Tańsze to te obiektywy są teraz, gdy system R kilka lat temu wyszedł z produkcji i są dostępne tylko na rynku wtórnym. Kiedy były w normalnej sprzedaży w sklepach, były drogie jak cholera. Zwłaszcza długie lufy, które we wszystkich fachowych porównaniach biły na głowę konkurencję pod względem jakości optycznej i mechanicznej. Za takiego np. APO-Telyta 2,8/280 mm nadal trzeba kupę pieniędzy zapłacić.

Razu pewnego poszliśmy z kumplem, dwaj ambitni zawodnicy, jeden od Nikona, drugi od Canona, na Photokinę w Kolonii, gdzie akurat wtedy była prezentowana Leica R8. Zaszliśmy na stoisko Leiki, najbardziej oblegane przez tłumy ciekawskich, obejrzeliśmy, pomacaliśmy, przyłożyliśmy do oka, postrzelaliśmy na sucho i zrozumieliśmy, dlaczego to tyle kosztuje, ile kosztuje. Byliśmy zgodni co do tego, że nasze - skądinąd bardzo dobre i prawie profesjonalne - Nikony i Canony na tle tej Leiki można do kosza wyrzucić. Wydawało nam się, że mamy mercedesy wśród aparatów fotograficznych, a Leica to był Rolls Royce, przy którym nasze mercedesy stawały się zabawkami dla dzieci. Na pocieszenie zapytaliśmy sami siebie, po co nam aparat, który przeżyje nasze wnuki, skoro mamy aparaty, które nas przeżyją.

Lata minęły, nadeszła era cyfrowa, a ocena nie zmieniła się.