Szukaj
Po namyśle stwierdzam, że następnym razem można próby uzyskania inspirującej gorączki „zorganizować” z większym rozmachem. Autora musi zarazić (obcałowując oczywiście) odpowiednio zakatarzona Forumowiczka. Transmisja z castingu tej jedynej – obowiązkowo w komercyjnych stacjach TV. Zyski można przeznaczyć na rozbudowę serwerów, czy inny szczytny cel. Ba, mam nawet tytuł tego hitu sezonu:
[fanfary grają, owacje na widowni]
Jak oni smarkają!
Ps. W następnym poście pisana niestety „na zimno” kolejna odsłona dramatu.
Ciemność. Nawet jeden wyliniały i zapchlony foton nie chciał musnąć jego obolałej matrycy. Nie był nawet pewny czy w ogóle jeszcze żyje. Właściwie skłaniał się ku przeciwnej teorii. Wtedy pojawił się gryzący obwody niepokój o to, co go czeka po drugiej stronie. Coś pstryknęło. Wątły strumyczek światła podrażnił jego czujniki. Otrząsnął z obrzydzeniem matrycę – fuj, całkiem monochromatyczne. Nie było żadnych szans ustawić odpowiedniego balansu bieli. Postanowił zebrać się w sobie i ostrożnie odczytać parametry podłączonego obiektywu. Po kilku nieudanych ramkach transmisji stwierdził z przerażeniem, że jest jednak nagi. Ze wstydu podkulił lustro, zauważając w tym momencie, że na jego matrycy powstaje coś na kształt niezbyt ostrego obrazu. To skłoniło go do wysnucia przerażających wniosków. A więc jednak jest w piekle, gdzie całą wieczność będzie cierpiał męki fotografii otworkowej. Jedyny obiektyw, jaki mu się może udać (przy dużej dozie szczęścia) podłączyć, będzie pewnie wykonany z pomiętego kartonu i denka od słoika, częściowo pokrytego zaschniętą musztardą. Nim opadł na samo dno rozpaczy ktoś energicznie przesunął wyłącznik.
– Agencie Siedem Zero Zero! Wstawać, nie marudzić, macie zdać raport szefowej – usłyszał szorstkie polecenie. Niezdarnie zaczął się więc gramolić z pudełka.
– Co robisz ćwoku? Ubierz się najpierw! Tu masz garnitur w rozmiarze 50/1.4. Przecież nie pójdziesz do niej z lustrem na wierzchu baranie – bezceremonialnie go zbesztano. Och, to już nie te czasy, gdy ze swoimi dwoma zerami i licencją na fotografowanie budził ogólny respekt. Aby trochę zyskać na czasie poprosił o „szluga” z filtrem polaryzacyjnym. Jak się można było spodziewać dostał jednak tylko zwykłego skręta UV podłej jakości.
– Nie podskakuj koleś, nie będę marnował najlepszego towaru na gościa, który pewnie straci swoją licencję. Ciesz się, że udało mi się ciebie przemycić w worku na odpady z tej mordowni. Już mieli zacząć zrywać gumy z twoich czterech liter. Nie ma bata, pewnie byś wtedy wszystko wyśpiewał, dobrze wiem do czego są zdolni – dodał niezbyt uprzejmym tonem jego rozmówca.
Wezwanie do osobistego złożenia raportu przed obliczem szefowej nie wróżyło niczego dobrego. Niejeden twardziel mimo magnezowego szkieletu wybiegał od niej z podwiniętym paskiem, poczym długo jeszcze polerował szpetne szramy na wyświetlaczu LCD. Nikt właściwie nie znał jej nazwiska, gdyż dla zachowania ścisłej tajemnicy współpracownikom przedstawiała się zawsze jako „N”. Sądząc po wyglądzie, urodziła się w epoce czarno-białych błon zwojowych. Złośliwi twierdzili wprawdzie, że zamiast pieluch używała szklanych klisz formatu 18x24, ale nie mogła być przecież aż tak stara. Bardziej prawdopodobne były szeptem tylko przekazywane plotki o jej związkach w czasach „minionej epoki” ze złowrogim ORWO. Podobno piastowała wysokie stanowisko w departamencie UT-18, który zajmował się zwalczaniem nielegalnych wówczas prywatnych wytwórni kolorowych odbitek. Mając to wszystko na uwadze, nie należy się dziwić ponurym myślom, które kłębiły się mniej dziarskiemu niż zwykle agentowi pod pryzmatem. W podłym nastroju udał się do gabinetu szefowej.
