dreamdealer
23-02-2009, 01:37
pacjent: D70, kupiony na początku stycznia 2005.
total pictures: 15331
Jak widać, dużo zdjęć to ja nie zrobiłem. O aparat i akcesoria dbam, mimo czasem dość
niesprzyjających warunków.
Od początku miałem problemy z kartą, lecz bardzo rzadko. Co jakiś czas pojawiał się komunikat o
błędzie i polecenie, by sformatować kartę. Czasem pomagało wyłączenie na chwilę aparatu. Częściej
jednak sposób ten zawodził. Naciśniecie podglądu po to by zobaczyć czy coś się nie stało ze
zrobiony już zdjęciami kończyło się komunikatem "brak zdjęć na karcie". Używałem tylko Lexar
512mb 80x. Jako, że nic nie jest bezbłędne, ignorowałem problem.
Niestety, jak na złość, rok 2008 to coraz częściej ukazujący się komunikat o błędzie, światełko
od karty mruga, aparat nie reaguje na większość przycisków. Początkowo pomagało wyjęcie karty,
jednak z czasem nawet wyjęcie baterii (oryginalna jak i zamiennik) nic nie dawało. Podczas jednej
sesji, w ciągu godziny aparat zawieszał się co kilka minut. Działo się to niezależnie od karty
(oryginalne lexar i sandisk ultra/extreme). Po rozmowach z kilkoma Nikoniarzami, wyszło, że
wszystkie objawy pokrywają się z BGLOD.
Postanowiłem wysłać aparat do serwisu, wierząc, że coś się tam zmieniło. Skorzystałem z pomocy
koleżanki, która studiuje w Warszawie - dałem jej aparat wraz z opisem usterki... i tutaj zaczyna
się przygoda.
Serwis na stwierdzenie BGLOD zrobił wielkie oczy. Aparat został oddany 13 stycznia. Poinformowano
ją pisemnie, że na kosztorys naprawy trzeba czekać 2-3 tygodnie. Po wycenie 2 wyjścia: albo
naprawa, albo można zrezygnować, ale trzeba wnieść opłatę 90 zł za przegląd.
Aparat leżał 4 tygodnie. 3 dni prób dzwonienia do serwisu, by otrzymać informację o tym co dzieje
się z aparatem kończyło się informacją o tym, że serwisant oddzwoni w przeciągu kilku godzin
(oczywiście telefonu zwrotnego za każdym razem nie było). Po kilku telefonach udało się uzyskać
informację, że to prawdopodobnie usterka techniczna, ale technik przeprowadza jeszcze testy
sprzętu.
Po 3 dniach powyższych prób okazało się, że technik jednak się rozmyślił i nie jest to
wada fabryczna, a przy próbie wnikliwego dopytania się odnośnie procedury naprawy, pani przy
telefonie była opryskliwa i nie potrafiła odpowiedzieć. Może serwis powinien wreszcie zacząć
nagrywać rozmowy prowadzone przez serwisantów?
Co nastąpiło dalej? Otóż 12tego lutego dostajemy maila z serwisu z następującym wyliczeniem (oraz
informacją, że są 2 tygodnie na podjęcie decyzji - naprawiać czy nie):
https://forum.nikoniarze.pl//brak.gif
źródło (http://img201.imageshack.us/img201/1498/nikon.png)
To już nie to, że na obecną chwilę, cena naprawy jest bliska cenie tego korpusu na rynku wtórnym.
Jak to jest, że kilka różnych osób, od kilku lat działających na Nikonach stwierdza, że to BGLOD,
a technik nagle twierdzi inaczej. Jakie jest prawdopodobieństwo, że zadbany aparat, który nigdy
mi nie spadł i nie był nikomu pożyczany, nagle, ot tak sam z siebie się popsuł? Nie znam się
dokładnie na działaniu takiego aparatu, ale czy ktoś nie idzie na łatwiznę wymieniając włącznik i
port? Sam Nikon utrudnia kwestię, gdyż nigdzie nie mogłem znaleźć zakresu numerów seryjnych
objętych tą wadą. Jej opis w internecie pozwala mi stwierdzić, że mój aparat jest nią objęty.
Kiedy robię zdjęcia, sprawny aparat jest dla mnie niesłychanie ważny. Wątpie, czy technik
przykłada uwagę do puszek pokroju D70, w końcu użytkownik takiego korpusu, to szara masa.
Czy Nikon tworzy tak śmieszne produkty, które po 15 tysiącach klatek się psują same z siebie. Czy
jednak może ktoś ma nad sobą regulamin, by nie stwierdzać takich usterek, albo ma jakiś limit,
skoro BGLOD naprawia się za darmo. W atmosferze, gdzie klient jest traktowany jako natręt, trudno
mi nie podejrzewać, że nikogo nie interesuje, że zostałem pozbawiony mego aparatu na miesiąc (czy
nie powinno stosować się zamienników aparatów tak jak się to robi z aparatami telefonicznymi w
serwisach?). No cóż... zostawia mnie się z przekonaniem, że produkt Nikona to zabaweczka, która
wystarczy na 15 tysiącach klatek.
