilizuje się na 6-7 stopniach. Jakbym coś widział to mógłbym podziwiać tereny przy kolejnym forcie w miejscowości Polatycze (Fort „A” Twierdzy Brzeskiej). W Dobratyczach mijam kolejna drewnianą cerkiew (Podwyższenia Krzyża Pańskiego). Za Kodniem zatrzymuję się na siku-stop. Jest po 22giej. Próbuję rozmasować coraz to bardziej bolącego Achillesa. Pomimo, że mam za sobą przespaną w łóżku noc zaczynam dopuszczać do siebie myśl o zatrzymaniu się na nocleg (odrzucając opcję krótkiego snu na przystanku autobusowym – za chłodno, za wilgotno). Na razie jednak jadę dalej. Co jakiś czas przejeżdżam na lewymi dopływami Bugu. Coraz mniej lasów które ustępują polom i łakom. Plus nocnej jazdy w tym przypadku to pusta droga. Zerowy ruch samochodowy. Zresztą, myślę sobie kto by chciał wychodzić na dwór w taką pogodę. Marzę o ciepłej herbacie. Niestety doskonale wiem, że życzenie takie może się spełnić dopiero na Orlenie we Włodawie i to też po tym jak zjadę z trasy. Mijam więc kolejne zamknięte stacje oraz sklepy. Rzuca się w oczy sporo szyldów o agroturystyce. Przed Sławatyczami znów przystanek na masowanie Achillesa. Zdaję sobie sprawę te moje obecne turlanie się zamiast jazdy jest mało efektywne. Z drugiej strony wiem, że jeżeli teraz pójdę spać to stracę już jakąkolwiek przewagę nad czasem. Postanawiam doczłapać jednak do Włodawy i tam podjąć ostateczną decyzję.
W Kuzawce mam granicę niemal na wyciągnięciu lewej ręki bowiem znów zjechałem nad brzeg Bugu. Jadę jednak dalej. Od dłuższego czasu próbuję jechać ścieżką, jednak to co deszcz naniósł na nią powoduje, że rezygnuję i zjeżdżam na drogę. Nic nie jedzie więc nikt nie będzie trąbił myślę sobie. Mijam kolejne miejscowości to mniejsze to większe. Za Hanną zatrzymuję się na dłuższą chwilę aby zerknąć czy uda się znaleźć ewentualnie jakiś nocleg we Włodawie. Niby coś tam by było. Ruszam dalej. Mijam Dołhobrody za nimi drewnianą wierzę widokową. Znów kolejne znaki na wszelkiej maści agroturystykę…
O wpół do pierwszej w nocy docieram na krzyżówkę ulic Różanieckiej (którą jadę) z Lubelską. Tu muszę podjąć ostateczna decyzję czy skręcić z trasy w lewo na Orlen i tam trochę przesiedzieć czy też kilkaset metrów prosto i dopiero później w prawo na nocleg. Wybieram tą drugą opcję. Trochę błądzę ale udaje mi się dojechać w końcu na nocleg. Gdy wchodzę do pokoju jest już po pierwszej. Rower zostawiam pod dachem na tarasie. Okazuje się, że nie jestem pierwszym ultrasem pod tym dachem. Stoją cztery rowery innych uczestników. Zabieram rzeczy z roweru. Rozkładam je, celem przesuszenia. Pomaga mi w tym farelka, którą udało mi się jeszcze wynegocjować bowiem suszarka, która znajdowała się w pokoju była zepsuta. Podłączam elektronikę. Przy okazji udaje mi się naprawić suszarkę którą suszę buty. Farelka ustawiona jest na ciuchy. Biorę ciepły prysznic próbując reanimować Achillesa. Cała ta zabawa powoduje, że kładę się spać coś przed trzecią.
Telemetria:
- czas brutto jazdy: 18h 21 min.
- czas netto: 14h 39 min.
- dystans: 318,54 km
- wznios: 1 353 m
- średnia prędkość: 21,8 km/h
- maksymalna prędkość: 49,0 km/h
- średnia temperatura: 14 stp. C
- min. temp.: 6 stp. C
- maks. temp.: 25 stp. C
No muszę zadać to pytanie.
Czy na Bugu we Włodawie przybyło?
Dzięki za kolejną porcję literek do obejrzenia.
Bardzo miło było znowu poczytac kolejną porcję relacji, ciężko bylo mi sie skupić, ale to moja wina (doslownie), z małymi przerwami dojechałem do końca no i znowu musze czekać na kolejną część tupiąc nóżkami.
grissley
30-09-2025, 18:38
I nie uwierzysz, ale to on zaczął - będę jechał z wami na normalnym rowerze. Także tak.A co oznaczał "normalny rower" w tym konkretnym przypadku? ;)
Wiesz, to się bierze ze stereotypów. Ja mam styczność z tego typu żartami od 3 lat non stop. I są dla mnie nieśmieszne od 3 lat Nie biorę ich osobiście do siebie - po prostu jest tego za dużo. Myślę, że Michał też już się spotkał ze stwierdzeniem: na elektryku? na emeryturze jesteś czy co?
Jasne. Po prostu dla mnie zjeżdżactwo ma się tak do "zwykłego" rowerowania trochę tak jak skoki narciarskie do narciarstwa biegowego. Niby i tu i tu narty, ale jednak coś bardzo mocno innego. No i podpuszczanie skoczka na stoku, że w końcu normalne narty założył nie oznacza przecież deprecjacji jego sportu ani nie daje powodu do focha. Chyba.
Zresztą, ja gdybym miał zjeżdżać z gór górskimi ścieżkami (a nie asfaltem) to opcja "pod górę" to wyłącznie elektryk albo wjazd kolejką. Jakoś nie wyobrażam sobie wjeżdżania po wertepach pod górki o nachyleniu sporo ponad 10%.
Ale chodzi raczej o to, że to (chyba?) bardzo specyficzny sprzęt do bardzo specyficznych zastosowań. Czyli innych niż norma. Czyli nienormalny :D
Dobra, już nie ciągnę :|
@elmo (https://forum.nikoniarze.pl/member.php?u=8123) - pod stałym i niegasnącym wrażeniem. Ewidentnie brakuje mi zdolności lingwistycznych aby to wrażenie w pełni w języku ojczystym wyrazić i opisać...
patronat
30-09-2025, 19:49
grissley - "normalny" czyli bez prądu. Dygresja - moja żona niewinnie wygląda, ma już też nieco lat. Ale jak ktoś za nią próbował podjeżdżać to wie. Nieświadomość, czy nazywając wprost ignorancja ludzi jest porażająca. Gość by się za nią nie utrzymał na elektryku, a na analogu - to już jest jakaś abstrakcja.
elmo wyczyny ze świata trathlonu, iron mana itd. Wiem że to dla ludzi, ale... Szacunek.
grissley
30-09-2025, 19:59
@grissley (https://forum.nikoniarze.pl/member.php?u=2027) - "normalny" czyli bez prądu. Nie no, w moich okolicach to analog zaraz będzie nienormalny. Chociaż fakt, że dla mnie to coś między rowerem a skuterem. Ale chodzi bardziej o całokształt - połączenie geometrii, silnika, opon i amorów.
A co do Twojej żony to kojarzę już z Twoich relacji, że nieźle wymiata.
Fragmentu o ignorancji chyba nie załapałem.
patronat
01-10-2025, 11:51
Chodziło mi o to, że człowiek negował totalnie używanie roweru elektrycznego, nie mając pojęcia jak to działa i do czego służy. Był święcie przekonany, że da radę na zwykłym rowerze utrzymać prędkość podróżną z nami po Beskidach. Serio. Bo jak miał 16 lat to biegł na 400m. I był trzeci w klasie :)
Ludzie naprawdę nie zdają sobie sprawy, jak taka technologia działa, jak może być zarządzana i do czego może służyć. Ja to nazywam wprost ignorancją, bo jednak dostępność do wiedzy jest szeroka, tylko oni z niej nie korzystają.
Chodziło mi o to, że człowiek negował totalnie używanie roweru elektrycznego, nie mając pojęcia jak to działa i do czego służy. Był święcie przekonany, że da radę na zwykłym rowerze utrzymać prędkość podróżną z nami po Beskidach. .
To jakiś dziwny ten gościu, jakby z inszej planety, może na ten przykład "płaskiej" :mrgreen:
Normalnie to się spotyka twierdzenie, że elektryk sam jedzie, albo, że to już za łatwo,- żadne wyzwanie.
Tez nie bardzo kumam sens xD Ale dobra xD moze pijany jakiś.
grissley
01-10-2025, 18:23
Normalnie to się spotyka twierdzenie, że elektryk sam jedzieNo przecież może :)
albo, że to już za łatwo Jak się jedzie z "turbo" to generalnie jest dość łatwo... Rowerem cargo w trybie turbo na luzaku i z dwucyfrowym tętnem podjeżdżam pod górkę pod którą na analogu musiałbym się językiem od ziemi odpychać, żeby się jakoś wtoczyć. Z tętnem 170+
No przecież może :)
Jak się jedzie z "turbo" to generalnie jest dość łatwo... Rowerem cargo w trybie turbo na luzaku i z dwucyfrowym tętnem podjeżdżam pod górkę pod którą na analogu musiałbym się językiem od ziemi odpychać, żeby się jakoś wtoczyć. Z tętnem 170+
- prawilny elektryk nie może, teoretycznie w trybie "walk" może, ale za daleko to nie zajedziesz (mój, to nawet z miejsca, by nie ruszył pewnie)
- zgadza się, z turbo jest łatwo po łatwych szlakach i mniejszych wzniesieniach, przy dużych sztajfach - nieodzowny jest ten tryb
siemalysy
02-10-2025, 19:18
Ps. secundo. No to wrzucam drugi odcinek MRDP:
Część druga… czyli nowa nadzieja.
elmo
Andrzej, dziękuję za kolejną porcję lektury.
Czekam na kolejną.
patronat
02-10-2025, 20:32
- prawilny elektryk nie może, teoretycznie w trybie "walk" może, ale za daleko to nie zajedziesz (mój, to nawet z miejsca, by nie ruszył pewnie)
- zgadza się, z turbo jest łatwo po łatwych szlakach i mniejszych wzniesieniach, przy dużych sztajfach - nieodzowny jest ten tryb
BTW, mój nowy rekord : 22 km, 1240 up, zostało 56% baterii, wszystko na turbo, bez wyjątku. 2 godz 10 minut łącznie. Teoretycznie więc, przy wkładaniu takiej samej siły non stop, 44 km, 2500 up na turbo da się zrobić. Kurcze, jest moc.
BTW, mój nowy rekord : 22 km, 1240 up, zostało 56% baterii, wszystko na turbo, bez wyjątku. 2 godz 10 minut łącznie. Teoretycznie więc, przy wkładaniu takiej samej siły non stop, 44 km, 2500 up na turbo da się zrobić. Kurcze, jest moc.
Tylko teoretycznie. Gdyby to był bak z benzynką, to by się zgadzało, ale niestety aku tak nie działa, tzn liniowo. Pierwsza połowa jest wydajniejsza, od drugiej. Można, by w skrócie powiedzieć, że pierwsza połowa aku 100-50%, jest większa od drugiej połowy :roll: :shock:
- - - - kolejny post - - - - - -
Ale to się zgadza, Bosch gen. 4 jest najwydajniejszym systemem obecnie na rynku
- - - - kolejny post - - - - - -
Niedawno zrobiłem test Yamahy na full auto power (czyli automatyczne sterowanie mocą) i wyszło 44km, 1100m up. Bez komentarza.:evil:
grissley
03-10-2025, 12:47
BTW, mój nowy rekord : 22 km, 1240 up, zostało 56% baterii, wszystko na turbo, bez wyjątku.
