Zobacz pełną wersję : Wywiad z Witoldem Krassowskim
Zapraszam na wywiad z Witoldem Krassowskim, zrealizowany przy okazji prelekcji na Akademii Odkryć Fotograficznych w Lublinie:
http://www.babach.eu/wywiady/spotkanie-mistrzem-witold-krassowskidzieki-fotografii-poznajemy-siebie/
myślę, że warte zastanowienia:
Patrząc na ekranik oceniamy obraz, a patrząc przez wizjer oceniamy rzeczywistość. Ja się odnoszę do rzeczywistości, nie do obrazu. Patrząc na ekranik będę miał tendencję do robienia zdjęć ładnych i estetycznych, natomiast patrząc na rzeczywistość będę miał tendencję do robienia zdjęć treściwych
Zdjęcie to jest zawsze reakcja na rzeczywistość. Nie wolno oczekiwać konkretnego obrazu, bo wtedy człowiek „przepuszcza” to, co się dzieje wokoło, nastawia się na jeden obraz i tylko tego obrazu szuka.
tomisiek
22-07-2014, 13:00
Warto przeczytać. I zrozumieć. Dzięki za linka.
myślę, że warte zastanowienia:
Patrząc na ekranik oceniamy obraz, a patrząc przez wizjer oceniamy rzeczywistość. Ja się odnoszę do rzeczywistości, nie do obrazu. Patrząc na ekranik będę miał tendencję do robienia zdjęć ładnych i estetycznych, natomiast patrząc na rzeczywistość będę miał tendencję do robienia zdjęć treściwych
Najlepsze jest to, że w technice cyfrowej mamy możliwość wyboru "trybu pracy" i korzystać zarówno z wizjera jak i oceny wykonanego obrazu na matówce.
W wywiadzie poruszonych jest sporo interesujących kwestii, które mogłyby dać zaczyn ciekawej dyskusji (byleby nie o wyższości techniki cyfrowej nad analogową lub odwrotnie). Muszę powiedzieć jednak, że przewijająca się teza o fotografie jako "swoistym odbiorniku rzeczywistości" a znajdująca ukoronowanie w zdaniu
Zdjęcia studyjne to czyste rzemiosło: fotograf robi to, co klient zamawia. jest jednak trudna do obrony - bo tzw fotografia kreowana bez wątpienia to ważny nurt fotografii "artystycznej". Więc nie trzeba czerpać wcale z rzeczywistości "zastanej" aby zrobić coś istotnego.
Nie zmienia to postaci, że warto ten tekst przeczytać i się zastanowić tym bardziej, ze jest bardzo przystępnie opowiedziany.
Pozdro
Wiesiek
Oczywiście nie przytoczyłem słów WK jako dogmatu;
nie do końca się z nim zgadzam, ale mi trochę dało do myślenia :)
Np. też od razu pomyślałem sobie, że przecież można pracować patrząc w wizjer, ale sprawdzając jak zdjęcie wyszło, siłą rzeczy koncentrujemy się na efekcie zamiast na "temacie".
Ja nieraz pracowałem praktycznie nie patrząc na ekranik i potem kląłem jak widziałem, że mały błąd albo pechowy zbieg okoliczności dyskwalifikowały zdjęcie..
Natomiast przytoczony cytat dał mi do myślenia, że często za mało we mnie humanizmu.. (robię zdjęcia praktycznie tylko ludziom).
Co do drugiej poruszonej przez Ciebie kwestii to oczywiście się zgadzam, ale rozumiem też stanowisko pana Witolda jako dokumentalisty.
Jak ostatnio kupowałem kompakt, to priorytetem był wizjer optyczny. Nie jestem w stanie robić zdjęć na zombi. Jednak nie dopisywał bym do tego żadnej teorii. Moim zdaniem to kwestia przyzwyczajenia, tak nauczyłem się patrzeć. Przypuszczam, że ludzie, którzy zaczęli fotografować w czasach cyfrowych i od razu korzystali z ekranika, patrząc nań także potrafią oceniać rzeczywistość. Przecież patrząc w wizjer optyczny, też de facto tworzymy obraz.