Czy ktoś z forumowiczów może mi pomóc?
total pictures: 15331
Jak widać, dużo zdjęć to ja nie zrobiłem. O aparat i akcesoria dbam, mimo czasem dość
niesprzyjających warunków.
Od początku miałem problemy z kartą, lecz bardzo rzadko. Co jakiś czas pojawiał się komunikat o
błędzie i polecenie, by sformatować kartę. Czasem pomagało wyłączenie na chwilę aparatu. Częściej
jednak sposób ten zawodził. Naciśniecie podglądu po to by zobaczyć czy coś się nie stało ze
zrobiony już zdjęciami kończyło się komunikatem "brak zdjęć na karcie". Używałem tylko Lexar
512mb 80x. Jako, że nic nie jest bezbłędne, ignorowałem problem.
Niestety, jak na złość, rok 2008 to coraz częściej ukazujący się komunikat o błędzie, światełko
od karty mruga, aparat nie reaguje na większość przycisków. Początkowo pomagało wyjęcie karty,
jednak z czasem nawet wyjęcie baterii (oryginalna jak i zamiennik) nic nie dawało. Podczas jednej
sesji, w ciągu godziny aparat zawieszał się co kilka minut. Działo się to niezależnie od karty
(oryginalne lexar i sandisk ultra/extreme). Po rozmowach z kilkoma Nikoniarzami, wyszło, że
wszystkie objawy pokrywają się z BGLOD.
Postanowiłem wysłać aparat do serwisu, wierząc, że coś się tam zmieniło. Skorzystałem z pomocy
koleżanki, która studiuje w Warszawie - dałem jej aparat wraz z opisem usterki... i tutaj zaczyna
się przygoda.
Serwis na stwierdzenie BGLOD zrobił wielkie oczy. Aparat został oddany 13 stycznia. Poinformowano
ją pisemnie, że na kosztorys naprawy trzeba czekać 2-3 tygodnie. Po wycenie 2 wyjścia: albo
naprawa, albo można zrezygnować, ale trzeba wnieść opłatę 90 zł za przegląd.
Aparat leżał 4 tygodnie. 3 dni prób dzwonienia do serwisu, by otrzymać informację o tym co dzieje
się z aparatem kończyło się informacją o tym, że serwisant oddzwoni w przeciągu kilku godzin
(oczywiście telefonu zwrotnego za każdym razem nie było). Po kilku telefonach udało się uzyskać
informację, że to prawdopodobnie usterka techniczna, ale technik przeprowadza jeszcze testy
sprzętu.
Po 3 dniach powyższych prób okazało się, że technik jednak się rozmyślił i nie jest to
wada fabryczna, a przy próbie wnikliwego dopytania się odnośnie procedury naprawy, pani przy
telefonie była opryskliwa i nie potrafiła odpowiedzieć. Może serwis powinien wreszcie zacząć
nagrywać rozmowy prowadzone przez serwisantów?
Co nastąpiło dalej? Otóż 12tego lutego dostajemy maila z serwisu z następującym wyliczeniem (oraz
informacją, że są 2 tygodnie na podjęcie decyzji - naprawiać czy nie):
https://forum.nikoniarze.pl//brak.gif
źródło (http://img201.imageshack.us/img201/1498/nikon.png)
To już nie to, że na obecną chwilę, cena naprawy jest bliska cenie tego korpusu na rynku wtórnym.
Jak to jest, że kilka różnych osób, od kilku lat działających na Nikonach stwierdza, że to BGLOD,
a technik nagle twierdzi inaczej. Jakie jest prawdopodobieństwo, że zadbany aparat, który nigdy
mi nie spadł i nie był nikomu pożyczany, nagle, ot tak sam z siebie się popsuł? Nie znam się
dokładnie na działaniu takiego aparatu, ale czy ktoś nie idzie na łatwiznę wymieniając włącznik i
port? Sam Nikon utrudnia kwestię, gdyż nigdzie nie mogłem znaleźć zakresu numerów seryjnych
objętych tą wadą. Jej opis w internecie pozwala mi stwierdzić, że mój aparat jest nią objęty.
Kiedy robię zdjęcia, sprawny aparat jest dla mnie niesłychanie ważny. Wątpie, czy technik
przykłada uwagę do puszek pokroju D70, w końcu użytkownik takiego korpusu, to szara masa.
Czy Nikon tworzy tak śmieszne produkty, które po 15 tysiącach klatek się psują same z siebie. Czy
jednak może ktoś ma nad sobą regulamin, by nie stwierdzać takich usterek, albo ma jakiś limit,
skoro BGLOD naprawia się za darmo. W atmosferze, gdzie klient jest traktowany jako natręt, trudno
mi nie podejrzewać, że nikogo nie interesuje, że zostałem pozbawiony mego aparatu na miesiąc (czy
nie powinno stosować się zamienników aparatów tak jak się to robi z aparatami telefonicznymi w
serwisach?). No cóż... zostawia mnie się z przekonaniem, że produkt Nikona to zabaweczka, która
wystarczy na 15 tysiącach klatek.
Czy ktoś z forumowiczów może mi pomóc?