Close

Zobacz kanał RSS

Marta Baranowska

SAMOŚĆ

Oceń wpis
Dawno mnie tu nie było. U mnie temat jak zwykle niezmienny. Aż z tego wszystkiego zapomniałam jak dodać wpis. Zajęło mi to chwilę.

Siedzę na łóżku, a w zasadzie to nie siedzę, a półleżę, z laptopem na kolanach i kieliszkiem w dłoni. No więc półleżę, piję wino, choć miałam nie pić i jem bagietkę, choć miałam nie jeść. I myślę sobie, że to jest, *****, strasznie smutne. Takie życie sam na sam ze sobą.

Jestem chyba w naj****owszym momencie ever. Wiem już, czego nie chcę, ale jednocześnie nie za bardzo wiem, co jest dla mnie ważne. Wiem, że nie chcę plastra, związku na zakładkę, bycia z kimś tylko po to, żeby być. Bo to fajne jest – wracać do domu, w którym ktoś czeka, krząta się, wstawia wodę na herbatę albo pyta, jak minął dzień. Niby nic, ale uświadamiasz sobie, jak bardzo Ci tego brakuje dopiero w momencie, gdy zostajesz sam. I teraz masz dwie opcje do wyboru: albo kontemplować tę swoją samość (nie samotność, bo zbyt wielu bliskich ludzi jest obok mnie), albo wziąć i przygarnąć pierwszego lepszego Jasia, z którym będzie Ci się dobrze rozmawiać. Zaadoptować go, oswoić i tworzyć z nim coś na kształt domu. Bo tak jest raźniej. Łatwiej i przyjemniej. Been there. Done that. Więcej nie chcę.


SAMOŚĆ*



Tak więc wybieram samość. Wieczory z książką, muzyką, internetem i patrzeniem w sufit. Czasem ktoś przyjdzie, czasem ja wyjdę, ale generalnie zawsze wracam w to samo miejsce – miejsce ciszy. Miejsce pustki. Miejsce chaosu. Miejsce szczęścia. I wszystkich złych myśli. Moje miejsce. Im dłużej w nim jestem, tym bardziej uświadamiam sobie, że wolę być sama niż z kimkolwiek. I to jest z jednej strony dobre, oznacza progres z rozwojowego punktu widzenia, a z drugiej smutne, bo wiem, że być może już zawsze będę tylko ja.

Me, myself and I.

ZA-KOCHANIE

Tymczasem przyszła jesień i człowiek czuje, że mógłby, a w zasadzie to chciałby się zakochać. Tylko widzicie, to już nie jest takie proste. Kiedyś wystarczyło, że spojrzał na Ciebie TAK, a potem wsadził Ci stokrotkę we włosy. Wiater wiał, kwiaty pachły, i żyli długo i szczęśliwie. Teraz, dziś, w wieku trzydziestu-kilku lat, kalkulujemy. Co robi w życiu, czym się interesuje, czy jest odpowiedzialny, czy byłby dobrym ojcem dla mojego potencjalnego dziecka?

Załóżmy, że tak. Brawo, mamy kandydata na partnera! Tylko trochę, *****, gorzej, jak brakuje chemii, flow. Wzajemnego zrozumienia, czytania sobie w myślach, wybuchania głupkowatym śmiechem w tych samych momentach. Powiecie mi, że to najmniej ważne, kwestia dopracowania. ****a tam. To coś albo jest, albo tego nie ma. Naturalna więź, koneksja, czyste, szczeniackie zakochanie. Jak dla mnie, bez tego „porażenia prądem” nie ma związku. Nie ma w ogóle wstępu do niego.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że człowiek po kilku nieudanych związkach, człowiek wybierający samość, staje się cyniczny. Sceptyczny. Sarkastyczny. Hasztag ironia. Słowem: przestaje wierzyć, że mógłby się znów tak czysto, niewinnie, szczerze zakochać.


ŻYCIE
Ot. Taki czas, że wolę patrzeć w ścianę niż w siebie.
Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy