Zobacz pełną wersję : Matury
http://www.tvn24.pl/-1,1708811,0,1,wstepne-wyniki-prawie-co-czwarty-maturzysta-oblal,wiadomosc.html
Kurcze dla mnie to lekki szok !!
Aż tak trudne były czy jednak to co obserwuje staję się faktem ...
Rafał_Sz
30-06-2011, 13:57
http://www.tvn24.pl/-1,1708811,0,1,wstepne-wyniki-prawie-co-czwarty-maturzysta-oblal,wiadomosc.html
Kurcze dla mnie to lekki szok !!
Aż tak trudne były czy jednak to co obserwuje staję się faktem ...A dla mnie żaden szok. Społeczeństwo staje się coraz bardziej odmóżdżone. Czasem przeprowadzam rekrutację do pracy i niektórych kandydatów mi naprawdę szkoda. Mają syndrom dla którego wymyśliłem nawet nazwę - upośledzenie nabyte.
Maciek R
30-06-2011, 14:18
Matury nie są trudne, są jednak przedmioty, na których trzeba pomyśleć samemu, a tego niestety, moim zdaniem, szkoła średnia nie uczy.
Są utarte schematy postępowania z danymi problemami, interpretacji problemu itd. itd.; inne są niedopuszczalne po prostu.
Przychodzi potem matura i rzuca się takiemu maturzyście problem, którego nie przerobił na zajęciach - i to jest już nie tylko problem natury, że tak powiem, tematycznej, ale problemu z własnym myśleniem. I to nie zawsze jest wina piszącego maturę. Zaczyna się taki zastanawiać czy to już gdzieś było, jak to ogarnąć, żeby trafić w "klucz"; zamiast spróbować rozwiązać to samemu próbuje się wymyślić, jakby poradził sobie z tym nauczyciel. To nie jest dobre.
Skąd to wiem? Pisałem w ubiegłym roku maturę i dokładnie tak się czułem z niektórymi zagadnieniami. Teraz mam trochę inny pogląd, bo jestem na studiach, na których można do oporu kombinować, jak rozwiązać problem, ważne, żeby rozwiązać go poprawnie.
A dla mnie żaden szok. Społeczeństwo staje się coraz bardziej odmóżdżone. Czasem przeprowadzam rekrutację do pracy i niektórych kandydatów mi naprawdę szkoda. Mają syndrom dla którego wymyśliłem nawet nazwę - upośledzenie nabyte.
Niestety potwierdzasz moje spostrzeżenia.
Olewanie i zadowolenie bylejakością wykazywaną przez niektórych, musi w końcu mieć gdzieś swój efekt.
GrzesiekM
30-06-2011, 14:22
... jest też jednosta socjopatologiczna zwana analfabetyzmem wtórnym i to tu pasuje: http://www.ithink.pl/artykuly/biznes/nauka/analfabetyzm-wtorny-kula-u-nogi-polskiego-spoleczenstwa/
Rodzicu! Kup dziecku kolejny telewizor, komputer/laptopa, telefon, (inny sprzet RTV), pozwol na coraz wiecej komunikatorow/bzdur pokroju NK/FB, a nastepnie zwal to na nauczycieli, wydaj kupe kasy na korepetytora a na koncu placz, ze dziecko sie nie uczy!
Nikt mi nie powie, ze wystarczy ksiazka do nauki* i chęci
*nie chodzi o przekonanie, ze np. komputer jest zlem
Tez jestem w szoku, zwlaszcza, ze matury z roku na rok sa coraz latwiejsze.
Ale z drugiej strony 15 lat temu te 25% uczniow zamiast startowac do matury konczyloby zawodowki. A teraz wymaga sie , zeby wszyscy lacznie z tymi mniej zdolnymi koniecznie mieli srednie z matura.
Rewolucja w oświacie dała powszechność, ale i obniżenie poziomu.
-Panie magistrze, jeszcze frytki poproszę.
Rafał_Sz
01-07-2011, 07:29
Tez jestem w szoku, zwlaszcza, ze matury z roku na rok sa coraz latwiejsze.
Ale z drugiej strony 15 lat temu te 25% uczniow zamiast startowac do matury konczyloby zawodowki. A teraz wymaga sie , zeby wszyscy lacznie z tymi mniej zdolnymi koniecznie mieli srednie z matura.
Właśnie takie podejście do zawodówek skutkuje po części takimi, a nie innymi fachowcami w tym kraju. Potrzeba tu fachowców rzetelnie wykształconych w szkołach zawodowych. Magistrów po "zarządzaniu" czy "turystyce" mamy już na tony. Inna sprawa, że komuna wykształciła system edukacji w której zawodówka stała się szufladą dla tych trochę z tyłu, trochę z dołu.
Na szczęście to się zmienia.
Tez jestem w szoku, zwlaszcza, ze matury z roku na rok sa coraz latwiejsze.
Ale z drugiej strony 15 lat temu te 25% uczniow zamiast startowac do matury konczyloby zawodowki. A teraz wymaga sie , zeby wszyscy lacznie z tymi mniej zdolnymi koniecznie mieli srednie z matura.
Sam pisałem w tym roku maturę i z pierwszym twoim zdaniem się nie zgodzę, bo w tym roku matura była trudniejsza niż rok temu, nie powiem ze to na prawdę coś trudnego ale poniektórym mogło sprawić problem (choć nie ma co ukrywać połowa zadań to są zadania charakterystyczne które się zawsze powtarzają, wystarczy tylko trochę chęci, a jak ktoś ma to gdzieś to oblewa i potem zwala na system nauczania).
Wymaga się żeby wszyscy mieli średnie z maturą, a nawet magistra, teraz posiadanie tylko (albo aż) zawodu to wstyd :/
Powszechna edukacja to kwestia ostatnich kilkudziesięciu lat.
Jak widać natura dąży do przywrócenia naturalnego porządku.
Dla mnie nie do pomyślenia jest fakt, że aby zdać maturę trzeba ją napisać na zaledwie 30%
Też zdawałem w tym roku. Zgadzam się, że matury (jak i cały program szkolny) jest z roku na rok coraz bardziej okrojony, wymagania są coraz mniejsze a matury łatwiejsze. Nie podzielam zdania, jakoby matura w tym roku generalnie była trudniejsza - oglądałem arkusze z lat ubiegłych. Jedyny wyjątek - co potwierdzają również znajomi nauczyciele - to tegoroczna matura z matematyki, która była nie tyle trudniejsza, co zupełnie inna od tych z lat poprzednich. Efekt: wszyscy przygotowwali/nastawiali się na zadania podobne do tych z lat ubiegłych, a tu nagle dostali zupełnie inne zadania (chociaż dotyczące tego samego materialu) ktore sprawiły nieco trudności.
Inną sprawą jest to, że moim zdaniem szkoła powinna przekazywac przede wszystkim umiejętności i wiedzę, ia nie tak jak jest to w tym momencie, kiedy to cała 3 klasa liceum jest to nauka zdawania matury - bezsens.
2pompony
01-07-2011, 12:07
W każdej populacji istnieje określony procent leniwych, olewających, przygłupów, opóźnionych z winy własnej lub cudzej, albo po prostu mniej wydolnych. Tak po prostu jest, statystyka jest nieubłagana.
Urzędniczy wymóg, żeby wszyscy - łącznie z tymi co powyżej - zdali maturę jest idiotyczny, chyba, że obniżymy wymogi do poziomu osiągalnego dla najgorszych. Choćby się system szkolnictwa spierdział z wysiłku wszyscy matury nie zdadzą, bo takie są prawa natury. Na nic wszystkie reformy, jeśli się tego nie weźmie pod uwagę.
Pytanie co lepsze: obniżać próg, żeby większość jednak zdawała (czyli obniżyć rangę egzaminu, bo skoro każdy musi mieć, co to za wyczyn), czy wskrzesić szkoły, których zakończenie nei wiąże się ze zdawaniem czegoś nie do przejścia i pogodzić się z tym, że wszyscy matury mieć nie mogą...
Wydaje mi się, że 3 podstawowe i obowiązkowe matury są na tyle proste, że chyba na prawde trzeba się starac lub byc okropnym przygłupem żeby ich na te 30% nie zaliczyc. Poza tym widzę wśród rówieśników, że wiele osób po prostu maturę olewa.
Są też osoby, które wybierają sobie dodatkowe matury typu wiedza o sztuce/tańcu, nie uczą się do nich nic a nic - podchodzą z nastawieniem "a zobaczę jak mi pójdzie", piszą je na 20% po czym dzienniki na pierwszych stronach ogłaszają że 1/4 uczniów nie zdala przynajmniej jednej matury...
Jak widać trend odmóżdżania młodych przebiega zgodnie z założonym planem
Powiem krótko. Gdyby tym maturzystom dać tematy/zadania, jakie były na maturach w latach 70-tych ubiegłego wieku, to procent oblanych matur zapewnie wyniósł by jakieś 75%, albo jeszcze więcej. Coraz bardziej obniżają poziom tych matur i coraz więcej "klientów" tego nie potrafi zdać. Jak dla mnie to jest jedna wielka edukacyjna tragedia, która kiedyś zemści się na tym społeczeństwie. Mam tylko nadzieję, że nie doczekam. :wink:
Sam pisałem w tym roku maturę i z pierwszym twoim zdaniem się nie zgodzę, bo w tym roku matura była trudniejsza niż rok temu, nie powiem ze to na prawdę coś trudnego ale poniektórym mogło sprawić problem (choć nie ma co ukrywać połowa zadań to są zadania charakterystyczne które się zawsze powtarzają, wystarczy tylko trochę chęci, a jak ktoś ma to gdzieś to oblewa i potem zwala na system nauczania).
Wymaga się żeby wszyscy mieli średnie z maturą, a nawet magistra, teraz posiadanie tylko (albo aż) zawodu to wstyd :/
Chyba sobie żartujesz. Jak nie jest coraz łatwiejsza, jak jest? Zdawałem maturę parę lat temu i pamiętam jak dziś, że na maturze były np. pochodne. XX lat temu były całki. Nadal jesteś pewien swojej tezy?
W ogóle nie rozumiem tego całego zamieszania z maturami. Ja raczej powiedziałbym, że szokiem jest iż aż 75% osób zdało maturę. Kto powiedział, że matura jest dla każdego? MZ zdaniem zdawalność na poziomie 50% nie powinna nikogo dziwić. Ale w dobie "średniego/wyższego dla każdego" i Wyższych Szkół Tańca i Humoru produkujących tabuny magistrów politologii, turystyki i rekreacji oraz zarządzania już nic mnie nie zdziwi.
W ogóle nie rozumiem tego całego zamieszania z maturami. Ja raczej powiedziałbym, że szokiem jest iż aż 75% osób zdało maturę. Kto powiedział, że matura jest dla każdego? MZ zdaniem zdawalność na poziomie 50% nie powinna nikogo dziwić. Ale w dobie "średniego/wyższego dla każdego" i Wyższych Szkół Tańca i Humoru produkujących tabuny magistrów politologii, turystyki i rekreacji oraz zarządzania już nic mnie nie zdziwi.
Wiesz, tu problem ma dwie strony - spójrz na oferty pracy i sprawdź, jak często w wymaganiach jest wyższe wykształcenie choć, na dobrą sprawę, nie jest absolutnie potrzebne na oferowanym stanowisku. Na przykład po co komu ukończone studia do pracy na magazynie? Rozumiem, że mgr = magazynier ;oP ale bez przesady znowu.
Co nie zmienia faktu, że zgadzam się z tym, co napisałeś.
edit: Swoją drogą ciekawe, co by było gdyby wymaganą do zaliczenia ilością punktów było 50%.
Wykształcenie nie piwo - nie musi być pełne!
Bez urazy - przed wojną ;) ktoś z maturą to był gość, ktoś po studiach - to panisko.
Dzisiaj, "aptekarzy" jak psów. Tylko brak fachowców, solidnych rzemieślników.
Niestety, kierunek współczesnej oświaty - lansowany również przez Kasię H. - niczego dobrego nie wnosi.
Powoduje obniżenie poziomu, braku umiejętności myślenia, rozwiązywania problemów.
Na forum w zakresie ortografii też odbicie tego widać.
A szkoda.
Belfer wychowany na elementarzu Falskiego ;)
Ja nie rozumiem tylko jednego... Dlaczego uogólniacie? Nie każdy maturę zdać musi. Ot, naturalna kolej rzeczy. A Wy jak jeden mąż, że to tumani, idioci, lenie (tak wiem mocniejszych słów użyłem, ale o to Wam chodziło). Brakuje tu poniektórym zwykłej ludzkiej empatii i współczucia. Ale tego w szkołach nie uczą. Jeżeli ktoś oblał: trudno. W następnym roku się przyłoży i zda. I nie wiem po co na młodych ludzi, pedagogów lecą te pomyje... Dowartościować się chcecie? Ja w tym roku akademickim kończę studia licencjackie. A czy zdałbym maturę z matematyki? Nie wiem. Nie widziałem obecnych arkuszy z matematyki podstawowej, ale matma zawsze największy kłopot mi sprawiała. Na tych trójczynach zwykle leciałem... I uwierzcie, że za imbecyla się nie uważam. :)
Mnie matma zawsze przerażała więc miałam problemy, aby rok temu ją zdać.
Zresztą cała edukacja w LO była śmiechu warta ...
Teraz skończyłam pierwszy rok studiów z prawie samymi piątkami w indeksie, a w LO niby łatwiej, a kolorowo nie było.
Ja nie rozumiem tylko jednego... Dlaczego uogólniacie? Nie każdy maturę zdać musi. Ot, naturalna kolej rzeczy. A Wy jak jeden mąż, że to tumani, idioci, lenie (tak wiem mocniejszych słów użyłem, ale o to Wam chodziło). Brakuje tu poniektórym zwykłej ludzkiej empatii i współczucia. Ale tego w szkołach nie uczą. Jeżeli ktoś oblał: trudno. W następnym roku się przyłoży i zda. I nie wiem po co na młodych ludzi, pedagogów lecą te pomyje... Dowartościować się chcecie? Ja w tym roku akademickim kończę studia licencjackie. A czy zdałbym maturę z matematyki? Nie wiem. Nie widziałem obecnych arkuszy z matematyki podstawowej, ale matma zawsze największy kłopot mi sprawiała. Na tych trójczynach zwykle leciałem... I uwierzcie, że za imbecyla się nie uważam. :)
Ok, to teraz nam pokaż jasną, wyraźną granicę pomiędzy tymi, którzy oblali, bo w ogóle się nie uczyli, a tymi którym powinęła się noga. Stawiam tezę, że tych drugich było może 3% wśród ogółu maturzystów.
