Postanowiłem podzielić się z Wami małą radością, która ostatnio mnie spotkała. A o czym piszę? O obcowaniu ze śliczną, pełną gracji i wdzięku klaczą rasy Irish Cob (Tinker). Kuń pojawił się kilka dni temu w zaprzyjaźnionej stajni, oddany do zajeżdżenia. To jej pierwszy raz z siodłem na grzbiecie -- było… hmmm… napiszmy dyplomatycznie -- znośnie. Zapraszam na krótką opowiastkę.


1. Przygotowania… a jak! Na zdjęciach modelka musi wyglądać perfekcyjnie (w tle, kawaler podziwiający nową koleżankę).

2. Dziewczyna w pełnej klasie (jeszcze na wolności )

3. Kuszenie… żeby za chwilę…

4. Kantarek na główkę. Nie ma nic za darmo.

5. Siodłanko (obyło się bez ekscesów, może dlatego, że kawaler patrzył?).

6. I jest, wreszcie -- pierwszy raz pod siodłem.

7. Lonżowanko…

8. Brykania też trochę było.


9. I na koniec mały, czarno-biały bonus.


Kuńec