Sławomir
25-07-2014, 08:51
!AGrest, masz trochę racji. "Przypuszczam, że ludzie, którzy zaczęli fotografować w czasach cyfrowych i od razu korzystali z ekranika, patrząc nań także potrafią oceniać rzeczywistość". I tylko chodzi o odsetek tak myślących. Jednak większość wali prawie na oślep i wykonuje tryliardy zdjęć. I dopiero jak trzeba wrzucić coś na fejsa czy G+, trochę się zastanawiają. Myślę, że większość fotografujących, którzy swoją przygodę zaczynali od "głębokiego" analoga zachowało inne podejście do aparatu i obrazu końcowego. Ci którzy robią bardzo dużo zdjęć najczęściej mają je na dysku (nawet wirtualnym). Ze swego doświadczenia wiem, że najlepiej lubię papier (może być PCV) choć czasami brak czasu na druk czy odbitkę. Witold Krassowski zwraca uwagę jeszcze na jedno: myśl przed zrobieniem zdjęcia a nie nastawiaj się na ilość.
"...potrafią oceniać rzeczywistość" ale co oceniamy: rzeczywistość czy obraz - kawałek wycięty i w ramce. Myślę, że do wykonania dobrego foto trzeba oceniać rzeczywistość w trakcie jego robienia, a już sam obraz jest wynikiem twórczego cięcia tejże rzeczywistości.
HCB zostawił po sobie setki niewywołanych negatywów, więc nastawiał się na ilość i nie myślał przed zrobieniem zdjęcia.
W kwestii ilości, to przecież dużo zależy od tego, co fotografujemy. We wnętrzach robisz tyle kadrów, ile planujesz użyć, plus powiedzmy dwa na wszelki wypadek. W streecie jest to chyba niewykonalne, tam trzeba swoje wystrzelać.
No jak to, przecież Witold Krassowski raczej wnętrz nie robi.
Chyba się zgubiłem w tej dyskusji...
Taka prowokacja z mojej strony.
Ponieważ nie mogę cytować, to napisze tak, kolega Sławomir podniósł kwestię: "myśl przed, a nie rób setki zdjęć".
Wielcy i uznani zostawili po sobie setki wywołanych i niewywołanych zdjęć. Można znaleźć stykówki, gdzie jasno widać, że do jednego zdjęcia potrzeba było czasem całego filmu. Czy zatem można napisać, że nie myśleli, a napieprzali bez opamiętana, bo coś się wybierze? Skąd w takim razie uznanie i wielkość?
Mimo, że prace Krassowskiego bardzo cenię, to ten wywiad jakiś dziwny jest.
Jakby sam nie wiedział co chce przekazać i miota się od jednego tematu do drugiego. Poza tym odniosłem wrażenie, że za wszelką cenę chce udowodnić, ze fotografowanie analogiem jest lepsze czy szlachetniejsze niż cyfrówką. Nie rozumiem tego. Argument o intensywniejszym myśleniu, bo analog kosztuje, łatwo obala historia fotografii. Jak nie było cyfry, to robiło się tyle zdjęć na filmie ile było potrzeba. Aspekt finansowy był, ale na entym planie. Od dawna walczę z poglądem, ze analog bardziej skłania do myślenia niż cyfra, bo każda klatka kosztuje. No sorry, ale jeżeli to jest jedyny powód, to są setki innych zajęć. Fotografia to nie obowiązek.
Poza tym jak napisał chory, czy Krassowski nie widział cyfry z wizjerem?
A jeszcze jedno. śp. Wiktor Wołkow, zapytany na to czemu nadal robi na analogu, odpowiedział, ze już jest za stary żeby się uczyć cyfry.
Taką odpowiedź rozumiem i w pełni do mnie trafia. Natomiast wydumane deprecjonowanie cyfrówki nie.
Taka prowokacja z mojej strony.
Ponieważ nie mogę cytować, to napisze tak, kolega Sławomir podniósł kwestię: "myśl przed, a nie rób setki zdjęć".
Wielcy i uznani zostawili po sobie setki wywołanych i niewywołanych zdjęć. Można znaleźć stykówki, gdzie jasno widać, że do jednego zdjęcia potrzeba było czasem całego filmu. Czy zatem można napisać, że nie myśleli, a napieprzali bez opamiętana, bo coś się wybierze? Skąd w takim razie uznanie i wielkość?