A co do matematyki, to kompletnie nie rozumiem. Przyszły inżynier potrzebuje matury z j. polskiego żeby móc umieć złożyć poprawne zdanie (choć nie każdemu to wychodzi), podobnie wypadałoby żeby "humanista z dyplomem" potrafił samodzielnie wypełnić PIT-37, do czego matura z matematyki jest wybitnie przydatna. A jeśli ktoś mówi, że opanowanie matematyki na poziomie 30% poziomu podstawowego jest dla niego dużym problemem to MZ nie powinien się wybierać na studia. Jakiekolwiek.
Nie pokażę granicy procentowej. Ty, z całym szacunkiem też tego nie jesteś w stanie obliczyć. Nikt nie jest. A dla każdego z osobna maturzysty jest to osobista tragedia. Niezależnie od tego kto zawinił. I powtórzę: nie uogólniajmy, bo to do niczego nie prowadzi.
Co do matematyki w życiu codziennym się zgodzę. Ale z pitami to chyba spory odsetek społeczeństwa problem ma... ;) A 30% to fakt: minimum z minimum jest. Każdy powinien na tyle matematykę mieć przyswojoną po 3 latach nauki, zwłaszcza, że to już kolejny rok z rzędu przedmiot obligatoryjny jest.
Przyszły inżynier potrzebuje matury z j. polskiego żeby móc umieć złożyć poprawne zdanie (choć nie każdemu to wychodzi), podobnie wypadałoby żeby "humanista z dyplomem" potrafił samodzielnie wypełnić PIT-37, do czego matura z matematyki jest wybitnie przydatna. A jeśli ktoś mówi, że opanowanie matematyki na poziomie 30% poziomu podstawowego to MZ nie powinien się wybierać na studia. Jakiekolwiek.
Gdyby sędzia , który zasądzał w mojej sprawie potrafił liczyć, nie musiałbym wnosić apelacji. Trzykrotnie pomylił się w uzasadnieniu obliczając zasądzone kwoty.;):lol:
Co do matematyki w życiu codziennym się zgodzę. Ale z pitami to chyba spory odsetek społeczeństwa problem ma... ;) A 30% to fakt: minimum z minimum jest. Każdy powinien na tyle matematykę mieć przyswojoną po 3 latach nauki, zwłaszcza, że to już kolejny rok z rzędu przedmiot obligatoryjny jest.
12 latach, 12... Mówiłem o prostych przypadkach (1 umowa o pracę, bez miliona ulg itp.) - jak wygląda "przejrzystość" naszego prawa podatkowego każdy wie.
Matura maturą, ale życie i tak zweryfikuje umiejętności. Jak gość jest ambitny, to sobie poradzi. Jak ktoś inny będzie miał znajomości, to też mu będzie w życiu dobrze. Dla reszty rzeczywistość może przygotować niemiłe niespodzianki. Ktoś będzie chciał studiować na "Wyższej Szkole Tańca i Humoru" jego sprawa. Trzeba pamiętać tylko, że poziom nauki maleje, ale konkurencja na rynku pracy niestety rośnie.
Jeżeli człowiek nie ma opanowanej matematyki w stopniu podstawowym, to w sumie wstyd jest. Mam kolegę, mądry facet, dwa fakultety humanistyczne. Zajmuje się m.in. rysowaniem map, tyle, że jak przyszło przeliczyć skale mapy z jakiś dziewiętnastowiecznych jednostek na metry, to musiałem pokazać jak liczyć za pomocą proporcji. Sam się przyznaje, że tabliczki mnożenia nie zna.
Całki bym już bez pomocy tablic nie policzył, ale definicje logarytmu do tej pory znam, co więcej wiem jak liczyć na liczbach zespolonych, mimo, że studia skończyłem 8 lat temu i w zawodzie nawet dnia nie przepracowałem.
System nauczania oparty na 3xZ, to dno i dwa metry mułu. Informacje błyskawicznie z głowy ulatują. Nie wiem jak jest teraz, ale "za moich czasów" przynajmniej studia mnie nauczyły kombinowania w pozytywnym sensie tego słowa oraz myślenia. Obecnie mgr się w takim stopniu zdewaluował, że nie ma się czym nawet chwalić. Na szczęście, żeby uzyskać inżyniera nadal trzeba skończyć państwową uczelnię. Tam poziom wolniej spada, ale spada, obserwowałem to nawet w trakcie swojego studiowania.
A co do matematyki, to kompletnie nie rozumiem. Przyszły inżynier potrzebuje matury z j. polskiego żeby móc umieć złożyć poprawne zdanie (choć nie każdemu to wychodzi), podobnie wypadałoby żeby "humanista z dyplomem" potrafił samodzielnie wypełnić PIT-37, do czego matura z matematyki jest wybitnie przydatna. A jeśli ktoś mówi, że opanowanie matematyki na poziomie 30% poziomu podstawowego jest dla niego dużym problemem to MZ nie powinien się wybierać na studia. Jakiekolwiek.
Święte słowa. Niestety, z bliżej nieokreślonego powodu, ludzie którzy nie potrafią matematyki z "nieumiejących liczyć" awansowali na "humanistów". Pomijając rażący rozdźwięk z pierwotnym znaczeniem słowa humanista, to jest to po prostu śmieszne. Duża część moich znajomych z kierunków "uniwerkowych" na sam widok znaku dodawania zaczyna się modlić, a działania z nawiasami są dla nich po prostu zbyt trudne. Ci sami ludzie są również zdziwieni, że będąc absolwentem politechniki potrafię się składnie wypowiedzieć, a nawet czytam książki. Bo to co jakiś czas temu było standardem, teraz nagle stało się trudne i trzeba się tego uczyć - słynne "czytanie ze zrozumieniem" chociażby.
Magistrów po "zarządzaniu" czy "turystyce" mamy już na tony.
Osobiście studiuję takie właśnie "zarządzanie" na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach. Jestem po najlepszym (poza profilem mat-inf-fiz)liceum w mieście, które jest w pierwszej dziesiątce w województwie, miałem rozszerzoną matematykę i angielski, zdawałem rozszerzoną maturę nie tylko z tych przedmiotów. No i właśnie na takim "zarządzaniu" mam problemy ze zdaniem tej matematyki. Uwierzcie, że nie jest to takie łatwe.
Na szczęście, żeby uzyskać inżyniera nadal trzeba skończyć państwową uczelnię. Tam poziom wolniej spada, ale spada, obserwowałem to nawet w trakcie swojego studiowania.
http://www.mechatronika.edu.pl/studia_inzynierskie
http://www.pjwstk.edu.pl/?strona=1671
Nie wiem jak z tą drugą, ale co do tej pierwszej słyszałem, że całkiem przyzwoicie kształcą. Z drugiej strony takich uczelni jest relatywnie mało, bo wymagają sporych nakładów finansowych na zorganizowanie całego zaplecza, w przeciwieństwie do np. politologii, gdzie wystarczy profesor, wynajęta sala w liceum i w porywach jakiś laptop z projektorem.
Bo to co jakiś czas temu było standardem, teraz nagle stało się trudne i trzeba się tego uczyć - słynne "czytanie ze zrozumieniem" chociażby.
Co do "czytania ze zrozumieniem" to oponowałbym, bo ocenianie przedmiotów humanistycznych wg. klucza, a zwłaszcza tego "czytania", gdzie możliwości opisu własnej interpetacji są dość szerokie uważam za największy absurd od czasów minister Fotygi.
Osobiście studiuję takie właśnie "zarządzanie" na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach. Jestem po najlepszym (poza profilem mat-inf-fiz)liceum w mieście, które jest w pierwszej dziesiątce w województwie, miałem rozszerzoną matematykę i angielski, zdawałem rozszerzoną maturę nie tylko z tych przedmiotów. No i właśnie na takim "zarządzaniu" mam problemy ze zdaniem tej matematyki. Uwierzcie, że nie jest to takie łatwe.
Po pierwsze, sam dobrze wiesz, że różnica w poziomie nauczania pomiędzy dziennymi studiami na porządnej publicznej uczelni a zaoczną Wyższą Szkołą Tańca i Humoru w Pcimiu Dolnym, wydział zamiejscowy w Zadupiu Totalnym jest miażdżąca. A co do matematyki, to wybacz, ale każdy kto przeżył 3 lata na wyższej uczelni wie, że matematyka w szkole średniej, a matematyka akademicka to dwa różne światy. Na mojej uczelni widziałem paru gości, którzy mieli po 100% z matury z matematyki, a na studiach mieli warunki z analizy.
M_B, nie traktuj mojej wypowiedzi jako "pojazd" po Tobie, po prostu chciałem pokazać, że nauka w szkole średniej i na uczelni różni się i to w znaczy sposób.
http://www.mechatronika.edu.pl/studia_inzynierskie
http://www.pjwstk.edu.pl/?strona=1671
Nie wiem jak z tą drugą, ale co do tej pierwszej słyszałem, że całkiem przyzwoicie kształcą. Z drugiej strony takich uczelni jest relatywnie mało, bo wymagają sporych nakładów finansowych na zorganizowanie całego zaplecza, w przeciwieństwie do np. politologii, gdzie wystarczy profesor, wynajęta sala w liceum i w porywach jakiś laptop z projektorem.
Na tę drugą nie narzekam, właśnie ślęczę (w pracy he he) nad matematyką na jutrzejszy egzamin. ;o)
Wielkie halo że 25% oblało. Też mi coś. Matura to nic takiego. Dramat zaczyna się na studiach. Tam to na większości kierunków to jest dramat. Masa dziwnych uczelni, gdzie najtrudniejszy jest dojazd. Wystarczy płacić i już.
Pamiętam jak ze mną polibudę zaczynało 150 osób, skończyło 12. Proszę sobie wyobrazić taką syt obecnie. Rektor do spółki z dziekanem chyba by jaja poobrywali tym co taki odsiew by zrobili. :)
http://www.mechatronika.edu.pl/studia_inzynierskie
http://www.pjwstk.edu.pl/?strona=1671
Nie wiem jak z tą drugą, ale co do tej pierwszej słyszałem, że całkiem przyzwoicie kształcą. Z drugiej strony takich uczelni jest relatywnie mało, bo wymagają sporych nakładów finansowych na zorganizowanie całego zaplecza, w przeciwieństwie do np. politologii, gdzie wystarczy profesor, wynajęta sala w liceum i w porywach jakiś laptop z projektorem.
O, dzięki za uświadomienie, nawet nie wiedziałem, że istnieją niepubliczne studia inżynierskie.
Jak jednak zauważyłeś, takich uczelni jest mało i raczej za dużo ich nie będzie. Polibudy jednak mają większy rozmach.
Pamiętam jak ze mną polibudę zaczynało 150 osób, skończyło 12. Proszę sobie wyobrazić taką syt obecnie. Rektor do spółki z dziekanem chyba by jaja poobrywali tym co taki odsiew by zrobili. :)
Jak zaczynałem studia na elektronikę na PWr przyjęli 1000 osób, skończyło ją 600. Jednakże jak byłem na piątym roku, to się okazało, że na pierwszy rok przyjęli ponad 2000 ludzi. Z tym, że skończyć jej raczej nie mogło znacząco więcej, bo już za moich studiów laborki pracowały na okrągło. Nawet przebudowali program zajęć, część cięższych przedmiotów przesuwając na semestry 1-4, żeby odsiew był odpowiedni. Wszystko przez to, że uczelnie dostają kasę za każdego przyjętego studenta. Co się potem z nim dzieje, zależy głownie od niego samego.
PWr chyba jako pierwsza duża polibuda zlikwidowała egzaminy wstępne i akurat byłem jednym z pierwszych roczników przyjętych na podstawie konkursu świadectw. Skutek likwidacji egzaminów wstępnych był taki, że na roku mieliśmy ludzi z takich miejscowości jak Tarnów, Rzeszów, Warszawa czy Szczecin, którzy otwarcie mówili, że wybrali PWr, tylko dlatego, że tu nie było egzaminów.
Sendilkelm
01-07-2011, 19:54
Po pierwsze, sam dobrze wiesz, że różnica w poziomie nauczania pomiędzy dziennymi studiami na porządnej publicznej uczelni a zaoczną Wyższą Szkołą Tańca i Humoru w Pcimiu Dolnym, wydział zamiejscowy w Zadupiu Totalnym jest miażdżąca. A co do matematyki, to wybacz, ale każdy kto przeżył 3 lata na wyższej uczelni wie, że matematyka w szkole średniej, a matematyka akademicka to dwa różne światy. Na mojej uczelni widziałem paru gości, którzy mieli po 100% z matury z matematyki, a na studiach mieli warunki z analizy.
M_B, nie traktuj mojej wypowiedzi jako "pojazd" po Tobie, po prostu chciałem pokazać, że nauka w szkole średniej i na uczelni różni się i to w znaczy sposób.
Ja miałem zupełnie na odwrót. W szkole średniej uczyłem się tylko tego co mi się podobało, a reszta aby do przodu. Uczyłem się głównie na lekcjach, a w domu siedziałem nad programowaniem w C i pascalu. Z kolei na studiach, jak już uczyłem się tylko tego co lubię miałem stypendium przez cały okres i żadnej poprawki. Fakt, że uczelnia nie wymagająca, ale o tym niżej.
Na tę drugą nie narzekam, właśnie ślęczę (w pracy he he) nad matematyką na jutrzejszy egzamin. ;o)
Ta druga to PJWSTK. Zdałem na WAT, ale kierunek zastępczy, zdałem na UW na matmę, ale chciałem na inf., zdałem na PJWSTK i tu zostałem. Uczelnia mało wymagająca, na pierwszym roku miałem tylko jeden egzamin, bo z reszty byłem zwolniony z 5, wystarczyło zrobić 2 kolosy na 98%, a zadania takie jak na ćwiczeniach tylko dane inne (bardziej wymagające). Wszędzie się zdarza ktoś kto uwali, czasami trzeba mieć szczęście, żeby na niego nie trafić, ale generalnie rzecz biorąc to moim zdaniem poziom w Polsko-Japońskiej jest b.niski. Na całe 5 lat pisałem tylko jeden egzamin w II terminie, bo w I mi się nie udało.
