Szukaj
Wrocilem z wyscigow. Dojechalem 7/350 po kraksie z trojkolowym czolgiem na 70-80km... kolko zwichrowane ale trzeba bylo skonczyc bo 150km wyscig lol. Na 40km do konca umarlem (ciezki tydzien byl i chyba sie przytrulem czyms dzien wczesniej bo uczucie jakbym mial zemdlec mimo dostarczania energii w postaci zeli, bananow, pauerbara + litry elektrolitow i innego szajsu). Uprzedzajac pytania - tu tylko critrejsy sa na zamknietych drogach (a i tak mozna trafic na jakis szajs), dlugie dystanse wszystko na otwartych. Moja druzyna wziela 4 czy tam 5 miejsc w top10 (wlaczajac zwyciestwo). Nie bylo zle.
Male video:
EDIT: Oczywiscie w gopro wyglada jakby z lewej bylo 10m miejsca, ale nie bylo lol. Na szczescie nic powaznego sie nie stalo, troche mnie lupie w kolanie i kostce![]()
Ostatnio edytowane przez shaolin ; 08-05-2017 o 12:53
Gratulacje shao. Dobrze, że nie miałeś karbonowych kół, bo byś do mety musiał wheelie jechać![]()
Brawo, za wynik a nie za krasz![]()
Enve by daly rade (nie mam innych karbonow) ale pewno rower z plastiku bylby w dwoch kawalkach, tytan sie odbil tylko (glowne uderzenie poszlo w noge, potem w rower).
Campy Zonda troche zwichrowane ale do wyprostowania. Swietne kola!
Słów kilka jak się jeździ rowerem w Holandii. Na rowerach spędziliśmy w sumie dwa dni, jeden w Rotterdamie i jeden w Amsterdamie. Rowery to były zwykłe, jednobiegowe miejskie kozy, pożyczone z hosteli. Ten w Rotterdamie nie miał nawet przedniego hebla, a tylnym była kontra. Dla odmiany rower w Amsterdamie był nieco za mały na mnie i miałem problemy przy powolnych manewrach, bo zaczepiałem kolanami o kierownicę (jaskółka). Wypożyczenie roweru na 24h w Rotterdamie kosztowało 8 eurasów, a w Amsterdamie 15. Może i w A znalazłoby się taniej, ale hostel mieliśmy tak trochę na zadupiu, zatem lepiej było pożyczyć z hostelu. Siostra, który niemal cały zeszły rok mieszkała w A, pisała mi, że najlepiej wypożyczyć ze sklepu z używanymi rowerami i kosztuje to 8-12 euro.
Tyle tła akcji.
Jak pisałem w Rotterdamie trzeba było nieco uważać na tramwaje, tak w Amsterdamie rowerzysta stoi na szczycie łańcucha pokarmowego i nawet zwodzony most nie jest go w stanie powstrzymać.
Jeździ się cudownie, sieć DDR oszałamia, nie trzeba planować trasy zastanawiając się czy da się tam pojechać rowerem, na pewno się da. Ludzie umieją jeździć, jeżdżą szybciej lub wolniej, ale bardzo pewnie. Na tyle pewnie, że sam czasem miałem pietra przy pokonywaniu skrzyżowań i to nie ze względu na samochody. Zresztą jedyne kolizje rowerzystów jakie widziałem to ze skuterem, z innym rowerzystą i z pieszym. W Holandii po DDR mogą się poruszać skutery, na szczęście jest ich mało i są to pierdziawki, zatem łatwo uniknąć interakcji z nimi. Większość kierowników skuterów jeździ bez kasku. Piesi rozglądają się przed przejściem przez DDR i ustępują pierwszeństwa rowerzystom, nawet jak spotkanie ma miejsce na pasach. Nawet jak się zagapią, dzwonek sprawia, że niemal odruchowo uciekają z DDR, bez oglądania się co jedzie. U nas to nagminne, lezie jeden z drugim DDR, dzwonię i zamiast zejść, to się jeszcze obejrzy czy, aby na pewno to rower jedzie. Jakby się co najmniej wahadłowca spodziewał.