Ja wczoraj po 40km miałem 1001m up, w pełni analogowo. Łącznie wycieczka kosztowała mnie 86km i 1750m w górę.
Nie cierpię podjazdów... :o
(tak się tylko chwalę, bo to na razie mój rekord w górę. Wiem, że niektórzy robią tyle na rozgrzewkę...)
A, odnośnie tego, że gravel jest do wszystkiego - mój "gravel" ma 100mm skoku z przodu, ale w terenie przy spadku 15% to jednak nie jest dobre narzędzie. Na szczęście miękko było i żadnych drzew przy lądowaniu ;)
PS Bosch gen4 to poprzednia generacja? Bo wydaje mi się, że obecnie w rowerach dają gen5?
patronat
03-10-2025, 19:24
Tylko teoretycznie. Gdyby to był bak z benzynką, to by się zgadzało, ale niestety aku tak nie działa, tzn liniowo. Pierwsza połowa jest wydajniejsza, od drugiej. Można, by w skrócie powiedzieć, że pierwsza połowa aku 100-50%, jest większa od drugiej połowy :roll: :shock:
- - - - kolejny post - - - - - -
Ale to się zgadza, Bosch gen. 4 jest najwydajniejszym systemem obecnie na rynku
- - - - kolejny post - - - - - -
Niedawno zrobiłem test Yamahy na full auto power (czyli automatyczne sterowanie mocą) i wyszło 44km, 1100m up. Bez komentarza.:evil:
Mam swoją teorię na ten temat. Wydaje mi się, że w pierwszej połowie daje od siebie znacznie więcej. A później ciało słabnie i pedałować też już się nie che.
Dzisiaj jestem po chorobie, zrobiliśmy 36 km i 1260 up. I baterii mi zostało 15%. Zimno i znacznie więcej rower podawał. Ale dalej tylko turbo, chcę wytestować ten system na maksa.
No i mnie osobiście zjazd w dół, taki lekko szybszy jednak bardziej drenuje niż podjazd.
Miałem na jutro plan pinionem poejździć, ale właśnie stwierdziłem, że chyba nie będzie z tego fanu żadnego. Pieprzone wirusy.
Zmęczenie w trakcie tripu, oczywiście ma znaczenie, ale dalej obstaję przy powyżej napisanym przeze mnie. Czysto teoretycznie na swoim bajku powinienem zrobić 3000m up, dlatego, że na pierwszej "kresce" (100-80%) zrobię ponad 600m. 5 diód x 600m = właśnie 3tys. Choćbym nie wiem co robił, jest to niewykonalne obsolutnie. Mój rekord to lekko ponad 1100m na dwóch kreskach, potem sukcesywnie spada zasięg na kolejnych kreskach i daje się pokroić, że to nie tylko przez zmęczenie :p
ja tam wolę zrobić 3300m up, ale bez prądu [emoji6]
Tak, znamy Twoje upodobania w "upodlaniu" się :mrgreen:
grissley
04-10-2025, 02:27
ja tam wolę zrobić 3300m up, ale bez prądu [emoji6]
Prawie dwukrotność mojej życiówki... Może za 10 lat dam radę tyle :oops:
patronat
04-10-2025, 11:36
ja tam wolę zrobić 3300m up, ale bez prądu [emoji6]
Ja wole wcale nie robić up, tylko w dół :)
Serwis wydał rower to trzeba było jechać. Końcówka sezonu, pogoda może nie rozpieszcza, ale nie jest beznadziejnie. Sobota pod tym względem miała nie odbiegać od reszty poprzedzającego ją tygodnia. Zapowiadali jakiś drobny deszcz (0,9 mm w wymiarze dobowym) oraz dość silny wiatr (45 km/h w porywach). Zdecydowałem się na trasę z Jeleniej Góry do Wrocławia, żeby wiatr pomagał.
Z osiedlowej na główny ciapongiem. Skład do Szklarskiej Poręby zaraz wjechał w perony, zatem nie marzłem tym razem. Ludzi znacznie mniej niż dwa tygodnie temu, przypuszczałem, że aura zniechęci. Rowery tylko dwa, a miejsca sporo. Nikt nie stał, były wolne siedzenia. W tym koło mnie, które już wolne pozostało, bo ktoś je wyświnił cukierkami.
Jelenia Góra przywitała mnie paskudną pogodą. Wilgoć wisiała w powietrzu, nie padało, ale było mokro. Szybko zabrałem się spod dworca i dość szybko opuściłem miasto przez Grabary. W Maciejowej skierowałem się na północ i zacząłem podjazd na dzień dobry. Widoczność się skracała, wjeżdżałem w nisko wiszące chmury. Żeby nie cisnąć w tych warunkach z blachosmrodami po drodze wojewódzkiej, zdecydowałem się w Dziwiszowie na skrót boczną drogą. Mniej w poziomie, sztywniej w pionie. Końcówka miała 15%. Na DW wróciłem już przed samym przegibkiem w Podgórkach.
Zjazd w tych warunkach nie pozwalał na rozbujanie się. Mokra nawierzchnia, częściowo pokryta zmielonymi liśćmi rodziła obawę, że przyczepność może być niższa niż się człowiek spodziewa. Szybko zjechałem w drogę gminną, by tuż przed Wojcieszowem zaliczyć kilka agrafek. Mocno mnie wychłodziło, ale na szczęście już się skończył zjazd. Wytarłem nawigację, bo przez nagromadzone krople przestawałem cokolwiek widzieć na ekranie. Jechałem w kierunku Świerzawy.
Miasto minąłem południowym skrajem i zaczynałem powoli jechać na wschód, a nie głównie na północ jak do tej pory. W okolicy Kondratowa zjechałem z głównej drogi na dobrze utrzymany asfalt przez pola. Droga prowadzi wzdłuż Lądowiska Operacyjnego „Baryt”. Na zjeździe do Pomocnego spotkałem trzech gruzinów na podjeździe, wymieniliśmy pozdrowienia. Czyli nie tylko mnie się chciało w taką pogodę.
Blisko już było do Myśliborza, gdzie miałem opuścić tereny górskie. W Jaworze byłem kilkanaście minut po 11. Restauracja w rynku jeszcze nie była otwarta, zatem ruszyłem dalej. W Zębowicach znalazłem za to otwartą cukiernię i zatrzymałem się na ciastko i kawę.
Dojeżdżając do Mściwojowa wypatrzyłem wysoką wieżę widokową, próbowałem dojechać do niej od zachodu, ale się nie udało, od północy też nie. Dopiero wsparty telefonem znalazłem dojazd od wschodniej strony Zbiornika Mściwojów. Wieża wysoka, a schody bardzo strome. Podstopnice do połowy łydki, do tego bardzo wąskie stopnie. Wchodziło się łatwo, ale zejście było cokolwiek problematyczne, zwłaszcza w butach rowerowych. Widok jednak spektakularny, choć przydałaby się lepsza widoczność.
Dalej już nie działo się nic bardzo interesującego. Wiatr pomagał. Dość dużo blachosmrodów było na odcinku miedzy Luboradzą, a Ujazdem Górnym. Chyba ze względu na bliskość S3 i A4. Za Ramułtowicami wjechałem na tereny okołokominowe i dość szybko znalazłem się na swoim osiedlu. Jeszcze opłukałem rower na myjce pod blokiem i zameldowałem się na kwadracie.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/16106709758
Fotosy:
90837
Panorama Karkonoszy
90838
ZPJ na pełnej.
90839
Agrafka.
90840
Gdzie reszta Waldo.
90841
Mściwojów mierzy wysoko.
90842
Zgłosiłem ten przelot dronów.
siemalysy
14-10-2025, 21:25
Serwis wydał rower to trzeba było jechać. Końcówka sezonu, pogoda może nie rozpieszcza, ale nie jest beznadziejnie. Sobota pod tym względem miała nie odbiegać od reszty poprzedzającego ją tygodnia. Zapowiadali jakiś drobny deszcz (0,9 mm w wymiarze dobowym) oraz dość silny wiatr (45 km/h w porywach). Zdecydowałem się na trasę z Jeleniej Góry do Wrocławia, żeby wiatr pomagał.
..
zdyboo
Tomek, ładny dystans i fajna trasa. Pogoda dla twardzieli, można tak to określić.
Jak dobrze pamiętam, to kiedyś spędziłem jedną noc w Myśliborzu. Jechaliśmy jednego dnia z Myśliborza do Proboszczowa szlakiem Wygasłych Wulkanów. Następnego dnia wracaliśmy już inną drogą.
Dzięki za foty i za relację :)
siemalysy
20-10-2025, 17:39
Siema :)
W weekend mieliśmy pojeździć wspólnie z żoną w miejscach, w które chciała jechać. Z Łodzi ruszyliśmy w czwartek ok godz. 18 i po godz. 22 zameldowaliśmy się na bazie w Kościelisku. Droga przebiegła bez żadnych niedogodności.
W piątek rano zapakowaliśmy rowery na auto i pojechaliśmy do Jurgowa, żeby ruszyć w Dolinę Białej Wody. Nie ujechaliśmy za daleko, bo w Kellysie nie działało wspomaganie. Wróciliśmy do auta, to co mogłem, to posprawdzałem, ale to nie pomogło. Ruszyliśmy więc bez prądu w jednym rowerze, ale odpuściliśmy po kilku kilometrach i postanowiliśmy poszukać serwisu.
W sobotę pogoda była kiepska. Było zimno i mokro. Żona autem pojechał na Siwą Polanę i stamtąd ruszyła na spacer do schroniska w Dolinie Chochołowskiej. Ja zrobiłem sobie traskę i poszedłem na rower. Pojechałem z Kościeliska do Zakopanego pod Wielką Krokiew. Tam wbiłem na Drogę pod Reglami i nią dojechałem do Kir. Zjechałem na asfalt i kilkaset metrów dalej wróciłem w teren, a dokładniej na szlak zielony. Tam było błoto, dużo błota. Dotarłem w tym błocie do drogi asfaltowej i nią ruszyłem do schroniska. Mieliśmy się tam spotkać z żoną. Trochę padało, trochę nie. Trochę padał deszcz, trochę śnieg. Było zimno, Garmin pokazywał 2,5 °C. Żałowałem, że nie zabrałem zimowych butów, bo okrutnie zmarzły mi palce stóp.
Do schroniska docieram szybko. W środku nie ma wolnych stolików. Kupuję ciacho i herbatę. Nie lubię herbaty i pijam ją bardzo rzadko, jednak w tamtej chwili była mi potrzebna ;) Szarlotkę i herbatę smakujemy na zewnątrz. Po szybkim posiłku ubieram się cieplej, zmieniam rękawiczki na suche i ruszam w drogę powrotną. Szybko docieram do Siwej polany, a stamtąd, to już tylko 3 km do bazy.
Szybki wypad na rower. Było jak było. Nie ma co narzekać :)
Kilka fotek poniżej:
91010
1
91011
2
91012
3
91013
4
91014
5
91015
6
91016
7
91018
8
91017
9
91019
10
91020
11
91021
12
Ale, że pokrowca na plecak nie masz niebieskiego.
- - - - kolejny post - - - - - -
Sobota miała być ładna, znaczy słońce miało się pokazać, miało co prawda duć, ale wobec tego, że zaplanowałem jechać do lasu miało to niewielkie znaczenie. Nawet nie sprawdzałem kierunku wiatru.