To prawda, polecam zapoznanie się z genialnym albumem/książką Magnum Contact Sheets, nieco rozjaśnia w tym temacie.
https://forum.nikoniarze.pl/imgimported/2014/07/elliotterwitt_contact_image-2.jpg
źródło (http://1.bp.blogspot.com/-qvt4BG2N-l0/TbBYTGo-dYI/AAAAAAAAAsM/ISB4MCgSk-U/s1600/elliotterwitt_contact_image.jpg)
Ponieważ nie mogę cytować, to napisze tak, kolega Sławomir podniósł kwestię: "myśl przed, a nie rób setki zdjęć".
Wielcy i uznani zostawili po sobie setki wywołanych i niewywołanych zdjęć. Można znaleźć stykówki, gdzie jasno widać, że do jednego zdjęcia potrzeba było czasem całego filmu. Czy zatem można napisać, że nie myśleli, a napieprzali bez opamiętana, bo coś się wybierze? Skąd w takim razie uznanie i wielkość?
SAINT mnie uprzedził ze swoim przykładem. Tylko to nie wyklucza hasła "myśl przed, a nie rób setki zdjęć".
Oni wszyscy szukali tematu (myśleli przed) a napieprzali żeby uzyskać ten decydujący moment. Widać to dokladnie na przykładzie Erwitta - on nie strzelał próbując różnych ujęć.
Ja tak zawsze rozumiałem pojęcie "strzelania zdjęć" - jako robienie tego bezmyślnie nie skupiając się na konkretnym motywie/kadrze.
matbe podzielam Twój pogląd i być może Krassowski to miał na myśli, ale z jego wypowiedzi to nie wynika. Dla niego powodem jest, że analog jest drogi, czym zmusza do myślenia, a cyfrą można bez opamiętania, ponieważ to nic nie kosztuje.
Dlatego ten wywiad jest dla mnie strasznie chaotyczny. Poza tym Krassowski MZ przeczy sam sobie. Z jednej strony mówi o myśleniu, a z drugiej, że nie wolno oczekiwać konkretnego obrazu. Przykład choćby stykówki Erwitta wrzucony przez Patryka czy wiele innych stykówek, które stoją za ikonami fotografii reportażowej. Wyraźnie widać, że autor wymyślał sobie scenę i tak długo robił zdjęcia, aż uznał, że uzyskał to co chciał. Może dla niego to już fotografia aranżowana jest, która go nie obchodzi. Nie wiem, akurat jego stykówek nie widziałem.
Sławomir
25-07-2014, 13:12
... no jakaś porządna dyskusja jest.
Zgadzam się z matbe jak i Tomkiem. W kwestii ilości wykonywanych dzisiaj zdjęć to może chodzi o brak selekcji zdjęć po ich wykonaniu. Tak właśnie robili najwięksi. I właśnie by wybrać TO jedno najlepsze wykonywali np. ich 36. I nawet najwięksi mieli ograniczenia jak robili jakiś temat. Można czasami o tym przeczytać we wspomnieniach. A dziś? nie zawsze ilość przekłada się na jakość. I argument o cenie cyfry (niby jest tańsza?) też do mnie nie trafia, do aparatu trzeba jeszcze dużo dokupić. Cena medium wcale nie zmalała. A co do wywiadu to myślę, że Krassowski odpowiadał na chaotycznie zadawane pytania lub całość została skrócona. I zostaje jeszcze jedna kwestia: wielu uznanych fotografów nie może pogodzić się ze zmianami jakie wokół nich zachodzą. Ubolewają na łamach i wywiadach. Podnoszą technologię srebrową do roli złota. A obraz końcowy się liczy. Nie czy zrobiony. Nic nie stoi na przeszkodzie wynaleźć (a może już jest) drukowanie zdjęć z cyfry na folię celuloidową (lub jakieś inne podłoże) i przechowywać w albumie na negatywy.
Liczy się efekt końcowy, a droga dojścia satysfakcjonuje tylko twórcę.
W pelni zgadzam się z Tomkiem. Zdjecia napieprzalo się zawsze i nie ma w tym nic zlego. Choc - jak ktos podrzucil przyklad Contact Sheets - sa tam tez przyklady fotografow, ktorzy robili 1 zdjecie 1 tematu. Rzadko ale się zdarzalo.
Wywiad uwazam - znow za Tomkiem - za rozczarowujacy. Chaotyczny i w zasadzie nie wiadomo do konca o co chodzi.
Dyskusja na poziomie proces analogowy-cyfrowy wydaje mi się o tyle bezprzedmiotowa, że liczy się skutek. Nie jestem w stanie przyjąć argumentu, że technika analogowa zmusza do zastanowienia się i oszczędzania każdej klatki a cyfrowa nie. W końcu to ja naciskam spust i nikt mi nie każe produkować terabajtów danych.