Z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że rowerzyści w H nie jeżdżą DDR pod prąd. No nie i już. Zupełnie odwrotnie niż u nas gdzie dziesiątki debili, których mijam codziennie zdają się w ogóle nie rozumieć idei kierunkowości drogi. Tych których mam chęć opieprzyć za jazdę pod prąd, nieodmiennie przyjmują wyraz twarzy o którym nie śniło się nawet antropologom.
W Rotterdamie jeździło się przyjemniej, ze względu na luźniejszą zabudowę, mniej pieszych i mniej rowerów. W Amsterdamie było spoko, ale w centrum zawsze tłoczno i zawsze ciasno.
Przy oddawaniu rowerów w A, sympatyczna dziewczyna w recepcji, stwierdziła, że zdobyliśmy osiągnięcie pod tytułem: "Przeżyłeś jazdę na rowerze w Amsterdamie". Coś w tym jest.
Reasumując, nadal uważam holenderski model ruchu drogowego za przegięty, ale tam to się sprawdza, przez nawyki, przepisy, infrastrukturę i tradycję. Próba bezmyślnego przeszczepienia tego na inny grunt musiała by się skończyć fiaskiem i dużo czasu i zapewne ofiar pochłonęłoby osiągnięcie tego do czego doszli w Holandii. Podobne rzeczy widziałem tylko w Niemczech w dużych ośrodkach uniwersyteckich (Getynga, Munster) i chyba w Kopenhadze, ale w tej ostatniej tylko z pozycji obserwatora. Stwierdziłem, że pewnie ze dwa tygodnie zajęło by mi nabranie holenderskich nawyków i jeździłbym jak autochton. Ciekaw jestem natomiast jak sobie radzą holenderscy rowerzyści, którzy chce jeździć rowerem w polskich miastach?
Korzystając z okienka pogodowego po południu, wybrałem się nieopodal domu na tripa. Pogoda (a szczególnie temp. d.py nie urywa, ale cóż począć, taka wiosna AD'2017)
W łikenda też miałem swoją "Górkę Płaczu"
Podjazd 3,9km, 465up, średnio 11,90%, chwilami 17% (w tym końcówka), ok.40% szuter i kamule, do tego: przyciężkawe enduro, podflaczałe 2,4" opony i niewytrenowany rider
- obowiązkowy izotonik i zaduma pt.: "co z tą nazwą" ?
Jedne mapy i przewodniki podają Chrobacza Łąka (w tym Wiki), inne zaś, Hrobacza Łąka. Nie ma jednomyślności. Jestem za wersją, że nazwa szczytu wzięła się od nazwy pobliskiej łąki, ta zaś, od nazwiska jej niegdysiejszego właściciela o nazwisku "Chrobak"
- od ostatniej wizyty w zeszłym roku, nastąpiły spore zmiany. Otóż powstała "spychaczówka" o długości ok.200m omijająca samo wzniesienie z krzyżem i dołączająca z drugiej strony do szlaku. Nie mam pojęcia nad celowością tego obejścia szczytu, .. no chyba, że to specjalnie dla pogan
- druga "spychaczówka" z kolei pociągnięta od Przeł. u Panienki. Tutaj już widzę większy sens, gdyż omija dość upierdliwy wypych rowerza.
- miejsce już Wam znane w drodze na Magurkę (tym razem bez czelendżu z małolatem![]()
- równia pod Skrzycznem w promykach gwiazdy
- kolejny już raz na Czuplu (w ciągu 2 lat, na 3 rowerzach, 4 raz), ale dziś powrót nowym szlakiem
- Jez.Międzybrodzkie widziane z innej perspektywy
- zjazd niebieskim/czerwonym szlakiem do Międzybrodzia można podać za przykład typowej "beskidzkiej rąbanki"
Skontaktuj się z nami