Close

Strona 1367 z 1948 PierwszyPierwszy ... 367867126713171357136513661367136813691377141714671867 ... OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 13 661 do 13 670 z 19477

Wątek: Humor

  1. #13661

    Domyślnie Nikoszanie cd.

    Trzecia część historyjki o Nikoszanach (tutaj jest pierwsza część, a tu druga).

    6. Gryzłak

    Z nastaniem zimy gruba pierzyna śniegu pokryła dolinę Szołtanii i okoliczne lasy. Pastuszkowie z radością porzucili ciasne górskie szałasy i jak co roku o tej porze, wrócili do swych chat w dolinie. Nikt już nie myślał o problemach minionego lata.
    – Psie juchy grzeją sobie rzycie, a mnie po uszach mróz szczypie! – wysapał Subarśmig i pomimo zmęczenia przedzierał się dalej przez śnieżne zaspy. Słońce jeszcze nie zakończyło swojej dziennej wędrówki, ale jego pomarańczowa barwa świadczyła o tym, że najdalej za jakąś godzinkę pewnie uda się na zasłużony spoczynek. Perspektywa niedalekiego zmierzchu wcale nie poprawiała i tak już podłego nastroju woja. Klnąc pod nosem rozmyślał o tym, jak długo jeszcze potrwa pościg za złoczyńcą. Podstępny rabuś zakradał się do wioski nocą. Uderzał znienacka i porywał kolejne ofiary, nie pozostawiając po sobie prawie żadnych śladów. Wprawdzie w kurnikach pozostało jeszcze sporo niosek i brojlerów, ale ich liczba nieubłaganie spadała z każdym tygodniem. W takim tempie na wiosnę będzie można tylko pomarzyć o jajecznicy czy też pieczonym udku w chrupiącej, rumianej skórce albo wątróbce smażonej z cebulką.
    – Nie myśl teraz o jadle, bo ci jeno ślina będzie po próżnicy z pyska ciekła! – zganił się w myślach Subarśmig. Zważywszy na opłakany stan zapasów pożywienia w sakwie wszelkie pobudzanie apetytu było raczej niewskazane, gdyż nic nie zapowiadało, aby trwające już trzy dni podchody miały się właśnie dzisiaj zakończyć. Wprost przeciwnie, w ciągu ostatnich kilku godzin znalazł nie więcej niż trzy pstrokate piórka. Doświadczonemu wojowi to jednakże w zupełności wystarczyło do ustalenia najbardziej prawdopodobnego kierunku ucieczki drapieżnika.

    Gruba pokrywa śnieżna nie ułatwiała poruszania się. Przy kolejnym kroku noga tropiciela zapadła się w zaspę i coś sucho chrupnęło pod śniegiem. Zaciekawiony woj zaczął ostrożnie rozgarniać na boki biały puch. Tuż nad zmarznięta warstwą gruntu odnalazł rozrzucone fragmenty szkieletu niedużego zwierzęcia. Pomiędzy kosteczkami walało się trochę rudych kłaków.
    – Oho, komuś ten lisek musiał bardzo smakować – pomyślał Subarśmig i ruszył w dalszą drogę uważnie szukając kolejnych tropów. Te zaś wiodły go prosto w górę porośniętego bukowym lasem zbocza. Do zmierzchu zostało wprawdzie jeszcze trochę czasu, lecz już i tak była najwyższa pora aby pomyśleć o rozbiciu obozu na noc. Dobrze byłoby znaleźć jakieś miejsce chroniące ognisko i obozowicza przed mroźnym, nocnym wiatrem. Jak na zawołanie pomiędzy drzewami ukazała się gardziel niewielkiego wąwozu.
    – Dobra nasza – zatarł z zadowoleniem ręce podróżnik. Zamiast jednak udać się prosto między skały, rozpoczął mozolną wspinaczkę na lewe zbocze, by spenetrować teren z góry. Ostrożności nigdy nie za wiele! Gruba pokrywa śnieżna i zlodowaciałe nawisy nie ułatwiały jednak tego zadania. Powolutku, pomagając sobie rękoma, krok po kroku Subarśmig wytrwale piął się w górę. Po kilkunastu minutach dotarł do wymarzonego punktu obserwacyjnego – skalnej półki wystającej może metr poza dosyć ostro nachylone zbocze, z rzadka porośnięte rachitycznymi krzakami. Wspinaczka została wynagrodzona pięknym widokiem wąwozu oświetlonego złoto-pomarańczowym blaskiem słońca. Pomiędzy drzewami porastającymi dno rozpadliny wiła się ścieżka prowadząca do ciemnej plamy u podnóża przeciwległego zbocza.
    – To mi wygląda na jakąś jaskinię – zamruczał pod nosem woj wysuwając głowę zza skalnej półki. Wtem kątem oka zauważył na dole jakiś ruch. Powolutku sięgnął po łuk, a drugą ręką dobył strzałę z kołczanu. Nie bardzo chciał wstawać, czy też przyklękać, więc postanowił wysunąć ramiona trochę poza krawędź ośnieżonej półki, tak aby w razie potrzeby móc bez przeszkód użyć broni. Jak na złość ruch w dole ustał i w wąwozie zaległa martwa cisza. Chociaż zaraz, momencik, gdzieś w pobliżu rozległ się szelest, potem cos krótko skrzypnęło. Zaskoczony Subarśmig zorientował się, że źródło dźwięku znajduje się bezpośrednio pod jego kryjówką. Zanim jednak zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję spora część półki, która okazała się być lodowym nawisem, odspoiła się od zbocza i ruszając w dół pociągnęła go ze sobą. Niekontrolowana podróż w kierunku dna wąwozu trwała zaledwie mgnienie oka, gdyż mizerne krzaczki nie były w stanie nijak wyhamować pędu sunącej bryły lodu jak i bezwładnie wyma****ącego kończynami łowcy.