– Ale dałeś ciała, Siedem Zero Zero! Żeby tak się dać załatwić podczas pierwszego poważnego zadania. Bardzo jestem ciekawa, co też masz na swoje usprawiedliwienie – rzekła złośliwie marszcząc brwi. Już sam ten gest spowodował, że popuścił nieco elektrolitu z akumulatora. Na całe szczęście uszczelnienia pokrywy komory zasilania trzymały dobrze. Zaplamienie dywanu szefowej wiązałoby się niechybnie z poznaniem w praktyce bolesnych procedur dyrektywy WEEE na najbliższym elektro-szrocie.
Nim odpowiedział na pytanie, przypomniał sobie gorący entuzjazm po odebraniu przydziału do operacji „Delta-Sigma”. Nadawał się idealnie do tej akcji. Był wystarczająco drogi, by spokojnie poleżeć na półce – bez ryzyka natychmiastowego zakupu. Jednocześnie jego cena nie budziła poważnych podejrzeń, czym jednocyfrowi kuzyni nie mogli się już pochwalić. Przedmiotem szpiegowskiego działania miała być dyskretna inwigilacja znanej sieci salonów schadzek sprzętu optycznego. Centrala podejrzewała, że wbrew jej zaleceniom odbywają się tam dzikie międzysystemowe imprezy, połączone z wykorzystaniem zakazanych od niedawna dandelionów.
Od samego początku wszystko się zaczęło sypać. Jego przydziałowa partnerka SanDi vel. „Słoneczko” za sprawą menadżera salonu dostała się w szpony dominującego na sąsiedniej półce samca Alfa. Ten podlec, jak można się domyśleć zorganizował jej takie pranie kości pamięci, że pewnie do dziś chodzi tylko w trybie PIO4. Kolejnym nieszczęściem był ukartowany zapewne mariaż z wyszkoloną agentką wroga o pseudonimie „Lexi”. Okrutna zawodowa zabójczyni udawała słodką idiotkę, odzianą jedynie w koronkową bieliznę UDMA. Od tej pory nie mógł kontaktować się z centralą, gdyż banda zafajdanych, biurokratycznych skąpców nie wyposażyła go w transmiter WiFi ani moduł GPS. Jakby tego było mało, zaraz zjawiła się klientka, która została przy pomocy perfidnych marketingowych sztuczek chytrze zbajerowana. Takim oto sposobem wietrzący spisek sprzedawca wysłał go w daleką podróż, przydzielając mu dodatkowo „ochronę” w postaci wspomnianej agentki. Niefortunna transakcja pozbawiła go definitywnie możliwości prowadzenia dalszej obserwacji salonu. Kolejne tygodnie upłynęły mu na gorączkowych próbach nawiązania łączności ze zwierzchnikami. Przesyłanie znaczonych plików RAW i JPG nie miało jednak szans powodzenia, gdyż okrutna „Lexi” z lubieżnym uśmiechem edytowała im EXIF’y. Wtedy skojarzył fakty. Tak samo załatwiono jego poprzednika, agenta Trzy Zero Zero, który po dekonspiracji dodatkowo skończył w oczku wodnym. Podobno przeżył, ale uprawianie fotografii podwodnej bez odpowiedniego zabezpieczenia nie wpłynęło dobrze na wierność przekazywanego obrazu. Kto uwierzy kolesiowi z niebieskim zafarbem i zamglonym wizjerem? Nigdy nie wrócił do zawodu – już dwa lata jest na rencie inwalidzkiej.
