Raczej nie zdążyło - opisałem to kiedyś tak:
Weekendowy wyjazd w Tatry. Mary już tam jest i w niedzielę mamy być na Kasprowym. W piątek późną porą zmierzam w kierunku Głodówki. Podjeżdżam pod Cyrhlę, a z tyłu HUK! Tłumik został na drodze. To ci fart. Nadchodzi wieczór i zachód słońca nie będzie na mnie czekał. Na wolnym gazie, minimalizując hałas, dojeżdżam myśląc co dalej. Na miejscu szybko statyw, aparat, obiektyw i do dzieła. I wciąż myślę. Całość się układa w głowie. Powoli składam sprzęt z telefonem przy uchu. Telekonferencja z Mary, poinformowanie co się stało i ustalenia jak to będzie dalej.
Taksówkarze wszędzie są poinformowani. Szybko się dowiedziałem gdzie znajdę odpowiedni warsztat. Rankiem podjechałem na Stasikówkę i ok. 11 było po problemie. Miałem czas, a że pora była wiosenna, to pojechałem na krokusy. I znowu ograny schemat. Aparat, odpowiedni obiektyw, statyw... Hmm... Torba ze statywem coś za lekka... Bo pusta! Trzy nogi zostały poprzedniego wieczoru na Głodówce. Pojechałem natychmiast, ale i tak wiedziałem, że szanse minimalne. Tak było.
Szukaj




Odpowiedz z cytatem


Skontaktuj się z nami