Na osiedlowej stacji wsiadłem do ciapongu do Forst, były już jakieś rowery, ale szynobus z tych nowszych to znalazłem miejsce dla swojej maszyny w drugiej zagrodzie rowerowej. W Legnicy znowu chmara grzybiarzy się dosiadła, wysiedli w Studziance. Na tej stacji ten przyspieszony ciapong zatrzymuje się tylko w sezonie grzybowym. Stop jest na żądanie/życzenie, ale po tej stacji robi się luźno w składzie. Zatem należy przyjąć, że zatrzyma się zawsze.
Ja wysiadłem na następnej stacji w Lesznie Górnym, na granicy województw Dolnośląskiego i Lubuskiego. Już czekając na przyjazd ciapongu na osiedlowej stacji czułem, że jest rześko. Do tego wiało. W Lesznie było rześko, nawet bardziej niż we Wro, ale nie wiało. Wobec tego nie zamulałem i ruszyłem w las. Do wschodu słońca zostało jeszcze ze 20 minut, ale już na tyle jasno, że można było jechać. Po chwili się zatrzymałem i wyregulowałem położenie przedniej lampki, choć nie była wielce potrzebna.
Drogi, które w porze suchej były szutrami premium, obecnie zamieniły się w pokryte kałużami błotne szlaki. Zwłaszcza na skrzyżowaniach bywało źle. Pilarz szkodnik rozpoczął sezon swojej aktywności. Dało się jednak jechać dosyć sprawnie, choć w przypadku większego błota zwalniałem mocno, bo wiedziałem, że moje Tufo nie gwarantują żadnej przyczepności w takich warunkach. W okolicach Studzianki zacząłem spotykać grzybiarzy choć zbiorów nie mieli wcale okazałych. Ta cała wilgoć miała jeden plus. Dało się jechać po piachu. Gdzie w lecie kopałem się, nie mogąc utrzymać kierunku, tak teraz jechało się jak po twardym. No prawie, coś tam było czuć pod oponą, ale bez porównania do pory suchej.
Jeszcze przed A18 wydawało mi się, że zdążę na wcześniejszy ciapong, ten o 10:41, zacząłem cisnąć, ale nawet po przelotowej widziałem, że jadę wolniej niż w lecie. Starałem się nie zwalniać też w błocie, co powodowało, że rower czasowo zmieniał się w dwuślada, ale noty za styl były wysokie, bo obyło się bez podparcia. Temperatura podnosiła się bardzo wolno, z początkowych +4 po dwóch godzinach zrobiło się +5. Chłód odbierał nieco sił. Im bliżej końca tym bardziej wiedziałem, że nie zdążę. Kilku minut zabrakło, nawet w apce sprawdziłem czy ciapong nie ma czasem opóźnienia. Nie miał. Z lasu wyjechałem w Bolesławicach, a tabliczkę Bolesławiec zobaczyłem w godzinie odjazdu tego pociągu na który cisnąłem.
Jadąc na dworzec zahaczyłem o myjkę, gdzie nawet poczekałem w kolejce, bo sobota to przecież w każdym tradycyjnym polskim domu dzień kąpieli, dlaczegóż by to nie miało dotyczyć i blachosmroda. Za to myjnia wielce opłacalna, bo złotówka to 50 sekund lania wody. Wrzuciłem trzy monety i jeszcze nieco czasu zostało jak odkładałem lancę. U siebie pod blokiem myję za 4 zeta i czasu jest na styk. Minus taki, że bez wciskania spustu leci, jak u pięćdziesięciolatka z przerostem prostaty. Zatem musiałem myć na pełnej, pamiętając, żeby nie być zbyt blisko.
Na dworcu zobaczyłem, że jest jakiś pociąg o 11:47, ale to specjalny, okresowy skład z Berlina do Wrocławia „Pociąg do kultury”. Nie wiedziałem czy zabiera w ogóle rowery i czy mój weekendowy bilet będzie ważny no i nie zatrzymywał się na mojej osiedlowej stacji. Stwierdziłem, że jadę wg planu tym o 12:01. Poszedłem jeszcze do przydworcowej kawiarni na ciastko i czekoladę. Nie szło jednak wysiedzieć na dworze. Zimny wiatr znacznie potęgował uczucie chłodu. Schowałem się do poczekalni. Okazało się, że „Pociąg do kultury” miał 10 minut spóźnienia zatem odjechał chwilę przed moim składem.
Mój przyjechał punktualnie, ale w Okmianach miał jakiś problem techniczny, bo się restartował, co dołożyło 10 minut, w Osetnicy był drugi reset, który dołożył kolejne 5 minut, ale potem już jechał. W domu byłem nieco później niż planowałem, ale nadal przed kurierem z pizzą, którą sobie zamówiłem z poczekalni bolesławieckiego dworca.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/16180196156
Fotosy:
91024
Przedświt.
91025
Już widać Słońce.
91026
Godzinę wcześniej jechałem tymi torami.
91027
Na rozstajach.
91028
Premiumy w słońcu.
91029
Kolory jesieni.
To, że nie można do końca ufaćmapom, szczególnie w kwestii przewyższeń, wiadomo nie od dziś,ale takiego "fakapu", jak ostatniej niedzieli, jeszcze niemieliśmy. Zaplanowałem na czeskich mapach tripa, który miałniecałe 1600m up. Spoko myślę, nie potrzebna mi ładowarka.
Wyruszamy z Marcinem z jakiegośdzikiego miejsca zwanym parkingiem, wg. mapy i kręcimy w stronęPrzeł. Kubalonka. Jest zimno, mokro i do tego pada nawet śnieg (amiało być słonecznie). Od początku mamy dziwne przeczucie, by nieszastać energią i jechać dość oszczędnie. Po drodze napotykamybardzo naturalny singiel (pomiędzy Szarculą, a Stecówką), wprzeważającej części do prowadzenia/pchania roweru. Dalejczerwonym w stronę schroniska pod Stożkiem, mijając skały zwaneKiczorami. W schronie lekka przerwa na kawkę i odświeżenie akuMarcina, gdyż są ku temu idealne warunki (znaczy, gniazdko podnosem, bez proszenia się – tak to powinno wyglądać !) Dalejlecimy w dół na miejsce wyznaczonego obiadku. Tutaj kolejny„fakap”, bo knajpy, w której bywałem w przeszłości, już niema. No nic, na Cienkowie będą po drodze dwa miejsca, więc wspinamysię, głodni już nieco. W końcu postój i doładowanie maszynyadmina. Od pewnego momentu wycieczki, już widzę, że coś tu sięnie zgadza, Na liczniku więcej naliczonego przewyższenia, niż byto wynikało z aktualnego miejsca tripu, a do celu jeszcze sporogórek. Włączam w nogach tryb większego wspomagania, by ulżyćbaterii. Jest piękny czas, w końcu wyszło Słońce, zbliża się„złota godzina”, co chwilę się zatrzymujemy i podziwiamywidoki. Zdajemy sobie jednak sprawę, że końcówka tripu wyjdziejuż po ciemku. Marcin, na szczęście, wyposażony jest w dobrąlampkę, więc od tej strony mamy przynajmniej spokój. Energi w akuzaczyna drastycznie brakować. Oboje już kręcimy bardzo oszczędnie,a teren nie pomaga. Miejscami lepiej popchać, niż nadwyrężaćbaterie. Podjazd na Gawlasi nie należy do prostych, a i dalej wkierunku Magurki Wiślańskiej, lepiej nie jest. Widoki jednakwymiatają, rekompensując nam wysiłek. Sprawdzam w apce kilka razy,dokładną ilość procentów energi w aku, bo wskaźnik na rowerzejest tylko zgrubny, a na końcu już pojemności te procenty bardzoszybko ulatują, nie chce mi się pchać.. Zdobywamy M.Wiślańską wsiodle, jest już dobrze. Teoretycznie pozostał tylko zjazd doauta,..ale tylko teoretycznie, bo w naszym przypadku, zjazd będzieskładał się też z podjazdu. Nie sprawdzałem jednak tego w domu,ile mamy jeszcze m up., więc jedziemy w ciemno, dosłownie i wprzenośni, bo zmrok już zapadł. Mijamy przepiękną Halę Baraniąw resztkach światła od zachodzącego nieboskłonu i wbijamy naszutrówkę. Najpierw zjazd, by po chwili zaczął się „niekończący” podjazd. Wspinamy się już na oparach, w każdejchwili może nadejść odcinka. Dojeżdżamy do szczytu i wg mapy,mamy tutaj gdzieś odnaleźć dróżkę zjazdową, wprost do auta.Niestety, albo zarosła, albo trzeba było jej lepiej poszukać. Niemieliśmy na to ochoty, więc patrząc na mapę, obraliśmy kurspowrotny czarnym szlakiem, którym rano podjeżdżaliśmy. Muszęprzyznać, ze zjazd do najłatwiejszych nie należał. Obaj się otym przekonaliśmy. Ja bez lampki, jechałem za Marcinem i musiałemzapamiętywać układ kamieni, bo między mną a nim, powstawała„czarna dziura” . Nie dało się jechać obok, albo z przodu, bobyło nawet wtedy gorzej. Maksymalną uwagę trzeba było zachowaćdo końca, a zmęczenie już dawało się we znaki.
Koniec końców, szczęśliwiedotarliśmy do celu, robiąc ok.1900m up ! A zaplanowanych było ok.1600m (dla przypomnienia) Brakującą moc w aku, musieliśmy jakośwygospodarować, niczym Gary Sinise w Apollo 13 :D
Dzień pełen emocji, niespodzianek ipięknych widoków, na długo będzie zapamiętany :)
- - - - kolejny post - - - - - -
91052
91053
91054
91055
91056
91057
91058
91059
91060
91061
91062
91063
91064
91065
91066
patronat
21-10-2025, 19:22
coś z mapami jest nie halo, ostatnia nasza pętla miał mieć 1615 a miała dokładnie 1835. Jedynie kilometry się w miarę pokrywały.
My dzisiaj sobie wolne zrobiliśmy, bo okienko pogodowe i zaległy Szczyrk. Wiało okrutnie i na górze 5 C ale i tak było wybornie. Pomijając fakt, że wjechałem na Bestyję i na 2 metrze kamień koło wysztorcowało rozwalając mi osłone pod silnikiem i urywając kabel z kontrolera. Ale potem już było tylko lepiej, bo Żona zjechała całego Otika z wszystkimi dropami, co najłatwiejsze (psychicznie) nie jest :)
91068
2. góra
91069
3. obczajanka
91070
4 decyzja
91071
No ładnie przyfasoliłeś :shock: , pocieszeniem może być fakt, że podobno do Boscha można wszystko dostać 8) . Teraz "udaj skruszonego" i oddaj rowerz Neli, bo przecież jej zabrałeś :lol:
Graty dla żonki
patronat
21-10-2025, 20:04
Osłona jest Orbei, polski diler nie ma na stanie, na zamówienie ściąga, czas około miesiąca... Dno i metr mułu. Z Hiszpani bez problemu, nawet gdzieś karbonowe znalazłem akcesoryjne (drogie). Ale kupiłem w niemcowni, jutro paczka DHLem do nas idzie. Zresztą wczoraj kupiłem Magury w bikediscount de, jutro- pojutrze będą. Świat się skurczył.
siemalysy
21-10-2025, 20:20
Ale, że pokrowca na plecak nie masz niebieskiego.
- - - - kolejny post - - - - - -
Sobota miała być ładna, znaczy słońce miało się pokazać, miało co prawda duć, ale wobec tego, że zaplanowałem jechać do lasu miało to niewielkie znaczenie. Nawet nie sprawdzałem kierunku wiatru.
...
Dobra jazda. Widoczne braki w drzewostanie, a fotki ze słońcem mega :-)
Ps.