Ale na pewno nawyki związane z używaniem określonej konfiguracji sprzętowej mogą mocno wpływać na postawy fotograficzne. Opiszę to na swoim przykładzie. Zaczynałem oczywiście w procesach mokrych średnioformatowym (małoobrazkowym trochę), bardzo szybko wszedłem na 4" x 5". To droga (bardzo droga) technologia więc każdy strzał był poprzedzony bardzo solidną długotrwałą pracą. Ponieważ nikt nie mógł pozwolić sobie na ryzyko nieudanego zdjęcia to przed końcową ekspozycją robiło się próbne zdjęcia natychmiastowe na Polaroidzie (a częściej na Instant Fuji). Czas czekania na wywołanie tego materiału (2 min) dłużył się niemiłosiernie i dzisiaj wspominam ten okres jako nieustające czekanie na wywołanie próbek. Na materiały natychmiastowe moje studio wydawało w dzisiejszych kwotach pewnie z 20 000 rocznie. Sporo robiliśmy też na rollkasetach i formatach 6x8 cm. Ale tak czy tak klatka była cenna więc nikt spustu nie naciskał przypadkowo.
Pierwszy aparat cyfrowy jaki kupiłem to była MAVIC-a (czyli pierwszy jaki wyprodukowano) pewnie w 1996 roku, miała 700 000 Px i była na dyskietki 1,44" (na dokumentację brało się sporą torbę dyskietek). Do głowy wtedy by mi nie przyszło, że ta technika wyprze w ciągu 10 lat proces mokry. Ale możliwość przerzucenia niektórych zadań na ten sprzęt była bezcenna, wreszcie miałem np. dokumentację z wystaw designu i mogłem spokojnie pooglądać sobie interesujące mnie projekty. Część nieistotnego reportażu też tam poszła. Przez kolejne lata wymienialiśmy co 3 miesiące coraz to nowe konstrukcje (tak aby sprzedać stare póki można). Pierwszym aparatem który zaczęliśmy szerzej wykorzystywać, także w wydawnictwach, był Olympus Camedia E10 zakupiony gdzieś koło 2000 r za "jedyne" kilkanaście tysięcy zł. Zasadniczym motorem tych zmian była oszczędność czasu ale też niższe koszty. Ta oszczędność czasu, którą teraz chyba mało kto czuje, była olbrzymia. Zamiast zasuwać wieczorem do laboratorium gdzie do specjalnej skrzyneczki zamykanej kluczykiem (tylko dla VIP) wrzucało się slajdy. Zamiast zasuwać rano o 7.00 po odbiór, zamiast pędzić na skaner (a to oddzielna opowieść, którą uznalibyście zgoła za sf - i po kilkunastu godzinach był materiał do projektowania). Zamiast tego - obrazek był natychmiast. Dalszą część opowieści już pewnie znacie - cyfrowa technologia małoobrazkowa (podkreśliłbym to małoobrazkowa) króluje w najlepsze.
Ale stare nawyki mi pozostały, niektóre dobre, niektóre złe. Zanim nacisnę spust dokładnie zastanawiam się co chcę pokazać. wybór punktu widzenia to sprawa podstawowa, pracuję tak długo aż mam zakładany efekt. Niezbyt chętnie naciskam spust to naprawdę trudne do wykorzenienia, a czasem może jednak warto byłoby ponieść się chwili. Dalej kadrowanie - mam masakrycznie silny nawyk dokładnego komponowania - jeszcze z czasów błony płaskiej gdzie oddawało się gotowy kadr. Nawyk ten pogłębiły też lata pracy na dawniejszych aparatach cyfrowych gdzie nie było zapasu jakości. Więc wbijam sobie do głowy podczas sesji, żeby dodać 20% dookoła tak aby łatwo można byłoby zmienić proporcje kadru. Za to czasem znakomicie sprawdza się nawyk pracy z ciężkiego statywu - jak trzeba przenieść coś z sąsiedniej klatki jest to bardzo łatwe.
