To chyba trochę nie tak.
W każdym takim wyczynie jest gruba dawka szaleństwa. Ostatni przykład to nasi wspinacze. Co prawda wleźli na szczyt, ale teraz mają kłopoty z zejściem. Tego nawet kłopotami nie można nazwać - chłopaki mają odmrożenia grożące amputacjami, a może nawet śmiercią. Inni atakujący tę górę z drugiej strony według wszelkich znaków na ziemi w gronie żywych już nie są.... A przecież profesjonalnego przygotowania odmówić im nie można.
Aleksander Doba (rocznik 1946) przepłynął kajakiem Atlantyk. Jakim czubem trzeba być aby się na takie coś porwać? Co prawda sprawił sobie odpowiedni sprzęt do studniowego rejsu, ale co to znaczy "odpowiedni" gdy nigdy nikt czegoś podobnego nie robił. Sam Doba wystąpił w roli królika doświadczalnego. Jemu się udało i dlatego jest bohaterem, a nie debilem, jak ktoś tu był uprzejmy nazwać Lisewskiego.
To samo tyczy się całej masy sportowców ekstremalnych, o których sam mówisz, że są zakręceni na maxa. Po prostu czasami coś idzie nie tak i ze szczytnych celów pozostają strzępy i niesmak. Czy ich "wariactwa" są komuś oprócz nich samych potrzebne?
Nawet biorąc pod uwagę "zwykłych" sportowców, czy można zrozumieć ich upór w osiągnięciu upragnionego celu? Mistrzem jest tylko jeden - drugi to pierwszy przegrany.
Szukaj




Odpowiedz z cytatem
Skontaktuj się z nami