Kilka słów wstępu
Pierwszy fragment tej historyjki pojawił się niedawno w wątku SHOUT. Jednakże ze względu na galopujący recykling postów we wspomnianym wątku postanowiłem całość zamieścić tutaj. Miłego czytania!
1. Zaginione stado
– Trwoga! Wszystkie przepadli! Ni jeden się nie ostał! Trwoga! – krzyczał przerażony, jasnowłosy pastuszek wbiegając na polanę. Gołe, ubłocone pięty migały w pierwszych promieniach porannego słońca. Niepomny utraty łykowych łapci chłopczyk szybko dobiegł do największego szałasu, z którego wyłoniła się rozczochrana głowa Pablisława. Pozostali pasterze również wypadli ze swych szałasów. Kilka chwil później gromadą zebrali się wokół wygasłego ogniska.
– Gadaj, co tam się stało, albo ci skórę wygarbuję mały zaprzańcu! – warknął Pablisław ciągnąc zziajanego pastuszka za ucho.
– Nie ma ich, szukałem na łące, szukałem w zagajniku, nigdzie nie było nawet śladu – pisnął młodziak rozcierając czerwone ucho.
– Ten mały smark miał ich pilnować, a pewnie się pospał! Idziemy szukać, daleko nie odeszły – zakomenderował Pablisław.
Gromadka zaniepokojonych mężczyzn wyruszyła raźnym krokiem. Leśna ścieżka prowadziła w stronę łąki porośniętej soczystą, zieloną trawą, skrzącą się od porannej rosy. Na ten widok kilku z nich przystanęło i podniosło do oczu swoje masywne, czarne amulety. Nie zabawili jednak na skraju łąki zbyt długo, bo trzeba było dogonić resztę towarzystwa. Dokładne poszukiwania pozwoliły odnaleźć zaledwie kilka roztrzęsionych i beczących z przerażenia sztuk. Prawie całe stado wypasanych od wiosny postów zniknęło. Pasterze zebrawszy ocalałe zwierzęta zaczęli dyskutować, próbując rozwikłać zagadkę i uzgodnić dalsze działania.
– A jużci, to sprawka trolli!
– Bredzisz Morzygniewie, przecie trolle zawsze podrzucają do naszych stad swoje posty. Chcą, aby te ich brudne i śmierdzące ścierwa żarły naszą trawę. Zaiste musiała cię matula za młodu tłuc po łbie, że prawisz takie beleco.
Jeden rozbity nos i kilka siniaków później, pasterze zdecydowali się jednak udać ze swoim problemem do kasztelana.
W dolinie Szołtanii życie płynie spokojnym nurtem, więc mieszkańcy niezbyt często odczuwają potrzebę zawracania swoimi problemami kasztelańskiej głowy. Jednakże tajemnicze zniknięcie wypasanych z wielkim trudem stada postów należało uznać za sprawę najwyższej wagi, dlatego zaniepokojeni ludzie ruszyli energicznym krokiem w kierunku wylotu doliny. Zajęci ponurymi myślani dorośli nie zwracali uwagi na usiane kwiatami pejzaże zielonych łąk. Żaden z nich nawet nie próbował spojrzeć na nie poprzez swój amulet. Natomiast młodziak z nieco jeszcze czerwonym uchem, co rusz zatrzymywał się i unosił na wysokość oczu swój srebrzysty dziecinny amulecik, trzymając go śmiesznie w wyprostowanych rękach. Potem szybko doganiał resztę grupy, by uniknąć związanego z opóźnianiem marszu tarmoszenia za drugie ucho. Mimo raźnego tempa, dotarcie do grodu zajęło pasterzom sporo czasu.
2. Gdzie jest kasztelan?
Kasztelański gród został wybudowany w wąskim przesmyku u wylotu doliny, zapewniając niezbędną kontrolę nad szlakiem handlowym. Mieszkańcy okolicznych wiosek nie szczędzili wysiłków w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Wspólnymi siłami zbudowali system umocnień składający się z ziemnych wałów zakończonych wysoką palisadą. W przypadku próby ataku wrogich sił niewielka załoga grodu mogła długo trzymać nieprzyjaciela z dala od ich domostw, inwentarza i dobytku. Podobnie postępowało zresztą całe plemię Nikoszan, do którego również należeli pechowi pasterze. Cała grupka zatrzymała się niepewnie przed bramą grodu. Ich niepokój wzbudziły otwarte na oścież wrota oraz widok trzech wojów leżących bez ruchu w niekompletnym ekwipunku na placu przy studni. Wtem usłyszeli głośne gdakanie i przez bramę uciekł w popłochu kogut z wyskubanym ogonem. Za nim chwiejnym krokiem podążał woj Subarśmig z pękiem kolorowych piór w garści.
– Co tu się stało? – zapytał Morzygniew.