    Lód z hukiem uderzył w potężny pień drzewa na dnie jaru, a rozradowane echo długo jeszcze flirtowało z tym dźwiękiem. W międzyczasie i Subarśmig zakończył swą śnieżna przejażdżkę zatrzymując się obok pochyłego grabu. Spora zaspa i grube futro czapki uchroniły głowę podróżnika przed rozbiciem, ale i tak na skutek uderzenia w korzeń zobaczył wszystkie możliwe konstelacje gwiazd. Przez jakiś czas pozbawiony kolorów obraz świata wirował mu przed oczami. Szczęśliwie po kilku chwilach ostrość widzenia zaczęła powracać, a odblaski słońca na śniegu ponownie wypełniła właściwa dla tej pory dnia złoto-pomarańczowa barwa.
    – Uff, żyję – pomyślał, zaś w tym przekonaniu utwierdzał go niezbicie dojmujący ból poobijanego ciała. Gdy tylko wróciła mu zdolność myślenia, zaczął analizować swoje położenie. Dyskretna obserwacja, niespodziewanie przekształcona w desant, rzuciła go omal na środek wąwozu. Przebił głową na wylot zaspę i w ten sposób znalazł się na ścieżce. Obserwacja z tak małego dystansu nie pozostawiała żadnych wątpliwości – wąwóz był zamieszkały. Coś rozgarnęło na boki, a środkiem wydeptało blisko półmetrową warstwę śniegu. Subarśmig miał cichutką nadzieję, że to coś przejawia zamiłowanie do wegetariańskiej diety i właśnie smacznie śpi po obfitej kolacji. W przeciwnym bowiem wypadku dalsze leżakowanie na śniegu mogło zamienić myśliwego w wysokokaloryczny posiłek. Wizja wystąpienia w roli przekąski zmobilizowała woja do podjęcia zdecydowanych działań zmierzających do odzyskania gotowości bojowej.
    – Małymi kroczkami do celu – zamruczał poruszając ostrożnie palcami w butach.
    Właśnie miał sprawdzić działanie kostek i kolan, gdy uświadomił sobie, że zalegająca na ścieżce nie dalej jak metr od niego, spora kępa oblepionej śniegiem, zeschłej trawy poruszyła się.
    – Zaraz, momencik, coś tu nie gra! – natrętnie zabrzmiały w jego głowie dzwonki alarmowe. Od kiedy to zarośla mogą się bystrymi oczami wpatrywać w leżących na śniegu ludzi? Chyba że beżowo-brunatne źdźbła są w rzeczywistości sierścią jakiegoś zwierza, który to węsząc zapamiętale zbliżał się powoli. Końce oblepionych śniegiem kłaków wlokły się po ścieżce zupełnie maskując pracę łap. Stwór przystanął, fuknął i obnażył cały garnitur białych zębów. Obecność ostrych kłów nie pozostawiała wątpliwości, co do upodobań kulinarnych bestyjki.