Inne nawyki, z którymi ja akurat nie mam takiego problemu, ale które myślę, że dotykają fotografów "troszkę starszych" są natury psychologicznej czy kulturowej. No bo wyobraźcie sobie - na początku transformacji wchodzicie na pusty rynek za konkurentów macie chałturników spod znaku ZPAF i rzemieślników - w ciągu roku, dwu można było zdobyć pozycję i naprawdę dobrą kasę. Tacy fotografowie do wszystkiego dochodzili sami bo przepływ informacji i idei był żaden. Trudno pogodzić się z tym, ze teraz wiele doskonałych rozwiązań (do których dochodziło się ciężką pracą) jest dostępnych w sieci. Co gorsza ponieważ praktycznie znikła bariera sprzętowa wejścia do zawodu to pojawiła się cała rzesza młodych fotografów. Wśród nich pewien procent jest naprawdę zdolny. Dlatego epoka cyfry (która przecież artystycznie niczego nie zmieniła) postrzegana jest (oczywiście słusznie) jako zagrożenie, upadek, pauperyzację. Na tym tle może więc wykształcić postawa buntu i robienia 'po staremu". Taka jest moja interpretacja części tych postaw bo nijak nie mogę dostrzec jakichkolwiek plusów fotografii analogowej (od momentu jak pojawiły się matryce o rozpiętości tonalnej 14 EV - dla mnie to był znak, że ta technologia stała się w pełni dojrzała).
Jest jeszcze jeden aspekt, chyba istotniejszy -obróbka obrazu. Dla takich fotografów jak ja proces analogowy i komputer to były rozdzielne procesy. Praktycznie od momentu pojawienia się pierwszych dostępnych, czyli w cenie poniżej 100 K zł, cyfrowych skanerów bębnowych zajmowaliśmy się obróbką zdjęć - ten sprzęt miał nawet lepsze możliwości niż obecny bo w 2000 roku najbardziej finezyjne prace potrafiliśmy skanować na 24 bity na kanał. Nie mniej jednak na początku skanerzysta to była oddzielna osoba, grafik druga a fotograf trzecia. Następne pokolenie zaczynało od doskonałej znajomości PS traktując to jako uzupełnienie możliwości aparatu. Różnica jest taka, że ja staram się na planie fotograficznym co się da zrobić aranżacją, oświetleniem i normalną studyjną praca (a co się nie da to na kompie) a mój trochę młodszy wspólnik młóci często komponenty i błyskawicznie kleci to w PS. Rezultaty i czas na to poświęcony mamy podobne ale droga jak widać inna. I w tym aspekcie (sprawności komputerowej) spora część mojego pokolenia chyba odstaje. Nie jest to dla mnie problem bo uważam, że fotografia to składnik procesu komunikacji i nie technologia lecz przekaz jest kluczowy. Ale chętnie wymieniłbym całą moją doskonałą znajomość fotochemii na lepszą znajomość a może wprawę w "cyfrowej ciemni i montażowni".
Na razie
Wiesiek
Nie jest to dla mnie problem bo uważam, że fotografia to składnik procesu komunikacji i nie technologia lecz przekaz jest kluczowy. Ale chętnie wymieniłbym całą moją doskonałą znajomość fotochemii na lepszą znajomość a może wprawę w "cyfrowej ciemni i montażowni".
Masz bardzo zdrowe podejście. Nie jest ono tak powszechne wśród tych co zaczynali na mokro, a na stare lata musieli, ponieważ wymógł to na nich rynek przestawić się na cyfrę. Nie mogąc nadążyć za technologią starają się deprecjonować nowsze technologie. Zapominając chyba, że jeżeli ktoś robił dobre zdjęcia na analogu, to na cyfrze może być tylko lepiej.
Zgadzam się z Tobą i podzielam pogląd, że zdjęcie ma być dobre. Tylko tyle i aż tyle.
A ja, który w analogowych czasach czekałem miesiąc na wypstrykanie całej małoobrazkowej kliszy, żeby się przekonać, że sknociłem ujęcie, bo ustawiłem za dużą przysłonę, który ślęczałem pod powiększalnikiem godzinami wykonując rękoma czy kartkami papieru magiczne gesty, coby doświetlić pewne partie na odbitce, który z koloru imałem się tylko slajdów ORWOCHROM, których to nijak nie dało się już skorygować, co najwyżej kadrować maskami z czarnego kartonu mozolnie wstawianymi w ramki, ja kocham "cyfrę" i dziękuję Bogu, że jej doczekałem! Amen.
Powered by vBulletin® Version 4.2.5 Copyright © 2026 vBulletin Solutions, Inc. All rights reserved.