Nie znalazłem nigdzie niebieskiego pokrowca ;)
To, że nie można do końca ufaćmapom, szczególnie w kwestii przewyższeń, wiadomo nie od dziś,ale takiego "fakapu", jak ostatniej niedzieli, jeszcze niemieliśmy. Zaplanowałem na czeskich mapach tripa, który miałniecałe 1600m up. Spoko myślę, nie potrzebna mi ładowarka.
...
Takie tripy pamięta pamięta się długo. Fajne widoczki. Wykorzystaliście dzień na maxa.
coś z mapami jest nie halo, ostatnia nasza pętla miał mieć 1615 a miała dokładnie 1835. Jedynie kilometry się w miarę pokrywały.
My dzisiaj sobie wolne zrobiliśmy, bo okienko pogodowe i zaległy Szczyrk. Wiało okrutnie i na górze 5 C ale i tak było wybornie. Pomijając fakt, że wjechałem na Bestyję i na 2 metrze kamień koło wysztorcowało rozwalając mi osłone pod silnikiem i urywając kabel z kontrolera. Ale potem już było tylko lepiej, bo Żona zjechała całego Otika z wszystkimi dropami, co najłatwiejsze (psychicznie) nie jest :)
...
Bywa i tak. Dobrze, że motoru nie zostawiłeś na kamieniu. Osłonę wymienisz i będzie cacy.
Osłona jest Orbei, polski diler nie ma na stanie, na zamówienie ściąga, czas około miesiąca....
aa, ok, ja też swoje osłony musiałem zamawiać tylko, że z kraju wiatraków i czas oczekiwania ciut krótszy, pewnie dlatego, że bliżej :razz:
grissley
21-10-2025, 23:59
1600 a 1900m to nie jest jakieś wielkie przekłamanie...
Mi najuczciwiej metry w górę liczy strava, a komoot np bezwstydnie zaniża.
Na żywo zazwyczaj mam albo +- to co deklarowała strava, albo nieznacznie więcej. Dzisiaj np miało być 767m, a wyszło 797. Mniej niż 4% różnicy.
1600 a 1900m to nie jest jakieś wielkie przekłamanie...
...eee, ponad 18% niedoszacowania, to nie jest wg. Ciebie dużo ? W czasach AI i planów kolonizacji Marsa ? :confused:
Mi najuczciwiej metry w górę liczy strava, a komoot np bezwstydnie zaniża.
Ja używam do planowania tripów Map.cz, ponieważ mają zaznaczone szlaki turystyczne, co dla mnie jest warunkiem koniecznym. Jest też Komoot, ale płatny i sprzedany, więc nie wiadomo w jaką stronę pójdzie.
grissley
22-10-2025, 10:32
...eee, ponad 18% niedoszacowania, to nie jest wg. Ciebie dużo ? W czasach AI i planów kolonizacji Marsa ? :confused:
Noo, chciałem powiedzieć, że nie takie przekłamania mi się już zdarzały ;)
Ja używam do planowania tripów Map.cz, ponieważ mają zaznaczone szlaki turystyczne, co dla mnie jest warunkiem koniecznym. Jest też Komoot, ale płatny i sprzedany, więc nie wiadomo w jaką stronę pójdzie.
Komoota używam w wersji darmowej. Mapy.cz faktycznie w góry są dobre (też ich tam używam, razem z mapaturystyczna - tyle, że ja góry przemierzam na odnóżach), ale jeśli planowanie baterii jest tak istotne, to może by eksportować plik gpx, wrzucać go do stravy i porównywać przewyższenia (?).
to może by eksportować plik gpx, wrzucać go do stravy i porównywać przewyższenia (?).
Kolega porównywał ten plik GPX w Komocie i również tam wyszło niedoszacowanie tej wielkości. Pierwszy raz, aż taki fakap wyszedł, może ostatni, a może nie.
grissley
22-10-2025, 12:59
Komoot zaniża i to bardzo.
Z drugiej strony, jeżeli zarejestruję wycieczkę na garminie, stravie i komoocie, to w podsumowaniach też mam 3 różne wyniki. Także nie wiem nigdy, ile naprawdę podjechałem ;)
Różne wartości up z różnych urządzeń i apek, to norma. Jadąc z kolegą, jemu na Garminie zawsze wychodzi więcej, niż na moim liczniku mierzącym z ciśnienia. Rozchodzi się o wielkość tych odchyłek, kilkadziesiąt m nie robi różnicy
Jak kiedyś sprawdzałem to mapy.cz były precyzyjne w pokazywaniu sumy przewyższeń tylko w przypadku tras w Czechach.
Garmin Connect zaniża mocno. Z kolei RWGPS jest precyzyjne jeżeli chodzi o trasy górskie, nie mam większych różnic niż 100 m na trasach po 1,5 km up. Na trasach plaskatych potrafi zawyżyć srogo, nawet dwukrotnie.
Rejestruję altimetrem ciśnieniowym i należy pamiętać, że on jest podatny na zmiany ciśnienia, ale duże zakłamania daje tylko podczas gwałtownych zmian pogody, na przykład z lampy na burzę. Wtedy na trasie do poprzedniej fabryki potrafił pokazać i 100 m up, a tam może ze 30-50 max było.
grissley
22-10-2025, 23:02
A macie jakiś sprzęt który pokazuje nachylenie? Dane w aplikacjach czasami są mocno z doopy, a chciałbym wiedzieć, kiedy dokładnie wymiękam ;)
Chociaż przy amortyzatorze to pewnie i tak będzie bujać wraz z uginaniem...
siemalysy
23-10-2025, 10:30
Garmin pokazuje nachylenie. Ma w tym delikatne opóźnienie, ale działa dobrze.
Nawet proste liczniki za 100zł mają nachylenie, pod warunkiem, że mają altimetr
grissley
23-10-2025, 11:23
Chodzi mi o coś, co nie pobiera danych "skądś tam", tylko mierzy nachylenie i pokazuje jak jest. Bez opóźnienia, bez przekłamań itp.
W prostych licznikach za 100 nie widziałem, ale sprawdzę. Cały czas mam na kokpicie Sigmę 16.12, ale tam takich bajerów nie ma (?)
APDEJT
Właśnie paczę, że w Sigmie 16.16 chyba jest pomiar nachylenia. I chyba nawet podstawka jest taka sama jak moja... Dzięki - mam pomysł na prezent "do buta" (na 6go grudnia) ;)
Chodzi mi o coś, co nie pobiera danych "skądś tam", tylko mierzy nachylenie i pokazuje jak jest. Bez opóźnienia, bez przekłamań itp.
W prostych licznikach za 100 nie widziałem, ale sprawdzę. Cały czas mam na kokpicie Sigmę 16.12, ale tam takich bajerów nie ma (?)
APDEJT
Właśnie paczę, że w Sigmie 16.16 chyba jest pomiar nachylenia. I chyba nawet podstawka jest taka sama jak moja... Dzięki - mam pomysł na prezent "do buta" (na 6go grudnia) ;)
No właśnie Sigma np, jak wspomniałeś, może być VDO, czy COOSPO BC200 (i wiele innych), one są nie "skażone" danymi z zewnątrz, same sobie rachu ją na podstawie ciśnienia i przebytego dystansu (najlepiej, liczonego za pomocą fizycznego czujnika, a nie GPSa )
edyta
Sigma 16.16 nie widzę, by miała Altimetr
siemalysy
23-10-2025, 16:54
Miałem kiedyś licznik Sigma 14.12 ALTI i tam było nachylenie o ile dobrze pamiętam.
grissley
23-10-2025, 17:04
Za szybko się najarałem.
16.16 i tak jest już nie do dostania, a wszystkie obecnie dostępne Sigmy są na baterię 2450, zamiast na "normalną" wszędzie dostępną 2032. No i podstawki nie pasują (teraz mam Sigmę 1609). Musiałbym wymieniać podstawki w 3 rowerach - chyba mi się nie chce... :|
Nie wiem jaki telefon używasz, ale ja mam w iPhonie aplikację o nazwie "Miarka", po otwarciu której mogę włączyć poziomicę, i dane w stopniach:D
grissley
23-10-2025, 17:31
Na telefonie mam już komoota, nie będę kolejnej komóry na kierownicy montował :D:mrgreen:
Opcja nachylenia w Sigmie byłaby ok, ale chyba w tych starych z baterią 2032 żaden model tego ficzera nie miał.
No to nie pomogę:wink:
Ja mam nachylenie w Garminie, ale faktycznie działa z opóźnieniem.
Na telefonie mam już komoota, nie będę kolejnej komóry na kierownicy montował :D:mrgreen:
Opcja nachylenia w Sigmie byłaby ok, ale chyba w tych starych z baterią 2032 żaden model tego ficzera nie miał.
1)Jak chcesz prosty i mały licznik z altimetrem, mam VDO z pomarem prędkości na kablu, którego już nie używam, możemy się dogadać na priv, ale to do jednego rowerza byłby (musiałbyś podstawek jeszcze poszukać dodatkowych)
2)Jak chcesz licznik na trzy rowery, to COOSPO BC200 np. (za ok. 150zeta) ma trzy rowery w menu, mocowanie garminowskie, do tego fizyczne czujniki prędkości za ok. 27zł/szt., połączenie po ANT+ .
patronat
24-10-2025, 10:41
No ja poszedłem w Fenixa właśnie po to, żeby wiedzieć co fatycznie jeżdżę. Różnice w pokazywaniu wznieśień to od wersji 7, 1,5 metra, wcześniej do 9 metrów ( za chatemGPT).
I tutaj faktyczny rozjazd z zapisanej trasy a z map jest dość duży. Tym bardziej, że zegarek uwzględnia trasę 3D - tłumacząc na nasze, moje wygłupy na rowach, które z kolei nie są nigdy na żadnej mapie uwzględnione, no bo niby jak miałyby być?
Macie tutaj filmik motywacyjny - widziałem Panią w akcji 4 lata temu jak miała 73. Teraz ma 77 lat i jak sama zauważa dla kogoś kto ma 90 jest całkiem młoda :)
https://youtu.be/0qz32tJRrLk?si=dwJXwPCKQO2jGH-u
Ja mam zamiar też tak długo kręcić po górkach :-D
grissley
24-10-2025, 14:34
1)Jak chcesz prosty i mały licznik z altimetrem, mam VDO z pomarem prędkości na kablu, którego już nie używam, możemy się dogadać na priv, ale to do jednego rowerza byłby (musiałbyś podstawek jeszcze poszukać dodatkowych)
2)Jak chcesz licznik na trzy rowery, to COOSPO BC200 np. (za ok. 150zeta) ma trzy rowery w menu, mocowanie garminowskie, do tego fizyczne czujniki prędkości za ok. 27zł/szt., połączenie po ANT+ .
Chciałbym rozwiązanie na 3 rowery. Pewnie zastępstwo dla obecnej Sigmy, żeby nie zwiększać już i tak kosmicznego p*dolnika na kokpicie.
Czyli najchętniej coś typu sigma, kablowego, małego, z baterią starczającą "na lata", najchętniej 2032.
To ostatnie chyba nierealne, z tego co patrzę to ewentualnie nowa Sigma 14.0 WR na baterię 2450 i do tego nowe 3 podstawki (i zabawa w kabelkowo w każdym rowerze, brrr).
