Chciałem podzielić się pewną myślą.
Otóż jakiś czas temu uświadomiłem sobie że nie będę artystą fotografikiem... i wiecie co, zrobiło mi się dzięki temu lepiej tzn. zacząłem znów czerpać radość z robienia zdjęć. Owszem nie są to arcydzieła wycyzelowane w najmniejszym detalu a jednak dają mi wewnętrzną frajdę że mi się podobają.
Jeszcze do niedawna miałem ciśnienie na czytanie mnóstwa książek o fotografii, oglądanie zdjęć, coraz lepszy sprzęt obiektywy takie, śmakie i sprzęt do studia i analog, nawet nauczyłem się filmy wywoływać, chciałem robić piękne pejzaże, wzruszające portrety, urzekające akty i niebotyczne astro, dłubałem godzinami w wywoływarkach i gimpie... A teraz mi przeszło.
Owszem staram się robić zdjęcia poprawne ale nie próbuję już na siłę robić z tego dzieła sztuki i w sumie wróciłem do takiej radości z "pstrykania" jaką miałem gdy zakupiłem swojego pierwszego olympusa-hybrydę a od kiedy mam x100, lustrzanki praktycznie z torby nie wyciągam.
Zdjęć już praktycznie nie obrabiam ot troszkę poprawić kolory czy kadr delikatnie a frajdę sprawiają mi nawet takie pstryki o niczym jak ten:
Zdjęcie o niczym, w sumie nie przedstawia sobą żadnej formalnej wartości a jednak ja je lubię bo udało mi się uchwycić coś co mnie zauroczyło wtedy i daje mi ono więcej radości niż różne glamury które próbowałem kiedyś wygenerować mając nadzieję być-jak-mistrzowie.
Konkludując, uwolnienie się od chęci dorównania mistrzom, przywróciło mi radość z "pstrykania" i pozwoliło cieszyć się ze zdjęć które mi się podobają bądź są dla mnie ważne. I to jest miłe uczucie.
Szukaj




Odpowiedz z cytatem


Skontaktuj się z nami