W grupie narzekali na różne przedmioty, ale jak widziałem jak do tego chociażby podchodzą to olewka. Szkoła jest droga, więc 70% osób, które tam uczęszczają przyjeżdżają swoimi samochodami, które kupili im rodzice. Ja miałem motywacje i odciążałem rodziców w połowie z płacenia moim stypendium.
Nie wiem jak inni, ale ja na studiach w stosunku do mojego liceum to miałem taki luz, że mogłem się w ogóle nie uczyć.
Rafał_Sz
01-07-2011, 20:00
Osobiście studiuję takie właśnie "zarządzanie" na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach. Jestem po najlepszym (poza profilem mat-inf-fiz)liceum w mieście, które jest w pierwszej dziesiątce w województwie, miałem rozszerzoną matematykę i angielski, zdawałem rozszerzoną maturę nie tylko z tych przedmiotów. No i właśnie na takim "zarządzaniu" mam problemy ze zdaniem tej matematyki. Uwierzcie, że nie jest to takie łatwe.
Na którym roku jesteś, jeśli wolno spytać?
Ok, to teraz nam pokaż jasną, wyraźną granicę pomiędzy tymi, którzy oblali, bo w ogóle się nie uczyli, a tymi którym powinęła się noga. Stawiam tezę, że tych drugich było może 3% wśród ogółu maturzystów.
A co do matematyki, to kompletnie nie rozumiem. Przyszły inżynier potrzebuje matury z j. polskiego żeby móc umieć złożyć poprawne zdanie (choć nie każdemu to wychodzi), podobnie wypadałoby żeby "humanista z dyplomem" potrafił samodzielnie wypełnić PIT-37, do czego matura z matematyki jest wybitnie przydatna. A jeśli ktoś mówi, że opanowanie matematyki na poziomie 30% poziomu podstawowego jest dla niego dużym problemem to MZ nie powinien się wybierać na studia. Jakiekolwiek.
Wiesz, niektórzy naprawdę mają problemy z matematyką, nie dlatego że nie chcą się uczyć tylko np mają złych nauczycieli, nie maja zdolności - tego czegoś co jest potrzebne do załapania. Ja do pewnego momentu nie miałem problemów, po zmianie nauczycielki okazało się że mam kłopoty.. Gdyby nie korepetycje to miałbym problemy, ale po tym zdałem maturę i zdałem nawet egzamin z matematyki na studiach technicznych na 1 roku. Z ale matematyki nie lubię. I bardzo dobrze rozumiem ludzi którzy nie potrafią. Według Ciebie powinienem skończyć zawodówkę? Bo miałem problemy? Niektórzy są wybitnymi postaciami w innych dziedzinach, niestety na matematyce, mimo że to królowa nauk, świat się nie kończy..
A jeśli chodzi o poziom nauczania teraz to dziwnie to wygląda. Niby programy są okrojone a i tak np znajomi nie radzą sobie z dzieckiem w podstawówce bo ma takie trudne zadania.
Matematyka na poziomie podstawowym jest potrzebna, ale po co humaniście całki i macierze?
Poza tym akurat skończyłem politologię, i uważasz moje wykształcenie za gorsze? Bo nie było matematyki? Na UŚ również była sala laptop i projektor, a uważam że poziom jakiś był.
Pamiętam jak ze mną polibudę zaczynało 150 osób, skończyło 12. Proszę sobie wyobrazić taką syt obecnie. Rektor do spółki z dziekanem chyba by jaja poobrywali tym co taki odsiew by zrobili. :)
U nas na polibudzie zaczynało 180 osób, do końca dotrwało ok. 50. Pracowałem później na uczelni i pamiętam, kiedy skończyły się egzaminy wstępne, zaczęły konkursy świadectw, a uczelnię zalały tłumy, zwłaszcza na względnie nowe kierunki zarządzania, marketingu i innych stworów. Załamałem się, kiedy studenci trzeciego roku POLITECHNIKI nie potrafili mi na "wejściówce" policzyć średniej arytmetycznej z 5 liczb. Że nie wspomnę, ża rzadko który student potrafił się składnie wysłowić lub napisać kilka zdań bez popełnienia rażących błędów ortograficznych :( No to o czym my mówimy?
Z matmą to jest ciekawa sprawa. I ja bym nie generalizował patrząc np po sobie.
W podstawówce orłem z matmy nie byłem, podobnie w technikum, do tego stopnia, że o mało co nie miałem miernej na świadectwie maturalnym. Potem była matura z matmy i o ile sobie dobrze przypominam to chyba średnia naszej klasy wyszła ok 4.75, bo zadania okazały się trywialne w stosunku do tego czym nas babka na lekcjach katowała. Wcześniej obiecałem sobie, że jak zdam maturę to pójdę na taki kierunek studiów gdzie nie będzie matmy.
No i wylądowałem na polibudzie na kier. mechanika i budowa maszyn, mając na pierwszym roku 6 godzin matmy i drugie tyle mechaniki w tygodniu plus trochę innych rzeczy głownie pochodnych tych pierwszych. :)
Matematyka na poziomie podstawowym jest potrzebna, ale po co humaniście całki i macierze?
Tak na marginesie- to że ktoś nie umie matematyki/fizyki/dowolnego ścisłego to nie czyni z niego humanisty ;)
Ja miałem zupełnie na odwrót. W szkole średniej uczyłem się tylko tego co mi się podobało, a reszta aby do przodu. Uczyłem się głównie na lekcjach, a w domu siedziałem nad programowaniem w C i pascalu.
Uczyłeś się tego co chciałeś, resztę olałeś (np, strzelam, j. polski) i choćby na 2.0, ale jednak to zaliczyłeś. I o to właśnie chodzi. Nikt nie każe humanistom startować w olimpiadach matematycznych. Mówimy cały czas o 30% poziomu podstawowego.
Wiesz, niektórzy naprawdę mają problemy z matematyką, nie dlatego że nie chcą się uczyć tylko np mają złych nauczycieli, nie maja zdolności - tego czegoś co jest potrzebne do załapania. Ja do pewnego momentu nie miałem problemów, po zmianie nauczycielki okazało się że mam kłopoty.. Gdyby nie korepetycje to miałbym problemy, ale po tym zdałem maturę i zdałem nawet egzamin z matematyki na studiach technicznych na 1 roku. Z ale matematyki nie lubię. I bardzo dobrze rozumiem ludzi którzy nie potrafią. Według Ciebie powinienem skończyć zawodówkę? Bo miałem problemy? Niektórzy są wybitnymi postaciami w innych dziedzinach, niestety na matematyce, mimo że to królowa nauk, świat się nie kończy..
Rozwiń sobie skrót L.O. Ten typ szkoły kończy zdecydowana większość maturzystów, więc mogę sobie pozwolić na takie uproszczenie. Nawet jeśli nie, to pójdźmy dalej: po co ludziom w technikum np. historia lub biologia? Przecież w ich pracy, czy to bezpośrednio po szkole, czy po studiach w ogóle im się to nie przyda. Po co ich katować zbędną wiedzą?
Żeby mieć maturę powinieneś zdobyć pewien minimalny poziom wiedzy ogólnej. Zasady są proste i znane od lat. Nikt nie mówi, że każdy ma mieć maturę.
Co do argumentu kiepskich nauczycieli, to jeśli (na szczęście tylko hipotetycznie) miałem tragicznych polonistów to czy miałem prawo oblać maturę z polskiego? Składałem papiery na 3 uczelnie ekonomiczne i 1 prawie polibudę, więc przy rekrutacji wynik z polskiego był mi przydatny jak dziura w moście. A mimo to zdałem i to nie na 30%. Szczerze, to myślę, że nie wiem jakim byłbym geniuszem, przy składaniu papierów na uczelnię nikogo by to nie wzruszyło jeśli nie miałbym zdanej matury z powodu oblanego języka polskiego czy obcego.
Matematyka na poziomie podstawowym jest potrzebna, ale po co humaniście całki i macierze?
Ale kto mówi o całkach i macierzach?! Program podstawowej matury w porywach obejmuje funkcję liniową i kwadratową, całek i macierzy nie ma nawet na rozszerzeniu.
Tegoroczne wymagania: http://www.cke.edu.pl/images/stories/Inf_mat_08/mat_informator_10.pdf
Poza tym akurat skończyłem politologię, i uważasz moje wykształcenie za gorsze? Bo nie było matematyki? Na UŚ również była sala laptop i projektor, a uważam że poziom jakiś był.
Wydaje mi się, że w ogóle nie zrozumiałeś mojego postu. Pisałem o powodach dlaczego nie ma prywatnych polibud, nie odnosiłem się tam do jakości wykształcenia humanistów.
Załamałem się, kiedy studenci trzeciego roku POLITECHNIKI nie potrafili mi na "wejściówce" policzyć średniej arytmetycznej z 5 liczb.
Nie wierzę. Gdybym był 10 lat po studiach to może tak, ale kończę 4 rok i wiem, że z matematyką genialnie nie jest, ale nie aż tak tragicznie. Przecież będąc na polibudzie 3 lata niechybnie trzeba było minimum rok przesiedzieć nad matematyką w jakiejkolwiek postaci. Na jakiej uczelni uczyłeś?
Że nie wspomnę, ża rzadko który student potrafił się składnie wysłowić lub napisać kilka zdań bez popełnienia rażących błędów ortograficznych :(
Z tym spotkałem się osobiście, co gorsza, zdarza się, że nawet kadra (przy czym raczej ta młodsza wiekowo) potrafi strzelić takiego byka, że ręce opadają.
Wcześniej obiecałem sobie, że jak zdam maturę to pójdę na taki kierunek studiów gdzie nie będzie matmy.
No i wylądowałem na polibudzie na kier. mechanika i budowa maszyn, mając na pierwszym roku 6 godzin matmy i drugie tyle mechaniki w tygodniu plus trochę innych rzeczy głownie pochodnych tych pierwszych. :)
Masochista :mrgreen:
Na koniec dodam, że z matematyki orłem przestałem być początkiem liceum, a na studiach nie obyło się bez warunków, tyle, że te ostatnie tłumaczę własnym lenistwem a nie brakiem boskich predyspozycji zesłanych przez siły niebieskie.
Wydaje mi się, że w ogóle nie zrozumiałeś mojego postu. Pisałem o powodach dlaczego nie ma prywatnych polibud, nie odnosiłem się tam do jakości wykształcenia humanistów.
A to, to co?:
Ale w dobie "średniego/wyższego dla każdego" i Wyższych Szkół Tańca i Humoru produkujących tabuny magistrów politologii, turystyki i rekreacji oraz zarządzania już nic mnie nie zdziwi.
Nie wierzę. Gdybym był 10 lat po studiach to może tak, ale kończę 4 rok i wiem, że z matematyką genialnie nie jest, ale nie aż tak tragicznie. Przecież będąc na polibudzie 3 lata niechybnie trzeba było minimum rok przesiedzieć nad matematyką w jakiejkolwiek postaci. Na jakiej uczelni uczyłeś?
Uczyłem jeszcze 5 lat temu i tak było - jeśli nie wierzysz, i tak Cię niczym nie przekonam. Z opowiadań kolegów i koleżanek, uczących do tej pory, nie ma żadnej poprawy, tyle że studentów jest trochę mniej, bo akurat był niż demograficzny bodaj. Oczywiście, że studenci trzeciego roku (ci, z którymi miałem zajęcia) byli już po egzaminach z matematyki, ba, mieli już na pierwszym roku (lub początku drugiego, teraz dokładnie nie pamiętam) matematykę wyższą z całkami powierzchniowymi włącznie. Jaki zatem jest poziom kształcenia, skoro jakoś zdali taki egzamin, a w praktyce nie wiedzą nic?
Nie przeczę natomiast, że to była specyfika kierunków zarządzająco-marketingowych, bo - na szczęście - na mechanice czy informatyce poziom był zdecydowanie wyższy. Jednak studenci wszystkich tych kierunków otrzymują dyplom magistra inżyniera z ukończoną politechniką, a że obecnie zajmuję się często rekrutacją w firmie, w której pracuję, to z doświadczenia wiem, że dyplom/ocena ze studiów praktycznie nie mają już znaczenia i wszystkich trzeba egzaminować i testować, żeby sobie samemu zbuka nie podłożyć :(
Tak sobie myślę, że jeśli nic się nie zmieni, to za parę lat oficjalne wykształcenie nie będzie miało jakiegokolwiek znaczenia dla pracodawcy, bo będzie on musiał na własną rękę sprawdzić, co kandydat na pracownika potrafi. Czyli coś, co trzydzieści lat temu miało wartość - czytaj: dyplom takiej lub innej szkoły - i gwarantowało w dużej mierze poziom wykształcenia, obecnie staje się nic nie wartym świstkiem (w sensie nic nie wartym dla kogoś, kto chciałby mieć jakiś poziom wiedzy/umiejętności zagwarantowany). Szczerze, po tym, co widziałem na swojej macierzystej uczelni na wydziale architektury, nie zatrudniłbym żadnego młodego architekta, żeby mi dom zaprojektował... A na pewno nie kierowałbym się tylko tym, że ma dyplom ukończenia studiów.
Bognik, wskaż mi proszę w poście, który zacytował ASAHI gdzie znajduje się w nim zacytowany przez Ciebie fragment. Będę bardzo wdzięczny.
Oczywiście, że studenci trzeciego roku (ci, z którymi miałem zajęcia) byli już po egzaminach z matematyki, ba, mieli już na pierwszym roku (lub początku drugiego, teraz dokładnie nie pamiętam) matematykę wyższą z całkami powierzchniowymi włącznie. Jaki zatem jest poziom kształcenia, skoro jakoś zdali taki egzamin, a w praktyce nie wiedzą nic?
Życie. Siostra* zajmuje się m.in. HRem i mówi, że jej szczena opadła po zobaczeniu rezultatów testu dla potencjalnych praktykantów. Poszukiwali prawników i zaprosili do tego testu najlepszych ludzi z 4. i 5. roku prawa na uniwerku w jednym z największych miast Polski. Test składa się ze znajomości angielskiego (na poziomie ~CPE), prawa i szeroko pojętej logiki (głównie odczytywanie danych z wykresów, analizowanie ich itp. - poziom gimnazjum). Wyniki były mniej więcej takie: 95%, 90%, 40%.
Jednak studenci wszystkich tych kierunków otrzymują dyplom magistra inżyniera z ukończoną politechniką, a że obecnie zajmuję się często rekrutacją w firmie, w której pracuję, to z doświadczenia wiem, że dyplom/ocena ze studiów praktycznie nie mają już znaczenia i wszystkich trzeba egzaminować i testować, żeby sobie samemu zbuka nie podłożyć :(
To fakt, piszę to z perspektywy studenta 4. roku, który często słyszy od szefa (absolwenta tego samego kierunku i tej samej uczelni co ja) lamenty na obecny poziom nauczania. Niedawno już był wątek o tym na forum. Obecnie polibudy kształcą bardzo teoretycznie, rzeczywisty pożytek dla pracodawcy zaczyna się przynosić dopiero po odbębnieniu długiego stażu w firmie.
* "podwójny humanista", ale po mat-fizie :D
A najlepsze jest to, że pomimo tak niskiego progu wyniki matur wyglądają tak: www.wykop.pl/m/artykul/797645/wyniki-matury-sprzeczne-z-zasada-prawdopodobienstwa/
Jak widać stwierdzenie że nie każdy musi zdać maturę raczej nie ma poparcia wśród osób sprawdzających egzamin :)
lol, staruszek Gauss się w grobie przewraca ;oP
Bognik, wskaż mi proszę w poście, który zacytował ASAHI gdzie znajduje się w nim zacytowany przez Ciebie fragment. Będę bardzo wdzięczny.
Zauważ, że ASAHI dopisał to zdanie o politologii po jakimś czasie. Odniósł się do wszystkich Twoich wypowiedzi ale zacytował ten fragment, gdyż na niego zaczął odpowiadać na początku.
Bognik, z całym szacunkiem, ale wydaje mi się, że bardzo chcesz się przyczepić. Wybacz, ale jeśli nie widzisz różnicy między WSTiH a UŚ to ciężko z Tobą prowadzić rozmowę.
kptYossarian
01-07-2011, 23:09
Dlaczego technika i szkoły zawodowe tak straciły na popularności ?
Nie każdy może zostać prawnikiem/lekarzem/inżynierem, a ukończenie dobrego kierunku w technikum/zawodówce i kilka lat w zawodzie wydaje się być lepszym interesem niż LO + pierwszy lepszy kierunek.
To jakaś moda, w której uczestnictwo pokutuje po latach ?
Dlaczego technika i szkoły zawodowe tak straciły na popularności ?
Nie każdy może zostać prawnikiem/lekarzem/inżynierem, a ukończenie dobrego kierunku w technikum/zawodówce i kilka lat w zawodzie wydaje się być lepszym interesem niż LO + pierwszy lepszy kierunek.
To jakaś moda, w której uczestnictwo pokutuje po latach ?
Może po prostu wynika to z jednej strony z lenistwa, a z drugiej ze... wstydu? Z lenistwa dlatego, że w zawodzie (np. stolarza, rymarza, dekarza) trzeba po prostu się nauczyć wielu rzeczy, a efektem są fizyczne, materialne ustroje, które można łatwo ocenić (np. rozpadająca się podłoga czy piszczące krzesło jasno pokazują, że fachowiec jest raczej słaby). Osoba, która na studia poszła tylko po to, by mieć papierek i zaszyć się gdzieś w urzędzie, jest dużo bezpieczniejsza - ewentualne braki w wykształceniu nie wyjdą szybko na jaw, a nawet jeśli (pozdrowienia dla pewnej pani z pewnego urzędu), to i tak jest się bezkarnym.
A ze wstydu dlatego, że - jak ja pamiętam z czasów, gdy kończyłem podstawówkę - do zawodówki było "wstyd iść, bo tam to tylko idą trójkowicze". Osoba "z ambicjami" musi wybrać co najmniej technikum, ale najlepiej liceum... Taka była presja rodziny i otoczenia, a i ja sam tak to widziałem.
Obecne matury to wynik "reform" obecnej pani minister, chorego systemu oświaty, "ciśnienia" rodziców na wykształcenie i przepaści w szansach oświatowych dzieciaków z różnych rejonów Polski.
Problem znam od podszewki i na pewno będzie jeszcze gorzej...
Przyczyny tego stanu rzeczy są niestety dużo bardziej złożone, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Podstawowym problemem jest to, żeby po skończeniu takiej zawodówki, czy innego technikum, dało się normalnie zarabiać na życie. Żeby była robota, która da przyzwoite utrzymanie rodzinie.
Wiele się mówi, że brakuje fachowców. Brakuje stolarzy, dekarzy, ślusarzy, a jak nawet są, to przewaznie niedouczeni partacze. Zastanówcie się jednak, gdzie jest dziś praca dla takich ludzi? Żeby taki fchowiec mógł wyciągnąć na czysto te swoje 2000,00 PLN miesięcznie (a to przecież tylko na przeżycie), to musi zarobić 5000,00 PLN miesięcznie (bo sa różne ZUSy, VATy, inne podatki, opłaty, koszty zakupu narzędzi, koszty dojazdu, itp). Jeśli taki ktoś pracuje 8 godzin, przez 5 dni w tygodniu i raz w roku ma urlop (jak prawie wszyscy), to w ciągu całego roku, miesięcznie wyjdzie mu jakieś 155 godzin roboczych. Za każdy przepracowany dzień (wliczając w to obowiązki biurokratyczne, dojazdy i inne konieczne straty czasu) musi więc brać średnio 250 PLN, o ile będzie miał ciągła robotę. Gdzie taki szewc, czy stolarz znajdzie ciągłą robotę za 250 PLN dziennie, codziennie? Jeden może i znajdzie, ale kilku innych już nie, bo nikt dziś nie naprawia obuwia, czy starych stołków. Butów się nie naprawia, bo one (szczególnie te chińskie) nie nadają się do żadnej naprawy - mozna je tylko wyrzucić i kupić nowe. Kiedyś ludzie zamawiali porządne drogie drewniane meble na lata, dziś kupują wiórowe badziewie w Ikei, albo w czymś podobnym, a jak się cos rozleci, to wywalają i kupują nowe. Takie meble ładnie wyglądają, bo są odpowiednio "podpicowane", ale nie nadają się do żadnej konkretnej naprawy, przeróbki, czy jakiejś modyfikacji. Czyli dla rzemieślnika nie ma tu roboty. Zresztą, jeśli nowe krzesło kosztuje 100 PLN, to kto rozsądny będzie naprawiął stare za 250 PLN (a to tylko 1 dzień pracy fachowca)? Kiedyś naprawiało się telewizory, a dziś się je wyrzuca i kupuje nowe. To samo z komórkami, komputerami, ekspresami do kawy i wszystkim innym.