    – Laboga, mały gryzłak! Zaraz dziabnie mnie w szyję! – przemknęło przez myśl Subarśmigowi, więc gwałtownie zerwał się na nogi. Półtora metra nad ziemią czaiło się jednak kolejne niebezpieczeństwo w postaci solidnej gałęzi wyrastającej prawie poziomo z pnia pobliskiego drzewa. Od uderzenia w konar pechowemu tropicielowi aż zadzwoniły zęby. W zasadzie to chyba zły los musiał mieć z nim jakieś zadawnione porachunki, bo upadając gruchnął czołem w „znajomy” korzeń. Tego było już zbyt wiele nawet jak na twardy czerep woja z kasztelańskiej drużyny. Po takiej dawce razów Subarśmig leżał bezwładnie na śniegu krwawiąc obficie z rozciętego czoła. Gdyby tylko udało mu się zapisać nazwy i położenie wirujących mu przed oczami gwiazd, zostałby pewnie najsłynniejszym astronomem wszechczasów. Niestety pisanie bezwładnymi rękoma jest zajęciem raczej trudnym, zaś resztki świadomości niedoszłego astronoma zajęte były bezskutecznymi próbami wprawienia w ruch nóg. Te niestety, pomimo podejmowanych wysiłków ich właściciela, leżały w śniegu niczym dwie nieruchome kłody.
    – Uuuuuuu! – złowieszcze wycie gryzaka zabrzmiało tuż przy lewym uchu nieszczęśnika. Czyżby bestia wzywała na kolacje resztę swojej rodzinki? Nie czekając na przybycie pozostałych biesiadników, kudłacz obwąchał dokładnie twarz leżącego człowieka i z zapałem rozpoczął jej oblizywanie. O wielkim upodobaniu gryzłaków do świeżej krwi krążyły w Szołtanii liczne opowieści, dlatego taki obrót sprawy niezbyt zdziwił rannego. Po co by właściwie zwierz miał mu zaraz rozszarpywać gardło, skoro i tak nieźle krwawił z rany na czole. Zmyślny nicpoń będzie się mógł dłużej delektować kolacją. Po ucztach gryzłaków nie zostaje zbyt wiele resztek dla innych mieszkańców lasu. Potok czarnych myśli wezbrał do rozmiarów rwącej rzeki, gdy Subarśmig zorientował się, że dodatkowo coś znacznie większego właśnie go ułapiło za kostki i z trudem, ale konsekwentnie szarpiąc raz za razem, ciągnie po ubitym śniegu. Namolny, prychający gryzłak nie dawał jednak za wygraną. Krok w krok podążał za odsuwająca się ofiarą i niestrudzenie pracował szorstkim ozorem. Zapaćkane piekąca śliną gryzłaka powieki opuchły jak obwarzanki, więc nieszczęśnik mógł się tylko domyślać miejsca docelowego tej wędrówki. Podróż zapewne dobiegnie kresu gdzieś w czeluściach jaskini, której to wlot niedawno wypatrzył z pechowego punktu obserwacyjnego na skalno-lodowej półce. Mieszkańcy wąwozu widocznie woleli dyskretnie spożywać posiłki przy swym legowisku. Dno jaskini pokrywał drobny żwir, co ułatwiało wleczenie ofiary, więc wkrótce kawalkada dotarła na miejsce i szarpnięcia ustały. Podobnie uścisk wokół kostek rozluźnił się, by po chwili zaniknąć. Zadowolony z bezruchu Subarśmiga gryzłak ze zdwojoną energią zaczął interesować się uchem swojej ofiary.
    – Ślap, ślap, ślap – ruchliwy jęzor potwora myszkował wokół oblepionej śliną małżowiny.
    – Wrrr?! – zaprotestował kudłaty natręt, gdy coś go zdecydowanie odciągnęło do tyłu.
    – Oho, więksi mają pierwszeństwo przy posiłkach – ze stoickim spokojem pomyślał Subarśmig, oczekując nieubłaganego spotkania z ostrymi kłami. Jednak zamiast tego poczuł na policzku delikatny dotyk drobnej dłoni. Niezadowolony zaś gryzłak coś tam po swojemu zamruczał, lecz osadziła go w miejscu krótka komenda:
    – Lhara, kojec!
    Ostatnio edytowane przez ekonet ; 23-07-2012 o 13:14 Powód: brakujące "wprawienia" ;)

  2. #13662

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez kazwita Zobacz posta
    trzecia część historyjki o nikoszanach (tutaj jest pierwsza część, a tu druga).

    6. Gryzłak

    z nastaniem zimy gruba pierzyna śniegu pokryła dolinę szołtanii i okoliczne lasy. [cut]
    :d:d:d:d
    Ostatnio edytowane przez Psychotrop ; 18-07-2012 o 14:00
    Nikon d700+Mb-d10/D800 + MB-d12|Zenitar 16 2.8|N16-35 4 vr|Sigma 70-200 F2.8 II EX DG MACRO HSM|2xSB-800|YN 560|Samyang 85 1.4 AE UMC|Naneu Urban Gear u120

  3. #13663
    To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.

  4. #13664

    Domyślnie

    Cytat Zamieszczone przez kazwita Zobacz posta
    Trzecia część historyjki o Nikoszanach (tutaj jest pierwsza część, a tu druga).
    bombastyczne !
    dopiero teraz przeczytałem część pierwszą i drugą
    Psychotrop vel Grzegorz Lucjan Laska von Lasocki

  5. #13665

    Domyślnie

    Kazik, jesteś mistrzem
    Kobieta z Sonnarem też może

  6. #13666

    Domyślnie

    miszczem powiadasz ....
    w dobie narzekania na podpisy sprzętowe, w poczuciu winy usunięty ...

  7. #13667

  8. #13668

    Domyślnie

    Ech, żeby tak "photography" mieli takie zdrowe podejście do klienta ...
    Cyfrowo według Nikona, analogowo według Canona.

  9. #13669
    Psychotrop vel Grzegorz Lucjan Laska von Lasocki

  10. #13670
    The Iron never lies to you. You can walk outside and listen to all kinds of talk, get told that you’re a god or a total bastard. The Iron will always kick you the real deal.

Strona 1367 z 1948 PierwszyPierwszy ... 367867126713171357136513661367136813691377141714671867 ... OstatniOstatni

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •