Szałerek i już leże koło mojej wspaniałe żonki mamy oglądać jakiś film, ale powieki moje niczym żelazna kurtyna zamykają się i z tego oglądania nic nie wychodzi. Nagle spostrzegam swoje piękne muskularne ciało z wysoka- nie może być jestem małym niewidzialnym koliberkiem. W takim razie zaczynam swój lot a może tak najpierw do sąsiadki z góry, bo fajna z niej laska a potem w Tatry, aby nic się nie męczyć zobaczyć coś ciekawego.

szybuję nad szlakiem, co sprawia mi wiele przyjemności


chciałem wejść w lotem ścinającym ale zahaczyłem skrzydełkiem i mało mnie nie wyj...... no ten


teraz już tylko do góry


mijam wodopój


następnie przelatuje nad Wielgachnym Stawem


spoglądam na malutki domek ćwir ćwir taki na mnie


i wybieram się tam na siodełko



zapomniałem nabrać wody do zbiorniczków szybciutko to nadrabiam



teraz już mnie nic nie powstrzyma przed wylotem na


po drodze mijam paskudę o fuj ćwir ćwir


dla uspokojenia się spoglądam na prawo


teraz przed siebie


a teraz w lewo na Kozi Wierch


siadam na chwile na kamyczku bo tak machać skrzydełkami to okropna robota


patrzę w dal i widzę kropkę do której muszę do frunąć



wreście po kilku minutach od startu jestem na kopce



ze zmęczenia wzrok mi szwankuje


Nabieram sił i postanawiam wracać po drodze mijam ludzików na



i na


dryn dryn dryn
- Wstawaj trzeba Natalię do przedszkola odprowadzić!!!
- już wstaje, co tak krzyczysz, ale miałem piękny sen...

Pozdrawiam