– Psia jucha! Obiad mi uciekł – odparł Subarśmig patrząc smętnie na resztki niegdyś dumnego koguciego upierzenia. Hałaśliwa ewakuacja drobiu sprawiła, że jeden z trójki wojów leżących przy studni jęcząc podniósł się i poczłapał w kierunku czerpaka. Musiało go morzyć okrutne pragnienie, gdyż łapczywie pił nie przejmując się strużkami wody wyciekającymi na koszulę z kącików spieczonych ust. Zareagował dopiero, gdy zauważył, że zmoczył swój ukochany amulet. Klnąc szpetnie wycierał go z wody rąbkiem koszuli.
– Czego byście radzi? – zapytał Subarśmig pasterzy w zaglądających przez otwartą bramę.
– Do kasztelana udalim się, bo nam stado postów znikło. Ostało jeno kilka! – wyjaśnił Pablisław.
– Uuu, naszego kasztelana, Psychośmiała i jego kotów my już dawno nie widzieli – wtrącił drugi z wojów, kończąc pieczołowicie osuszać swój czarny amulet. Z uśmiechem zaraz dodając, że szczęśliwie zawartość kasztelańskiej piwnicy nie zniknęła wraz z gospodarzem. Sądząc po wyglądzie drużyny dzielnych wojów, jak i wnętrza grodu, ilość zgromadzonych w podziemiach beczek złocistego piwa ostatnio najpewniej została znacznie zredukowana.
3. Nocny wiec
Wieść o zaginięciu kasztelana obiegła okoliczne wioski lotem błyskawicy. Usłyszawszy ponure nowiny kowal Borsugrzmot przerwał majstrowanie przy panwiach wozu młynarza. Jako człek w świecie bywały, zdawał sobie aż nadto sprawę z powagi sytuacji. Rozprężenie w drużynie wojów wystawiało Nikoszan zamieszkujących w dolinie Szołtanii na spore niebezpieczeństwo. Trzeba było działać! Pobiegł więc w kierunku pobliskiej skalnej iglicy i z zadziwiającą szybkością wdrapał się na szczyt. Stała tam podłużna altana o ażurowych ścianach, mieszcząca smukłą, bogato zdobioną trombitę. Kowal zadął z całej siły wydobywając z instrumentu basowy, daleko niosący się dźwięk, oznajmujący konieczność pilnego przybycia starszych rodów na naradę.
Wiec rozpoczął się późnym wieczorem wraz z przybyciem ostatnich uczestników. Migotliwy blask płomieni huczących ognisk oświetlał sylwetki ludzi, ich zasępione twarze i dłonie nerwowo ściskające najcenniejsze odświętne amulety.
– Kto ostatnio widział kasztelana? – zagaił Pablisław.
– Jakem wysłał córy do Zielarki po mięte, to powiadały, że go widziały nad jeziorem. Siedział taki jakiś markotny i dumał nad brzegiem – oznajmił Fotociech – Ale to było dawno, tak na początku lata.
– Kasztelana Psychośmiała nie ma, drużynnicy hulają po grodzie a wrota stoją otworem. Tak dalej być nie może! Trza coś uradzić, bo inaczej biada nam! – rzekł cieszący się ogólnym szacunkiem Borsugrzmot. – Tylko patrzeć, a przyjdą jakieś zbójniki.
Obawy kowala nie były bezpodstawne. Żyzne ziemie Nikoszan bywały już świadkiem niejednej zbójeckiej napaści. Prawdziwą trwogę wzbudzały jednak dzikie plemiona wojowniczych Canongów. Przybywający w charakterystycznych, długich łodziach z dalekiej północy, odziani w skóry i rogate hełmy nie znali litości. Palili, grabili, porywali białogłowy. Z zapiekłą nienawiścią niszczyli drogocenne amulety Nikoszan, czerpiąc ze swych barbarzyńskich czynów prymitywną, pierwotną radość. Co ciekawe, sami również nosili podobne amulety zdobione jednak zupełnie innymi magicznymi runami.
– Fotociechu, ty byłeś niegdyś wojem – przypomniał sobie kowal – Weź za łby swoich kamratów z grodu, może uda się w nich skrzesać iskrę waleczności.
– Pogadam z Subarśmigiem, jeno dajcie mi jaką tłustą gęś. Przestanie wtedy gonić tego wyskubanego koguta po okolicznych łąkach – odparł Fotociech.
– Weź ze sobą jeszcze dzban zsiadłego mleka – odezwała się z cienia Zielarka. Jej propozycja nie wymagała dłuższych dyskusji. Mimo młodego wieku znała się na rzeczy. Tak, leczenie głów wojów ze skutków osuszenia kasztelańskiej piwnicy będzie wymagało sporo zsiadłego mleka.
– Trza gnać do kniazia, niech wyznaczy nowego kasztelana – zaproponował Pablisław.
– Tak, tak, w kniaziu jedyna nasza nadzieja! – dało się słyszeć zgodnie potakiwanie.