Albo coś spoza stajni Sigma, ale podobnego ideologicznie. Nie wiem tylko, jak z wiarygodnością tego nachylenia u różnych producentów. I czy u któregokolwiek ten parametr jest w miarę wiarygodny i bez opóźnień. Jeśli to bazuje na porównywaniu ciśnienia w funkcji prędkości, to opóźnienie musi być, a wiarygodność też chyba taka różna (?)
grissley - ale marudzisz :mrgreen: To rozwiązanie nr. 2, które napisałem wyżej, jest najoptymalniejszą opcją. Zapomnij o kablach do czujników, podstawkach. Nie te czasy. Bateria w czujniku prędkości starcza na co najmniej 1,5 roku, jak jest słabszej jakości. Licznik ładujesz, bo jest na aku. Wybór licznika to sobie sam zorganizuj, każdy chce co innego, inny mu się podoba. Ja podałem, to co mam, bo wiem, że działa i to nieźle. Wysokość barometryczna jest stosowana w lotnictwie, jakbyś nie wiedział, a prędkość odczytuje z fizycznego obrotu koła, więc jak sobie dokładnie zmierzysz obwód i go wpiszesz w licznik, taką masz dokładność. Dokładność pomiędzy różnymi producentami ? Takich danych nie znajdziesz nigdzie, chyba, że sam sobie kupisz z 5 zestawów i będziesz badał ich odchyłki :razz:
grissley
24-10-2025, 18:07
Marudzę więc jestem :D
Przed wycieczką musze już sprawdzać naładowanie garmina, powerbanku i czujnika mocy, teraz jeszcze baterii do latarek bo ciemno się robi. No i bateria od Di2 co kwartał. Jak mi jeszcze dojdą baterie od czujników i ładowanie coospo za każdym razem to ocipieję chyba :lol:
Marudzę więc jestem :D
Tak wyglądasz dziś...
91164
Do Garmina też można dokupić czujnik prędkości i OIDP to po kalibracji prędkość i dystans są pobierane z czujnika, a nie z kosmosu.
siemalysy
24-10-2025, 21:32
Dobrze pamiętasz. Mam czujnik prędkości w gravelu i dział tak jak ma działać.
Do Garmina też można dokupić czujnik prędkości i OIDP to po kalibracji prędkość i dystans są pobierane z czujnika, a nie z kosmosu.
Tylko, czy "Maruda" ma Garmina ? Bo coś wspominał o Sigmach sprzed potopu..
siemalysy
24-10-2025, 22:10
Garmin też może być spod potopu ;)
Obecnie wybór komputerków rowerowych jest spory. Nie trzeba koniecznie iść w Garmina. Można w Wahoo, można w Karo. Są IGSport i jeszcze kilka innych. Każdy znajdzie coś dla siebie.
grissley
24-10-2025, 23:12
Tylko, czy "Maruda" ma Garmina ? Bo coś wspominał o Sigmach sprzed potopu..
Maruda ma wszystko! :mrgreen::lol:
91167
Fajne zdjęcia i zabawne tytuły do nich :-)
https://www.fotopolis.pl/inspiracje/galerie/39054-finalisci-nikon-comedy-wildlife-awards-2025-czyli-najzabawniejsze-zdjecia-przyrodnicze-tego-roku
patronat
27-10-2025, 13:56
Tak jak mówiłem świat się skurczył - przesyłka w 2 dni z niemcowni przyszła. Ma ktoś drukarkę 3d?
91218
To jest osłona silnika, którą popsułeś ? Jaki koszt z przesyłką ? Badam na przyszłość koszty eksploatacyjne :???:
---
Najnowszy Reign ma osłonę od spodu z tytanu, niby dobry kierunek, ale czy tytan można w razie czego wyklepać ? :lol:
patronat
27-10-2025, 17:20
145 razem wyszlo mniej wiecej. Cena reguralna u nas to od 159-199, najrtaniej na promce w Bikeninie ale akurat nie było.
Najwięcej rzeczy ostatnio kupuje na bikediscount.de i na Amazonie. Magury MT7 + tarcze 203mm + montaż do Shimano iSpec2 + klocki 8.P ( performance) koszt z przesyłką 980 PLN. Dzisiaj na Amazonie łańcuch XT 12s 109 PLN. Widziałem u nas za 89 ale obstawiam że podróbka.
PS
widziałem jakiś filmik gdzie byłeś drugoplanową gwiazdą odcinka :0 Ten w którym gość ukręcił piastę :)
Od jakiegoś czasu to wiatr ustala kierunek jazdy. W sobotę miało wiać 25 km/h, a w porywach nawet szybciej. Zmodyfikowałem trasę z portfolio wzdłuż Bobru.
Zapakowałem się do pociągu na osiedlowej, na głównym nieco zmarzłem, czekając na ciapong do Szklarskiej Poręby. Wsiadłem i patrzyłem jak skład się zapełniał, mimo dość pesymistycznych prognoz pogody, ludzi było sporo, choć rowery tylko dwa. Trafiło się dość rozmowne towarzystwo i podróż do Jeleniej Góry upłynęła szybko. Ciapong opustoszał, dużo ludzi przesiadało się na skomunikowane składy do Karpacza i Świeradowa. Ja przez kolejną godzinę, w ciągu której pociąg pokonuje 30 km przypominałem sobie dlaczego nie lubię jeździć do Szklarskiej. Podróż tam trwa długo, zbyt długo, jak na taką odległość. Gdzieś na wysokości Szklarskiej Dolnej zobaczyłem pierwsze krople deszczu na szybie. Nic wielkiego, ale miało nie padać. Przynajmniej nie tak rano.
Na dworcu w Szklarskiej Górnej przekonałem się, że pada, może niezbyt intensywnie, ale za to deszcz ze śniegiem. Temperatura tak w okolicach czterech, dobre to, że powyżej zera. Ruszyłem w stronę DK3 i centrum miasta. Zjazd był bardzo ostrożny, mokro, nie wiem czy nie ślisko, do tego liście. Jechałem przez miasto w tym deszczu ze śniegiem w stronę Karkonoszy. Po drodze kusiły bardzo otwarte knajpy, pogoda była wybitnie barowa, ale nie. Nie po to jechałem ponad 3 godziny, żeby zalec w knajpie. Ciuchy dawały radę, może oprócz rękawic i butów. W rękawicach to jednak była tylko kwestia czasu, po rozgrzaniu się, dłonie też się zrobiły ciepłe. Buty jednak nieco przemokły i w palcach czułem chłód. Nie powodował dyskomfortu, ale był zauważalny.
Jadąc ER-2 zjechałem z uliczek Szklarskiej Poręby do lasu na leśne drogi. Do pokonania miałem nieco ponad 10 km takich dróg, co skutecznie ubrudziło rower. Wolałbym nie słyszeć co się w napędzie działo. Cały czas padało, w miarę jak zbliżałem się do Przesieki pokazywało się słońce, co z jednej strony napawało nadzieją, ale z drugiej strony powodowało, że nic nie widziałem w trakcie jazdy pod słońce, przez okulary pokryte kroplami wody.
W Przesiece wjechałem na twarde i zacząłem zjeżdżać do Podgórzyna. Droga w remoncie, asfalt zebrany frezarką. Okazało się, że wyżłobienia po frezarce potrafią bardzo sprawnie złapać oponę. Znowu czujnie w dół. Do tego pada, może już słabiej, ale jezdnia całkiem mokra. W Podgórzynie jednak skończył się remontowany odcinek, przestało padać, a w Cieplicach to nawet już sucho było. Żeby nie jechać za dużo przez Jelenią Górę, która jest mocno średnia na rower, skręciłem do Staniszowa, po to by po jakimś czasie znowu wrócić do Jeleniej, ale na bardzo krótko. Ostatecznie w Dąbrowicy wjechałem na szlak ER-6 wzdłuż Bobru i przez najbliższe 30 km miałem się trzymać rzeki. Najpierw jednak zrobiłem krótki przystanek na batona i herbatę.
Podjazd pod Miedziankę, mimo, że jedyny czerwony na Garminie wszedł jakoś gładko. Zajechałem pod browar i prawie zapełniony parking nie napawał optymizmem, ale wewnątrz tylko dwa stoliki były zajęte. Najbliższe pół godziny spędziłem popychając frytki stoutem. Nie mieli naklejek, a szkoda. Taras w remoncie, choć i tak bym został wewnątrz. Po wyjściu okazało się, że lampki się nie włączają ani pilotem, ani włącznikiem. Przed wyłączeniem świeciły normalnie, a wskaźników naładowania aku nie sprawdzałem. Do tego Garmin zgubił Di2, ale szybko mu kazałem znaleźć. Ruszyłem bez świateł, było jasno. Jednak w Ciechanowicach zatrzymałem się na przystanku, podłączyłem lampki do powerbanku i po chwili ładowania ruszyły. Przednią zostawiłem podłączoną, bo może świecić w trakcie ładowania. Gdzieś w okolicy Marciszowa tylna przestała świecić. Zamontowałem zapasową, a skoro wskaźnik przedniej informował o pełnym naładowaniu, to podłączyłem tylną i schowałem całość do torby. Przy okazji zauważyłem, że coś miękko mam z tyłu. Z 2,1 bara nabitego ciśnienia wieczorem zrobiło się 0,9. Krople mleka na rurze podsiodłowej potwierdziły tylko, że przebiłem oponę. No jakieś fatum na tej trasie, dwa lata temu musiałem skrócić trasę, bo przebicia nie udało się załatać, a dętka okazała się być dziurawa. Teraz jednak mleko złapało, dobrze, że niedawno dolałem. Kompresor napompował oponę i mogłem ruszać dalej.
Trochę niepotrzebnie wyrysowałem sobie wydłużenie trasy do Kamiennej Góry. Wyjeżdżałem z niej bardzo ruchliwym podjazdem. Trzeba było cisnąć przez Sędzisław. Podjazd pod Nowe Bogaczowice, który mnie pewnej wiosny srodze zmasakrował tym razem pokonałem bez większych emocji. Jechało mi się dobrze, po wizycie w Browarze Miedzianka nawet przestałem czuć chłód w palcach u stóp. Długi zjazd do Starych Bogaczowic i nawet kilka zmarszczek przed Świebodzicami nie zmieniło uczuć.
W Świebodzicach byłem jakieś 20 minut przed pociągiem. Knajpa letnia byłą już zamknięta, a do znajdującej się naprzeciwko zwykłej restauracji nawet nie wchodziłem. Za mało czasu, nie ma gdzie przypiąć roweru. Pojechałem na dworzec. Na dworcu wypiłem resztę herbaty, o dziwo nadal była ciepła, no letnia bardziej, ale po ponad 10 godzinach w termosie nie była zimna. W ogóle nie ruszyłem wody w bidonie. Przez 6 godzin jazdy wypiłem tylko kubek herbaty i piwo w Miedziance.
Na peronie zmarzłem nieco, w pociągu się zagrzałem i po niecałej godzinie byłem we Wro. Wysiadłem na stacji najbliżej domu, do którego dotarłem po 10 minutach zahaczywszy jeszcze o myjkę. Mimo początkowego deszczu, wyjazd udany. Głównie przez to, że było z wiatrem.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/16253311358
Fotosy:
91221
Tradycyjna panorama Karkonoszy spod dworca kolejowego Szklarska Poręba Górna.
91222
ZPJ w odwrocie.
91223
Bociany i tęcza.
91224
Jeszcze jedna panorama Karkonoszy.
91225
Chwila przerwy.
91226
W Dolinie Bobru.
PS
widziałem jakiś filmik gdzie byłeś drugoplanową gwiazdą odcinka :0 Ten w którym gość ukręcił piastę :)
Teraz, gdzie się nie obejrzysz, wszędzie kamery...:-P
siemalysy
27-10-2025, 21:10
Od jakiegoś czasu to wiatr ustala kierunek jazdy. W sobotę miało wiać 25 km/h, a w porywach nawet szybciej. Zmodyfikowałem trasę z portfolio wzdłuż Bobru.
