Witam,
Od miesiąca posiadam Nikona D5100 z ob. 18-105. Wybierałem między nim, Nikonem D7000 i Canonem 60D. Zdecydowała najniższa cena, chwalona matryca i obrotowy ekranik. Przesiadłem się z hybrydy Panasonic FZ50 i choć oba te aparaty dzieli przepaść, to jednak trudno mi dziś przyznać, że był strzał w dziesiątkę. Pozwolę sobie zatem napisać parę słów o nim, uwzględniając głównie to co mnie w tym aparacie "boli" najbardziej.
1. Wizjer. Pierwsze wrażenie jak najbardziej ok - ładny widok i super jasność. Później szybko wychodzą drobne niuanse. Po pierwsze: brakuje mi pełnego pokrycia kadru - w efekcie często włazi mi coś, czego nie planowałem w nim umieścić (gałąź, latarnia, itd.). Po drugie: jest zdecydowanie za mały - fotografowana scena wygląda jak miniatura i czasem trudno ocenić ostrość. O manualnym ostrzeniu można zapomnieć. Po trzecie: podgląd parametrów pod wizjerem to istny hardcore - cyferki i ikonki są mikroskopijne i tak nadźgane, że korzystanie z nich to zabawa dla twardzieli. Nie wiem jak niektóry mogą twierdzić, że doskonale sprawdza się to zamiast górnego ekranu LCD. Czasem zdarza mi się focić w okularach - tu jest już dramat, bo ciężko jest przystawić je do miniaturowej muszli tak, żeby widzieć i kadr, i te cyferki. Z kolei korekta wady wzroku jest tak maleńka, że mi już nie pomoże. :/
2. Ekran LCD. Zależało mi na obrotowym ekraniku, bo to takie przydatne i wygodne. Tymczasem już w ciągu kilku dni przekonałem się, że to był błąd. Po pierwsze: żeby zmienić lub podejrzeć parametry muszę go non-stop rozkładać. Owszem można parę opcji zmienić przy pomocy pokrętła i przycisków funkcyjnych, ale nie wszystkie. Po drugie: liczyłem, że składany LCD uchroni mnie przed jego zniszczeniem. Niestety, myliłem się - w pierwszym tygodniu odgniotłem w nim dziurkę podczas jego zamykania(!), bo do wnęki w którą się składa dostało się grube ziarenko piasku! Tydzień później udekorowałem go centymetrowej długości rysą, choć dam sobie głowę uciąć, że obchodziłem się z nim jak z dzieckiem. No nie wiem skąd się wzięła. Wniosek: to najgorzej zabezpieczony ekran LCD jaki kiedykolwiek miałem w swoich rękach. Ten z FZ50 służył mi kilka lat i nigdy się nie porysował. Ekran iPhona przy nim wygląda jak pancerny. Po trzecie: jasność, a raczej marność... W pomieszczeniu, ew. w pochmurny dzień jest cacy. Ale przy pełnym słońcu (z maks. ustawieniem jasności LCD) jest tragedia. Oczywiście bez problemu da się zmieniać na nim parametry, ale żeby podejrzeć wykonane zdjęcie, trzeba kombinować jak się ustawić, żeby było cokolwiek widać! Tu przyznam - jest lepiej niż w FZ50, ale iPhone wręcz go miażdży. Po czwarte: obrotowy ekranik miał służyć do wygodnego kadrowania w nietypowych pozycjach. Niby tak, ale tryb LiveView to istna porażka, która nie jest nawet namiastką tego co oferują hybrydy (napiszę bliżej na ten temat w punkcie dotyczącym AF) i korzystanie z niego daje tyle radości, co przeglądanie Internetu na telefonie marki Nokia.
3. Auto Focus. Wybierając D5100 cieszyłem się, że ma aż 11 punktów AF. Bardzo szybko okazało się, że to za mało, bo luki między punktami są tak duże, że często brakuje mi czegoś pośredniego. Zdecydowanie brakuje też punktów na krawędziach kadru. Dodatkowo po wykonaniu ok. 3 tys. zdjęć AF rozjechał mi się przeokropnie i teraz mam fatalny backfocus. Chyba spotkało mnie dokładnie to, o czym pisali posiadacze D7000. Próbowałem ostrzyć manualnie, ale z tym wizjerem to prawie niemożliwe. Inną metodą nieco polepszającą celność AF jest skorzystanie z LiveView, ale prędkość działania AF w tym trybie doprowadza do szału, więc nadaje się tylko do statycznych, pozowanych fotek. W ciemnym pomieszczeniu AF z LiveView to już totalna porażka - celowanie potrafi trwać w nieskończoność. Póki co pozostaje mi z tym jakoś żyć (przynajmniej do czasu podjęcia decyzji o wysłaniu do serwisu). Kolejną irytującą cechą jest konieczność każdorazowej zmiany trybu pracy AF (np. z automatycznego na punktowy) po zmianie programu, bo aparat nie pamięta poprzednich ustawień.
4. Matryca. Wszystkie testy pokazują, że jest znakomita. Na pewno wrażenie robi rozpiętość tonalna - zdjęcia które do tej pory wydawały mi się osiągalne tylko z filtrem ND, tu stają się dostępne w zasięgu ręki. Wysokie akceptowalne ISO też robi wrażenie, ale inżynierowie Nikona chyba wpadli w samozachwyt pisząc oprogramowanie do aparatu. W trybie Auto-ISO niesamowicie brutalnie korzysta z wysokich czułości. 3200 dla niego to standard, nie mówiąc już o tym, że w piękną, słoneczną pogodę potrafi dowalić ISO 800-1200. I tu JPEGowi cykacze dostają ostro po dupie, bo o ile proces odszumiania faktycznie niweluje szum, o tyle równie skutecznie pozbawia zdjęć szczegółów. Podsumowując: łba nie urywa i jeśli ktoś myśli, że uzyska tą matrycą zdjęcia lepsze niż z np. D90, nie wkładając wysiłku w obróbkę RAW jest w wielkim błędzie.
Choć to moja pierwsza lustrzanka, to jednak dziś wybrałbym coś innego. Nikonowi D5100 zdecydowanie brakuje ergonomii. Oczywiście staram się z tym walczyć i mimo wszystko uparcie robię zdjęcia...
Szukaj



Odpowiedz z cytatem

Skontaktuj się z nami