Nikoszanie kochali swego kniazia, gdyż nie gnębił ich daninami, a jego kasztelanowie z drużynami dzielnych wojów bronili plemiennych terytoriów przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Żyjący w poczuciu dostatku Nikoszanie doskonalili się w hodowli postów, których walory smakowe były podziwiane jak świat długi i szeroki.
4. Przybysz
Decyzją wiecu na posłańca wybrano Krychomirę, gdyż od niedawna miała najszybszego rumaka w okolicy. Była z niego bardzo dumna, odczuwała niekłamaną radość, gdy pędziła na nim po lesie ryzykując niechybną śmierć w przypadku zderzenia z drzewem. Przed podróżą postanowiła nadać swojemu wierzchowcowi odpowiednio dostojny wygląd. Z różowymi kokardami zaplecionymi w grzywie i na ogonie koń prezentował się doskonale. Zapakowała jeszcze tylko niezbędny prowiant i już była gotowa do drogi. Przez chwilę rozważała, czy ma jeszcze tyle czasu, by się nieco pokłócić z zielarką. Jednak poczucie obowiązku wobec społeczności zwyciężyło i Krychomira ruszyła w drogę.
Tuż za zakrętem jej oczom ukazało się zdumiewające widowisko, więc niezwłocznie przyłożyła do oka swój amulet. Rosły mężczyzna w zielonej szacie odganiał sękatym drągiem od siebie piękną, młodą dziewczynę, do tego całkowicie nagą. Drobna postać z sierpem w dłoni śmigała dookoła nieznajomego próbując się zbliżyć na wyciągnięcie ręki. Po chwili napastniczka zorientowała się, że jest obserwowana. Zakręciła się jak fryga i po kilku susach znikła w lesie. Jeszcze tylko przez moment było widać wśród wiekowych drzew falującą burzę jej włosów.
– Było blisko – wysapał nieznajomy poprawiając pysznie zdobioną zieloną szatę. Jego oblicze miało niezdrowy zielonkawy odcień, zapewne ze względu na niedawne przeżycia.
– Niebezpieczne są te wasze szołtańskie lasy – zagadnął siedzącą na koniu amazonkę.
– Miała sierp, więc to pewnie południca. Oj mieliście szczęście. Ze wszystkich rusałek one są najbardziej krwiożercze – wyjaśniła Krychomira.
– Rusałka powiadasz – odparł nieznajomy – U nas mówią na nie boginki, ale takiej rączej jeszcze nie widziałem. Zaprowadź mnie do grodu – dodał tonem wykluczającym jakąkolwiek dyskusję.
Przed bramą wyciągnął z tobołka swój najbardziej okazały amulet. Jak wszystkie amulety Nikoszan, był duży, sadzowo czarny. Do noszenia go na szyi lub ramieniu służył szeroki czarny pasek z wyszytymi magicznymi żółtymi runami. Dzięki zatopieniu w czarną bryłę z obu stron gładko polerowanych kryształów, Nikoszanie mogli spoglądać na wylot przez swoje amulety, co zresztą ochoczo czynili przy każdej możliwej okazji.
– Zwą mnie Świdrzymysł. Od dziś jestem waszym nowym kasztelanem – powiedział do zdumionych wojów. Żaden z nich jednak nie protestował widząc jak wydobywa z torby „talizman błyskawic”, który po zjednoczeniu z amuletem i odprawieniu dłońmi stosownego rytuału zapalał na moment światłość silniejszą od słońca. Nie było żadnych wątpliwości, przecież tylko kniaź Admimił i jego kasztelanowie mogli używać magicznych talizmanów.
Obejmując nową placówkę Świdrzymysł dokonał pobieżnej inwentaryzacji. Gródek był niewielki, ale dobrze rozplanowany. Zaopatrzenie kulało, gdyż piwnica świeciła pustymi beczkami, zaś w kurniku smętnie siedział jedynie chudy kogut bez ogona. Problem kasztelańskiego obiadu został rozwiązany po przypadkowym spotkaniu z wojem niosącym tłustą gęś.
– Dobra nasza, nie zginę z głodu – pomyślał nowy kasztelan. Trzeba będzie jeszcze jakoś załatwić sprawą tych przeklętych postów. Wzdrygnął się na wspomnienie krwiożerczej boginki przysłanej zapewne jako ostrzeżenie przez wierzycieli. Będzie musiał się dowiedzieć ile jeszcze pastuchom zostało sztuk po jego nocnym wypadzie. Zebrał resztki z obiadu i rozglądając się uważnie czy nikt go nie śledzi pomaszerował w kierunku sobie tylko znanej jaskini. Zakuty w łańcuchy Psychośmiał od dwu dni nic nie jadł, a musi mieć przecież siły by garbować postowe skóry.
Szukaj



Odpowiedz z cytatem


Skontaktuj się z nami