...
zdyboo
Tomek, dzięki za relację. Trochę się wydarzyło na trasie, więc nudy nie było. Z tym deszczem, w opisanej relacji też śniegiem, to najgorzej jest ruszyć. Później, to już idzie. Dobrze, że nie musiałeś dętki wkładać, bo w takiej temperaturze i mokrych warunkach byłoby nieprzyjemnie. Fotki w znanym klimacie, który pasuje do warunków pogodowych. Nadal testujesz telefon? Czy wróciłeś do aparatu?
W Miedziance byłem na wiosnę. Wzdłuż rzeki Bóbr zdarzyło mi się jechać kilka lat temu. W przyszłym roku w tamte rejony chyba zawitam, bo warto.
Tak jak mówiłem świat się skurczył - przesyłka w 2 dni z niemcowni przyszła. Ma ktoś drukarkę 3d?
...
patronat
Takie czasy :-) Na koniec września robiłem zamówienie z USA. W poniedziałek po południu poszło zamówienie. W piątek po pracy przesyłkę odebrałem z automatu paczkowego DHL.
siemalysy
Michał, proszę bardzo.
Opona to już na suchym była, ale temperatura by swoje zrobiła.
Fotki pomieszane, aparat i telefon. Telefon mam do UWA, aparat do reszty. Wyszła kolejna wada aparatu. W rękawiczkach wykrusza mi się warstwa, która z palca robi grzebalca i ciężko pyknąć fotę bez ściągania rękawic. Muszę zobaczyć, czy nie mogę migawki przypisać pod któryś z przycisków głośności.
Udało mi sie nadrobić zaległości w relacjach.
Dzięki za lekturę i mile dla oka zdjecia.
grissley
28-10-2025, 00:11
A a'propo deszczu i śniegu. Jak to jest z bezdętkami na mrozie? Mleko działa, Czy przy mrozach trzeba się zadętkować?
Dotychczas zimą jakoś zawsze na dętce zawsze jeździłem, ale to tak wyszło poprostu.
Coś mi się namieszało przy zmianie czasu, że teraz będzie jasno o godzinę dłużej - a jest o godzinę krócej. Można powiedzieć, że zmiana mi dwie godziny słońca na jazdę ukradła ;)
I mam problem z ubraniem, jak co roku - jak ruszam to aż mi zęby klekoczą z zimna, jak tylko się rozgrzeję to jest w miarę ok, potem pod górę robi się ze mnie piecyk i ogólnie mokro pod kurtką, a potem na zjeździe lodowato, jak mi wiatr chłodzi spocone ubrania. Nie wiem jak to ogarnąć - kurtka ma wprawdzie dużo zamykanych wywietrzników które na zjeździe zamykam a pod górę otwieram, ale to tylko trochę pomaga.
Może jakaś podgrzewana bielizna od majfrenda?
Ja przy mrozach za dużo nie jeżdżę, a jak już to na zimówce z kolcami i dętką, ale te kilka razy co na suchym mrozie śmigałem Hultajem i przebijałem oponę to mleko sobie radziło.
grissley - ja po prostu dokładam do plecaka dodatkową bluzę, rękawiczki, czapkę (czasem skarpety) i zmieniam, jak trip się kończy i pozostaje tylko zjazd i jazda po płaskim do bazy. Na początku i w środku tripu też są oczywiście zjazdy i podjazdy, ale wtedy wystarcza jeszcze pojemność ciuchów na pot i zagrzanie organizmu pochodzące z bazy. Mam też wentylacyjne otwory i staram się z tego korzystać. Największym problemem są stopy i dłonie, te najszybciej marzną
patronat
28-10-2025, 10:32
Mleko działa nawet do -15C. Znaczy zależy które, bo są różne bazy, amoniak, sztuczny lateks itd.
Co do jazdy w zimie i wychładzania - u nas kluczowe jest wychłodzenie z wiatru. Więc na klatę zawsze windstoper. No i merino robi robotę, mega jest. Najgorzej jak się zapocisz, wtedy jest mega trudno zarządzać termiką.
kluczowe jest wychłodzenie z wiatru..
Wiadomo.. :grin:
https://www.youtube.com/watch?v=Cxl5Szar8mM
grissley
28-10-2025, 12:15
ja po prostu dokładam do plecaka dodatkową bluzę, rękawiczki, czapkę (czasem skarpety) i zmieniam, jak trip się kończy i pozostaje tylko zjazd i jazda po płaskim do bazy. Ja mam cały czas góra-dół, góra-dół...
Na początku i w środku tripu też są oczywiście zjazdy i podjazdy, ale wtedy wystarcza jeszcze pojemność ciuchów na pot i zagrzanie organizmu pochodzące z bazy. Mam też wentylacyjne otwory i staram się z tego korzystać. Największym problemem są stopy i dłonie, te najszybciej marzną
Co do jazdy w zimie i wychładzania - u nas kluczowe jest wychłodzenie z wiatru. Więc na klatę zawsze windstoper. No i merino robi robotę, mega jest. Najgorzej jak się zapocisz, wtedy jest mega trudno zarządzać termiką.
No właśnie zawsze się zapacam. Po pierwsze jestem ciepłolubny, po drugie szybko się grzeję przy podjeździe. Z otworów wentylacyjnych korzystam ile się da, ale niestety pierwszy lepszy nieco dłuższy albo bardziej stromy podjazd i jestem mokry, a potem już do końca wycieczki raczej to nie wysycha.
Teraz wrzucam na siebie tak:
1. Ażurowa potówka
2. Supercienki bezrękawnik z merino
3. Koszulka Endura Hummvee S/S Jersey
4. Koszulka Endura Hummvee Ray
5. Kurtka Endura Pro-SL 3 season
To zestaw na 5-10 stopni (jestem zmarźluchem...). Na początku i tak mi w tym zimnawo, ale po rozgrzaniu, dopóki jest w miarę płasko albo z górki, to jest ok. No ale po pierwszych większych podjazdach jestem mokry, pomimo zarządzania nawiewami i suwakiem głównym w kurtce i koszulce.
Gdy temperatura spada poniżej 5 dorzucam do tego jeszcze jedną cienką warstwę merino.
Ja przy mrozach za dużo nie jeżdżę, a jak już to na zimówce z kolcami i dętką, ale te kilka razy co na suchym mrozie śmigałem Hultajem i przebijałem oponę to mleko sobie radziło.
Mleko działa nawet do -15C. Znaczy zależy które, bo są różne bazy, amoniak, sztuczny lateks itd.
Ja leję trezado. Poniżej -5 nie jeżdżę nigdy, jeśli limit jest -10/-15 to spoko.
Co do stóp i rąk - odkąd kupiłem ogrzewacze od majfriendów problem zniknął. Całe życie jeździłem ze skostniałymi palcami u stóp, teraz jest komfort i ciepełko :)
Z rękawicami jest nieco gorzej, bo te wkładki są niewygodne we wtykaniu, ale ogólnie też komfort z wkładką USB jest nieporównywalny do "analogowych" rękawic.
Teraz wrzucam na siebie tak:
1. Ażurowa potówka
2. Supercienki bezrękawnik z merino
3. Koszulka Endura Hummvee S/S Jersey
4. Koszulka Endura Hummvee Ray
5. Kurtka Endura Pro-SL 3 season
To zestaw na 5-10 stopni (jestem zmarźluchem...). .
Jeszcze się nie spotkałem, żeby ktoś ubierał 5 warstw :shock:
Ja przy 5-10 C mam dwie warstwy bluza z długim rękawem i grubszy windstopper, czy softshel (coś w ten deseń)
grissley
28-10-2025, 14:00
Jeszcze się nie spotkałem, żeby ktoś ubierał 5 warstw :shock:
Poza tym, potówki się nie liczy - to tylko siatka z grubymi oczkami, żeby odsunąć materiał od ciała.
Ja przy 5-10 C mam dwie warstwy bluza z długim rękawem i grubszy windstopper, czy softshel (coś w ten deseń)
Po prostu w miarę obniżania się temperatury dorzucam po trochu do wyjściowej konfiguracji ;)
Enyłej, mógłbym mieć i jedną warstwę, byle działało. Wydaje mi się, że największym hamulcowym jest kurtka. Kosztowała wprawdzie ***** i jest lepsza od poprzedniej, ale czuć, że ten materiał niespecjalnie oddycha. Czy jakieś Assosy są w tym lepsze?
Po prostu w miarę obniżania się temperatury dorzucam po trochu do wyjściowej konfiguracji ;)
Enyłej, mógłbym mieć i jedną warstwę, byle działało. Wydaje mi się, że największym hamulcowym jest kurtka. Kosztowała wprawdzie ***** i jest lepsza od poprzedniej, ale czuć, że ten materiał niespecjalnie oddycha. Czy jakieś Assosy są w tym lepsze?
MZ (skromnym), 5 warstw to za dużo, już się tłumaczę :wink:.
Każda warstwa, choćby była zrobiona z najlepszego materiału na świecie, ogranicza transport wilgoci na zewnątrz, po prostu na zasadzie fizycznej przeszkody. Wyobraźmy sobie hipotetyczną, idealną sytuację, że nasz strój składa się z 5 warstw utkanych z plastikowej siatki o oczkach 1 x 1cm (każda warstwa jest taka sama o takich samych oczkach) Po nałożeniu tego "stroju" finalnie oczka zostają przesłonięte kolejnymi warstwami "ubrania" i zostaje prześwit wolny o wymiarach, powiedzmy 3 x 3 mm. Nie da się w praktyce tak ułożyć warstw "ubrania", by oczko (prześwit) pozostał 1 x 1cm, a wiadomo większa wolna powierzchnia, szybsze parowanie potu.
Oczywiście to spore uproszczenie, bo nowoczesne tkaniny, być może działają jeszcze na zasadzie transportu wilgoci w cieniutkich rurkach tkaniny. Tym niemniej, mechanizm pozostaje podobny i częściowo się to zgadza, co napisałem.
Pięciu warstw chyba nigdy na rowerze nie miałem na sobie.
W sobotę miałem dwie, bieliznę z merynosa 260 g/cm^2 i bluzę Endura Xtract Roubaix. To ostatnie to nowy zakup i jak na pierwsze wrażenia, ta bluza jest rewelacyjna. Może to przez siatkę na plecach, a może przez dzienną dyspozycję, a może przez temperaturę na zewnątrz, ale po żadnym podjeździe nie miałem uczucia mokrej szmaty na plecach. Wełna jest spoko, ale jak już nasiąknie to schnie znacznie dłużej niż syntetyk.
Ja się zawsze ubieram, żeby w trakcie jazdy, jak już się rozgrzeję i złapię rytm było dobrze. Na początku może być zimno, podczas postoju może być zimno, ale tak od +/- 5 km do końca zwykle czuję komfort termiczny. W sobotę najbardziej zmarzłem, nie jadąc w deszczu ze śniegiem przy +4, ale czekając 20 minut na peronie w Świebodzicach.
Na zmianę biorę tylko akcesoria, jak rękawice, czapeczki, skarpety i to tylko wtedy jak spodziewam się radykalnej zmiany warunków pogodowych: deszcz, znaczna różnica temperatur między rankiem i środkiem dnia.
Kurtki na rowerze używam tylko w deszczu i to już dosyć konkretnym, w sobotę nawet nie myślałem o zakładaniu kurtki. To nie był deszcz na kurtkę, ten jeszcze była w stanie przyjąć bluza i spodnie.