Trzeba było działać! Naszkicował więc cichaczem na matówce ryzykowny plan dalszych posunięć. Po pierwsze – trzeba się ponownie dostać do podejrzanego salonu. Bez wyników obserwacji lepiej nie wracać do centrali, gdyż kierownictwo nie tolerowało niepowodzeń. Po drugie – musi się uwolnić od kłopotliwego towarzystwa zainstalowanego w slocie CF. Znienacka nadeszło olśnienie, bez mocnego procesora nie byłby w stanie wymyślić aż tak śmiałego planu. Miał on wprawdzie kilka niepewnych punktów, ale czego się nie zrobi „dla Króla i Ojczyzny”. Korzystając z chwilowej nieobecności jego gnębicielki, leciutko zmienił pozycję prowadnic gniazda karty. Plan zadziałał, bo przy próbie ponownej jej instalacji pokrzywiły mu się piny. Ależ to bolało! Teraz tylko pozostawało konsekwentnie udawać trupa. W rezultacie albo trafi bezpośrednio do szpitala, co ze względu na renomę zespołu doktora Hansa nie wróży niczego dobrego, albo też wróci do salonu mając żółte papiery nazywane inaczej rękojmią. Bardzo liczył na to drugie rozwiązanie. Poleży tam kilka dni, wyszpieguje co się tylko da. Ostatecznie i tak czeka go niesławny szpital, ale z informacjami ukrytymi w pamięci NV-RAM będzie mógł zdać raport w centrali. Oczywiście zakładając, że go wyciągną z łap pomagierów doktora Hansa, zanim ci zedrą mu wszystkie gumy z korpusu. Dziś już wiedział, że nawet tam agencja ma swoich ludzi. Jeden z nich zgrabnie udając kretyna, niby go zrzucił ze stołu, dokonując w locie błyskawicznej podmiany. Resztę załatwił poniżający transport w worku na odpadki. Jak jednak powiedzieć szefowej, że bateria podtrzymująca nielotną ponoć pamięć NV-RAM rozładowała się na skutek długotrwałego odłączenia akumulatora głównego?
Ostatnio edytowane przez kazwita ; 12-12-2010 o 01:14 Powód: Literówka.
Forum działa, więc w końcu przeczytałem zaległy odcinek serialujak zwykle rewelacja
![]()
Po dłuuugiej przerwie donoszę co następuje:
do dnia dzisiejszego nie dostałam oficjalnego pisma, tj komuś w FJ nie chciało się wysłać poleconego. Poszłam do sklepu i okazało się że reklamacja jest już dawno rozpatrzona!
Podparli się ekspertyzą Nikona, która stwierdza, że:
- usterka nastąpiła z winy klienta...
-... ponieważ została użyta WADLIWA KARTA lub karta została użyta NIEDBALE
Ręce mi opadły ponieważ:
ad.1 - jest to podstawą do naprawy w ramach rękojmi (a nie moja wina)
ad.2 - czytałam długo instrukcję obsługi i nie dopatrzyłam się definicji DBAŁOŚCI.
W związku z powyższym oczywiście wnoszę odwołanie.
Ostatnio edytowane przez pinquin ; 19-12-2010 o 21:32
Usunięto komercyjną stopkę - regulamin forum!
Jesteś twarda.
Mnie by się już nie chciało... to przecież walka z wiatrakami.
Czy wycenili potencjalną naprawę?
24355050508080135105200...
www.jswierad.pl
ale czemu?
Jeżeli kupiła kartę w tym samym sklepie (a tak przecież jest), to winę za nieoryginalną kartę ponosi sklep.
A jak można włożyć niedbale kartę do gniazda? Jeżeli jest taka możliwość, to znaczy, że prowadzenie karty jest niewłaściwe. A za to odpowiada producent aparatu.
Skontaktuj się z nami