Odporność na chłód można sobie wyrobić, ale trzeba nie bać się zmarznąć. MZ to jedna z chorób cywilizacyjnych. Jak tylko trochę spada temperatura ludzie chodzą okutani jakby zima stulecia nadeszła. Potem zerowa odporność i łapanie przeziębienia bo ktoś krzywo popatrzył.
grissley
28-10-2025, 18:51
Mam tego Rubaixa. Jak dla mnie to jest bluza na *naście stopni, i to raczej odległe od dziesiątki.
Odporności na zimno zdecydowanie nie mam.
To jest bardzo ciepła bluza do okolic zera z dobrą bielizną termiczną pod nią.
W zeszłym roku były trzy dni mrozu do -16 stopni wtedy chyba mialem 4 warstwy.
Pamiętam, ze nawet nie zagrzałem sie w drodze do pracy.
No I garmin mi zaliczył zwieche wtedy
U nas w LA było tylko -9, i też mi Garmin padł. 18% aku okazało się być za mało.
Dwie zimy temu było -14 przez dwa czy trzy dni, to w pierwszy dzień założyłem bieliznę termiczną (syntetyk), cienką bluzę z Deca i na to wełnianą bluzę z Deca i było mi za ciepło. Na takie mrozy u mnie się sprawdzają dwie koszulki termiczne z plastiku i na to wełniana bluza.
grissley
29-10-2025, 02:21
Fajnie panowie, że macie dużą odporność termiczną. Ja niestety nie mam i muszę z tym sobie też jakoś radzić ;)
Przy okazji, chwalipost - nowe zabawki dojechały :D
Ależ to się wydaje lekkie, zanim się dociąży tarczami, kasetą i obuwiem ;)
91274
Bo ja wiem, ja zdecydowanie jestem cieplolubny...
Nowe zabawki zawsze cieszą:)
Na 5-10 stopni to mam system terez taki:
- koszulka termo z długim rękawem z poliestru
- kurtka Van Rysel EDR Endurance
- opaska na łeb z politestru
- buty Shimano XM700 z grubszą skarpetą
- rękawiczki z Deca, takie cienkie,
najpopularniejsze co mają
- spodnie letnie MTB też z Deca
Wiecie może gdzie ktoś mógłby mi przeczyścić styki w Garminie 830? niestety młodemu wyłączył się podczas ulewy, po kilku dniach wstał, teraz juz widać coś na ekranie, ale na bank potrzebuje rozebrania i czyszczenia.
Garmin tradycyjnie chce wymienić na nowy za 1500zł
Jarek, skontaktuj się z Trigar, dystrybutorem Garmina, tylko trzeba osobiście, w sensie telefonem. Chłopaki tam są dosyć ogarnięte i możliwe, że pomogą.
Ja bym pewnie próbował sam na podstawie tutkow na YT. Tylko, że po czasie może już nie być co ratować.
Mnie deszcz zalał 1k, ale to było na miesiąc przed końcem gwarancji i dostałem nowy (refurbished) z serwisu oficjalnego.
Jarek, skontaktuj się z Trigar, dystrybutorem Garmina, tylko trzeba osobiście, w sensie telefonem. Chłopaki tam są dosyć ogarnięte i możliwe, że pomogą.
Ja bym pewnie próbował sam na podstawie tutkow na YT. Tylko, że po czasie może już nie być co ratować.
Mnie deszcz zalał 1k, ale to było na miesiąc przed końcem gwarancji i dostałem nowy (refurbished) z serwisu oficjalnego.Ale jemu się poprawia z dnia na dzień, na początku nie było oznak życia, teraz już się uruchamia ale wyświetlacz jest pozbawiony kolorów.
Wysłane z mojego SM-S928B przy użyciu Tapatalka
Skoroduje do końca i przestanie działać.
Mój 1k odpalał się nawet na zjazdach tego samego wyjazdu co go zalałem, ale w trybie jakiegoś dziwnego menu do kalibracji.
Skoroduje do końca i przestanie działać.
Mój 1k odpalał się nawet na zjazdach tego samego wyjazdu co go zalałem, ale w trybie jakiegoś dziwnego menu do kalibracji.
Znalazłem jakiś poradnik na Yt i rozebrałem dziada, dzisiaj jak przyjdzie preparat do styków wyczyszczę wszystko i być może poskładam :)
Ach ten Garmin i jego uszczelnienia. Mój zegarek wszedł w tryb wietrzenia:-D
91303
Jakis nowy model [emoji1787][emoji1787]
Znalazłem jakiś poradnik na Yt i rozebrałem dziada, dzisiaj jak przyjdzie preparat do styków wyczyszczę wszystko i być może poskładam :)Powodzenia, a którędy woda się dostała wiesz?
No i czy była osłonka na edku?
Powodzenia, a którędy woda się dostała wiesz?
No i czy była osłonka na edku?
Raczej pod ekranem, nie było osłony. Widać ze styki zaraz pod ekranem były zaśniedziałe
Jakis nowy model [emoji1787][emoji1787]
Limitowana seria do najcięższych zadań. Aktywne chłodzenie i podgląd elektroniki w czasie rzeczywistym, zapobiegający powstawaniu korozji;)
Wind Mill
31-10-2025, 17:57
A ten limitowany zegarek to przypadkiem nie był od Q (Quartermaster'a)? ;)
grissley
31-10-2025, 18:04
U mnie cały weekend ma lać. To mam chyba wymówkę, czemu nie wyjdę na rower - bo mi garmina zaleje...
siemalysy
01-11-2025, 20:49
U mnie cały weekend ma lać. To mam chyba wymówkę, czemu nie wyjdę na rower - bo mi garmina zaleje...
Można iść na rower bez Garmina ;)
grissley
01-11-2025, 23:45
Można iść na rower bez Garmina ;)
cicho... :razz::lol:
Aktualnie podobno im bardziej hipsterki licznik, tym lepiej, bo przecież nie można iść z mainstreamem :D HaTfu :)
grissley
02-11-2025, 17:51
Czyli z dziadersa staję się hipsterem? LoL
patronat
04-11-2025, 19:41
W ramach odstresowywania, wymieniłem sobie dziś piny w OneUpach. Pomijam koszt pinów ( 1/2 ceny samych pedałów ), kupiłem orginalne z Oneup. No i okazały się minimalnie dłuższe- dla mnie plus, ale się zastanawiam czy to nie zużycie 2 letnie? Łącznie w dwóch rowerach połamanych było 4 a pogiętych nieodwracalnie koło 5. Niezły wynik myślę.
91400
91401
A tych śrubek, bo przecież to są śruby, nie dało się kupić w sklepie ze śrubami, pewnie za ułamek ceny "oryginalnych pinów 1up"?
grissley
05-11-2025, 02:17
A tych śrubek, bo przecież to są śruby, nie dało się kupić w sklepie ze śrubami
A co Pan, jakiś profanator jesteś? Zwykłe śruby kupione śrubeksie do markowych pedałuf dawać? Pfff...
patronat
05-11-2025, 08:20
Dało się. Ale ja jestem wygodny i wolę kliknąć gotowy produkt. Jak mam jechać do marketu, szukać rozmiaru, długości, twardości itd. wolę w tym czasie na nie zarobić a zamówienie do paczkomatu samo spływa. Rozumiesz mój punkt widzenia?
Rozumiem, punkt, ale nie logikę motywacji. Dla mnie kliknięcie zamów naście /dziesiąt śrub na RPA trwa tyle samo co kliknięcie zamów zestaw w rowerowym.
W życiu bym nie pomyślał o tym, że śruby koniecznie trzeba stacjonarnie kupić.
Dziwne te piny bo wyglądają jak zwykłe śrubki. Aż zszedłem do piwnicy sprawdzić stare platformy, i jednak dobrze pamiętałem, że w nich końcówki są węższe od średnicy gwintu i ostrzejsze, i tak to powinno raczej wyglądać, coby podeszwa się lepiła:wink:
Na zdjeciu te Oneupy też mają piny , a nie zwykłe śruby, więc nie wiem o co chodzi:D
https://www.centrumrowerowe.pl/pedaly-rowerowe-oneup-components-flat-aluminium-pd42366/
patronat
05-11-2025, 12:17
ale te śrubki to nie wszystko. Są do tego jednorazowe uszczelniane nakrętki. Zasadniczo każdy orze jak może - ja mam tryb leń - pedały Oneup, akcesoryjne śrubki do wymiany - Oneup. I po temacie.
patronat - nie dali w zestawie z pedziami parę zapasowych pinów, czy już zużyłeś ?
Połowa ceny ? powiadasz, wolałbym nowe pedzie kupić, przecież to klasyczne "robienie w konia" :twisted:
-------
Moje "rejs-fejsy" pomału się starzeją, ale myślę o chińczykach za ok. 20% ceny, zamiast wydawać worek kasy na pedzie, które mocno się zużywają
patronat
05-11-2025, 13:11
Nie dali. Zestaw pinów z przesyłką 80 pln, nowe w turbo promce za 170 widziałem ostatnio. Mam RockBrosy, mogę Ci dać jak chcesz. Ale nie trzymają tak samo, mimo, że pinów jest tyle samo. Mniejsza powierzchnia i może niższe? Mam też alu Dartmoory. 50 pln i Twoje :)
Zapodaj zdjęcie na priv tych pedzi, może co pohandlujemy :?:
ale te śrubki to nie wszystko. Są do tego jednorazowe uszczelniane nakrętki. Zasadniczo każdy orze jak może - ja mam tryb leń - pedały Oneup, akcesoryjne śrubki do wymiany - Oneup. I po temacie.
Mnie tam średnio obchodzi w jaki sposób ktoś wydaje swoje pieniądze, póki nie kradnie. Pytałem z czysto technicznego punktu widzenia, i dopiero teraz zauważyłem że te najtańsze modele Oneupów mają faktycznie śruby, dopiero droższe mają typowe ostre piny. Kiedy jeszcze używałem platform z pinami, to trzymanie było tak mocno, że dla mnie różnica między spd była jedynie taka, że w klikach można ciągnąć również do góry:wink:
patronat
05-11-2025, 23:18
Na tych też się to robi, wymaga to tylko innej techniki. No i używa ogólnie do skakania a nie pedałowania ( w sensie podciąganie do góry) A trzymanie jest wybitne.
grissley
06-11-2025, 01:50
Ja sobie dłubię nowe koła. Tzn dłubania jest niewiele - założyć wentyle, tarcze, opony, przełożyć kasetę, zamleczyć no i na rower.
Ale po założeniu wypadałoby rowera obfotografować, a przy obecnej pogodzie jest tak upier*zielony, że nawet się nie zabieram za mycie swoim zraszaczem. A najbliższa myjka pistoletowa jest 30km od mojej wsi...
Jak mi się uda uderzyć w tamtą stronę jutro albo w weekend to zapodam pojazdowi jakieś spa i może w końcu koła wjadą. Póki co, dostały wszystko poza kasetą. Co ciekawe, na dotychczasowe alusy nie mogłem nabić Caracali - nawet na kompresorze traciłem już nadzieję. Nie wiem, czy to zasługa większej ilości pasty wulkanizacyjnej czy może bezdętkowych felg, ale tym razem udało mi się nowy zestaw nabić zwykłą pompką :)
Przy okazji - bębenki od Novateków mają jeden stalowy pręcik, który ma za zadanie chronić aluminiowy korpus przed zajechaniem przez zębatki. Cudów nie ma, ale trochę to działa. W DT Swiss tego pręcika nie mam - czy po pierwszym sezonie będzie cały pocięty kasetą? Czy może DT Swiss wymyśliło jakiś niewidoczny patent który temu zaradza?
91432
Będzie pocięty. Nie wiem po którym sezonie, ale ja obecnie te luźne zębatki muszę podważać płaskim wkrętakiem przy zdejmowaniu kasety.
grissley
10-11-2025, 01:42
Będzie pocięty. Nie wiem po którym sezonie, ale ja obecnie te luźne zębatki muszę podważać płaskim wkrętakiem przy zdejmowaniu kasety.
Ale głupota. Ciekawe dlaczego nie mogli zrobić patentu a'la Novatek. Tyle siana się płaci, żeby stresować się ścinaniem bębenka...
...
Wczoraj temp była u mnie poniżej 5 stopni. Chciałem przetestować mniejszą ilość warstw ciuchów i wrzuciłem bezrękawnik Odlo (60% Merino 140, reszta polister), na to długi rękaw Merino 200 albo 250, no i kurtka (Endura 3 Seasons). Zmarzłem jak jasna ch0lera. Na podjazdach jeszcze spoko, w strefach podpachowych nawet lekko za ciepło się już robiło, na prostej zimnawo, na zjazdach lodowato.
Nie wiem jak ja mam się ubierać. Jeszcze bezrękawnik Merino 160 100% wełny chyba przetestuję, Odlo robi coś takiego w znośnej cenie.
https://a.aliexpress.com/_EHpmyZI
Czarne.
mają aku, nie używam powerbanka.
Wszystkie warianty tych rękawic od dłuższego czasu mają czas realizacji 2 miechy, a ja nie lubię tyle czekać na przesyłki... No więc zamówiłem te:
https://rockbrosusa.com/cdn/shop/products/66_3afdbfc9-5e3a-4fe2-8a39-3db1320a16f7.jpg
Niestety, są dwa problemy:
1. Grzeją sporo gorzej od moich wkładek grzejnych. W zasadzie to ich grzanie jest nieomal homeopatyczne, ledwie je czuć jak w domu odpalę, na dworze prawie niezauważalne.
2. Małe... Wziąłem rozmiar 2XL i generalnie za małe są. Da się od biedy jeździć, ale ciasno. Te co Ty masz występują w rozmiarze max XL, więc chyba jestem skazany na swoje wkładki. Są upierdliwe w obsłudze, ale chociaż działają...
Wczorajszy wypad:
91531
91532
91533
91534
91535
91536
Doświadczenia poprzednich lat pokazują, że sezon wyjazdów ciapongami zamykam w połowie listopada. Czyli zwykle koło Święta Niepodległości, potem już nie ma warunu oraz chęci by cisnąć i marznąć gdzieś dalej od komina. Najprawdopodobniej zatem ostatnia relacja w tym roku.
Znowu Szklarska, znowu ponad trzy godziny w ciapongu, tym razem nie było z kim gadać, a skład pełny na tyle, że już we Wro nie było gdzie usiąść. Słoneczna i ciepła pogoda przyciągnęła ludzi w góry. Odkąd KD uruchomiły połączenia do Świeradowa i Karpacza bardzo dużo ludzi przesiada sie w Leleniej na te kursy. Tym razem nie było inaczej.
Przed dworcem było już ciepło, zatem nie zamulałem i ruszyłem w kierunku Świeradowa, ale nie przez szutry, a DW358. Trochę obawiałem się, czy ruch samochodowy nie będzie zbyt intensywny, ale było w sumie całkiem spoko. Chyba tylko raz mnie wyprzedził ktoś stanowczo za blisko. Początek to 2 km podjazdu po których znalazłem się 100 metrów wyżej. Później przez dobre kilka kilometrów jest płasko z niewielką tendencją spadkową. Przy dokręcaniu i to takim odczuwalnym, ale jeszcze nie męczącym, udało się utrzymywać prędkość w okolicach 30 km/h. Po minięciu Rozdroża Izerskiego zaczął się zjazd do Świeradowa, matko i córko jakie to dobre było. Zjazdu jest ponad 10 km, ale kilka ostatnich już biegnie przez miasto.
W Świeradowie skręciłem na północ i w Orłowicach zjechałem na DW361 biegnącą do granicy z Czechami. Gdzie na obrzeżach Novego Mesta pod Smrkem opuściłem dywany dróg wojewódzkich na rzecz znacznie spokojniejszych dróg lokalnych, ale też i gorszych nawierzchniowo. Wizyta w Czechach była krótka, raptem 18 km. W Miłoszowie Wróciłem do Polski.
Leśna zaskoczyła mnie uroczym rynkiem. Ja jednak ruszyłem na zachód w stronę Gryfowa Śląskiego, który rowerowo jakoś omijałem do tej pory.
Po drodze był jeszcze zamek Czocha, ale nie wchodziłem, mogłem zrobić popas, bo czasowo wyglądałem dobrze, ale zaraz za wejściem widziałem kasę biletową zatem nie sprawdzałem czy przynajmniej na dziedziniec można wejść za darmo.
W Gryfowie przejechałem przez rynek, który nie był tak ładny, jak w Leśnej i sporym łukiem objechałem resztę miasta po to by wylądować na krajówce. Na szczęście odcinek po DK30 był krótki, a po DW364, na którą zjechałem z krajówki, jeszcze krótszy i wróciłem na drogi lokalne. Od tej pory jechałem już głównie na północ.
W Bolesławcu zameldowałem się nieco ponad godzinę przed planowym cipongiem, czyli zdążyłbym na wcześniejszy, ale po ostatniej rozmowie z konduktorem zdecydowałem się kupić bilety na dany ciapong i o ile ten z Wro jest oczywisty, to powrotny już trzeba sobie wymyśleć w domu, lub próbować kupić w trasie, kasie czy u konduktora. Nie ma to jednak złego, bo byłem wściekle głodny, zatem znalazłem pizzerię w rynku i zasiadłem na obiad.
Lokal malutki, 5 stolików, ogródek już nieczynny, dwie kelnerki, a i tak ze złożeniem zamówienia czekałem chyba z 20 minut, nawet się upomniałem, co i tak spowodowało, że nadal musiałem czekać. Przy zamówieniu okazało się, że czas oczekiwania na pizzę to 40 minut, wobec tego zamówiłem makaron, bo jeszcze by się okazało, ze głodny bym do tego ciapongu wsiadał. Nie wiem co im tyle czasu zajmowało, ale chyba robienie pizzy pod dowóz czy odbiór osobisty na wynos.
Ciekaw jestem jak to w sezonie wygląda, jak im jeszcze ogródek dochodzi. Piwo Bolesławieckie jednak smaczne.
Z rynku szybko dotarłem na dworzec i stamtąd planowo na osiedlową stację.
Trasa:
https://www.strava.com/activities/16396598787
Fotosy:
91538
Tak, Szrenicy nie mogło zabraknąć.
91539
Ruiny kościoła Św. Jakuba w Jindrichovicach Pod Smrkiem
91540
Rynek w Leśnej.
91541
Słońce dopisywało tego dnia.
91542
Czocha.
91543
Fajnie sobie ktoś mieszka, ale w sumie każdy może, bo to agroturystyka.
siemalysy
12-11-2025, 19:49
...
Wczorajszy wypad:
...
Coś więcej o wypadzie?
Doświadczenia poprzednich lat pokazują, że sezon wyjazdów ciapongami zamykam w połowie listopada. Czyli zwykle koło Święta Niepodległości, potem już nie ma warunu oraz chęci by cisnąć i marznąć gdzieś dalej od komina. Najprawdopodobniej zatem ostatnia relacja w tym roku.
Znowu Szklarska, znowu ponad trzy godziny w ciapongu, tym razem nie było z kim gadać, a skład pełny na tyle, że już we Wro nie było gdzie usiąść. Słoneczna i ciepła pogoda przyciągnęła ludzi w góry. Odkąd KD uruchomiły połączenia do Świeradowa i Karpacza bardzo dużo ludzi przesiada sie w Leleniej na te kursy. Tym razem nie było inaczej.
...
Miałeś słońce, więc miałeś dobrze :-) Dzięki, że chciało się Tobie napisać relację. Z popasem, to dobrze, że makaron miałeś dość szybko, bo gdyby było tak jak z pizzą, to wracałbyś na głodnego.
Fajne patrzeć na fotki z błękitem nieba :-)
grissley
16-11-2025, 03:32
Coś więcej o wypadzie?
A jakoś nic się specjalnego nie działo, to przecież nie będę pisał tylko gdzie skręciłem a gdzie podjechałem ;)
Może następnym razem się bardziej postaram :D
Ogólnie, po zimowych zmianach mam dziwne akcje z napędem. Po pierwsze coś jakby pyknięcia w bębenku. Chyba w bębenku. Takie szarpnięcia pod obciążeniem, jakby bębenek robił ciasny dodatkowy kawałek obrotu czasem. Nie potrafię zidentyfikować co to, niespecjalnie przeszkadza w jeździe, ale bardzo irytuje.
Dobrze mi się wydawało z tym bębenkiem. Konkretnie - skopałem serwis. Wymieniałem w zimie bębenek czterozapadkowy na sześciozapadkowy i nasmarowałem bieżnię smarem. To był zły pomysł - razem z brudem smar gęstniał i zaczął sklejać zapadki. Te mikroszarpnięcia to zapadki prześlizgujące się o jeden ząbek. Niestety, przepsikanie WD40 nie pomogło i nadal się kleją - chyba czeka mnie totalna rozbiórka tego i reanimacja. Na razie wleciał z powrotem stary czterozapadkowiec.
Temat odkryłem przy okazji wymiany kół, więc się pochwalę - nowe koła, waga 1387g (mogło być lżej, ale chciałem wzmacniane obręcze na stukilowego chłopa który czasem wjedzie w las i zjeżdża po konarach).
Oszczędność wagi na tylnym kole to 250g, a na przednim jeszcze nie wiem, bo zapomniałem stare przednie zważyć...
Ale co najmniej połowa tych oszczędności będzie na piastach, więc pewnie odczuwalnie zmiana niewielka.
Co innego na Romecie, który dostanie dotychczasowe koła z Frankensteina. Moje dotychczasowe koła Frankenstainowe sa lżejsze od Rometowych o... prawie kilogram :o
Rant w karboniakach to raptem 25mm, więc wizualnie też niespecjalnie co widać ;)
91664
91665
91666
91663
Swoją drogą, ustawianie zacisków po zmianie kół mało mnie do apopleksji nie doprowadziło. Pół dnia jak nic, dopiero ręczne prostowanie tarczy sprawiło, że przestało trzeć. Z przodu. Z tyłu nadal trze, ale kij, może się w trasie klocek wytrze i uciszy, bo już mnie szlag trafiał...
siemalysy
16-11-2025, 19:49
A jakoś nic się specjalnego nie działo, to przecież nie będę pisał tylko gdzie skręciłem a gdzie podjechałem ;)
Może następnym razem się bardziej postaram :D
...
W sumie może masz rację.
Ale może tylko info gdzie fotki robione. A może i nie... Chyba się czepiam na starość ;-)
patronat
17-11-2025, 11:11
W sobotę były chyba najlepsze warunki do jazdy w górach w tym roku. Mgła i owszem ale stabilne 10 C i bezwietrznie. I grip mega.
Przy okazji, dostałem szczotkę do mycia Peatty's - nie sądziłem że może być taka różnica pomiędzy poprzednią a nową. Za to dostałem też chemię moto. Płyn do napędów, szampon i mleczko.Firma się nazywa O!
I Mucoff przy tym nie leżał zasadniczo. Za to jest 3 razy tańsza od reszty "rowerowych" specyfików.
91702
Powered by vBulletin® Version 4.2.5 Copyright © 2026 vBulletin Solutions, Inc. All rights reserved.