Taki gość po zawodówce, czy technikum może oczywiście iść do roboty w fabryce. Tylko co on tam będzie robił? Będzie wykonywał prostą, żeby nie powiedzieć prostacką, robotę, do której zostanie przyuczony w trzy, może cztery godziny. Po co więc uczyć się kilka lat jakiegoś konkretnego zawodu, jeśli typowa praca we współczesnej fabryce wymaga "kretyna" po krótkim kilkugodzinnym przyuczeniu (od biedy może być nawet jakiś manager, albo filolog po studiach). Żadna inwencja nie jest tam potrzebna, bo przecież jest ISO-ileśtam i dokładna specyfikacja, co i jak trzeba robić. Jak ktoś się "wychyli" z drobną innowacją, to najczesciej wyleci z roboty, bo nie przestrzega systemu jakości. Dziś zwyczajnie nie ma roboty dla dobrych fachowców po szkołach zawodowych i technikach. Nawet przecietny inżynier może mieć problem ze znalezieniem pracy zgodnej z kwalifikacjami, jeśli nie odpowiada mu rola karbowego w montowni jakiegoś złomu. Tak się niestety porobiło i raczej nic na to nie poradzimy.
drhardware
02-07-2011, 10:42
Zaczerpnięte z tego wątku:
... Sam pisałem w tym roku maturę i z pierwszym twoim zdaniem się nie zgodzę, bo w tym roku matura była trudniejsza niż rok temu, nie powiem ze to na prawdę coś trudnego ...
to tak do ogólnej dyskusji o poziomie nauczania
Ku6i, widzę, że to Ty nadal nie rozumiesz. Miłego dnia.
Przyczyny tego stanu rzeczy są niestety dużo bardziej złożone, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Podstawowym problemem jest to, żeby po skończeniu takiej zawodówki, czy innego technikum, dało się normalnie zarabiać na życie. Żeby była robota, która da przyzwoite utrzymanie rodzinie.
Myślisz, że magistrowie i inżynierowie nie mają z tym problemu? Myślisz że jest godziwa praca po studiach. Obecnie jest więcej ofert pracy dla tokarzy, frezerów, ślusarzy itp. niż dla absolwentów uczelni.
Wiele się mówi, że brakuje fachowców. Brakuje stolarzy, dekarzy, ślusarzy, a jak nawet są, to przewaznie niedouczeni partacze.
Tak wśród nich jest wielu partaczy bo reforma edukacji spowodowała likwidację porządnych PRL-owskich zawodówek i dobiły je również reformy ekonomiczne. Która firma obecnie, przyjmie do nauki zawodu młodego człowieka po gimnazjum. Teraz jak się chcesz uczyć zawodu, to praktyki musisz sam sobie załatwić. Dawniej były tzw. warsztaty przyzakładowe, gdzie praktycznych umiejętności uczyli się elektrycy, ślusarze, tokarze, stolarze, malarze, dekarze, itp. itd. Mieli również praktyki w fabrykach, które tak obśmiewasz. Po takiej zawodówce wychodzili dobrze wyszkoleni fachowcy. To oni obecnie są doceniani w całej UE
Gdzie taki szewc, czy stolarz znajdzie ciągłą robotę za 250 PLN dziennie, codziennie?
Nietrafiony przykład. W tym przypadku to akurat zmiany w technologii, czy też inaczej mówiąc postęp technologiczny, wytwarzania obuwia i mebli wyparły te zawody z rynku. To tak jakbyś ubolewał nad tym, że obecnie kowal nie może zarobić na podkuwaniu koni, bo transport kołowy czy też kolejowy wyparł konie.
Butów się nie naprawia, bo one (szczególnie te chińskie) nie nadają się do żadnej naprawy - mozna je tylko wyrzucić i kupić nowe. Kiedyś ludzie zamawiali porządne drogie drewniane meble na lata, dziś kupują wiórowe badziewie w Ikei, albo w czymś podobnym, a jak się cos rozleci, to wywalają i kupują nowe. Takie meble ładnie wyglądają, bo są odpowiednio "podpicowane", ale nie nadają się do żadnej konkretnej naprawy, przeróbki, czy jakiejś modyfikacji. Czyli dla rzemieślnika nie ma tu roboty. Zresztą, jeśli nowe krzesło kosztuje 100 PLN, to kto rozsądny będzie naprawiął stare za 250 PLN (a to tylko 1 dzień pracy fachowca)? Kiedyś naprawiało się telewizory, a dziś się je wyrzuca i kupuje nowe. To samo z komórkami, komputerami, ekspresami do kawy i wszystkim innym.
Ale też te "dobra" są na tyle, w miarę tanie, że opłaca się kupić nowe. Poza tym ma się nowe inne i nie trzeba "całe życie" posiadać te same meble czy krzesła - większe urozmaicenie.
Oczywistym jest, że niektóre zawody będą zanikać ale niektóre będą wymagały innych umiejętności. Wspomniany tokarz czy też frezer będzie musiał posiąść umiejętność pracy na obrabiarkach CNC, czego wcześniej nie musiał umieć.
Taki gość po zawodówce, czy technikum może oczywiście iść do roboty w fabryce. Tylko co on tam będzie robił? Będzie wykonywał prostą, żeby nie powiedzieć prostacką, robotę, do której zostanie przyuczony w trzy, może cztery godziny. Po co więc uczyć się kilka lat jakiegoś konkretnego zawodu, jeśli typowa praca we współczesnej fabryce wymaga "kretyna" po krótkim kilkugodzinnym przyuczeniu (od biedy może być nawet jakiś manager, albo filolog po studiach). Żadna inwencja nie jest tam potrzebna, bo przecież jest ISO-ileśtam i dokładna specyfikacja, co i jak trzeba robić. Jak ktoś się "wychyli" z drobną innowacją, to najczesciej wyleci z roboty, bo nie przestrzega systemu jakości. Dziś zwyczajnie nie ma roboty dla dobrych fachowców po szkołach zawodowych i technikach. Nawet przecietny inżynier może mieć problem ze znalezieniem pracy zgodnej z kwalifikacjami, jeśli nie odpowiada mu rola karbowego w montowni jakiegoś złomu. Tak się niestety porobiło i raczej nic na to nie poradzimy.
No to, to mnie całkiem rozłożyło. Myślisz że tzw fabryki zatrudniają kretynów? Piszesz bzdury odnośnie innowacyjności. Jeśli znałbyś choć trochę "ISO-ileśtam" to wiedziałbyś że systemy te inicjują i wymuszają zmiany. Poczytaj o tzw "cyklu Deminga", który jest zaimplementowany w SZJ. Oczywiście wszelkie zmiany powinny być wprowadzane proceduralnie ale ze zrozumieniem tego nie ma problemu nawet przeciętny absolwent PRL-owskiej zawodówki.
Obecne matury to wynik "reform" obecnej pani minister
A co ma obecna Pani minister do tegorocznej matury? Napisz proszę, bo pomimo usilnych prób nie potrafię tego ze sobą powiązać.
ja już się nie wypowiem. Jestem załamany. Czytanie ze zrozumieniem też leży.
mac.serafin
02-07-2011, 22:03
A ja od siebie powiem tyle. Nauczyciele matematyki nie umieją uczyć, matematyka przed 2010 (pierwszy rocznik z obowiązkową matmą) była traktowana po macoszemu. Była grupka osób które zdawały tą maturę i się uczyły, a na resztę nauczyciele mieli zlewkę. Humanista nie humanista, ale co to jest za problem wstawić dane do wzoru? Policzyć miejsce zerowy funkcji liniowej? Pomnożyć ułamki? No bez jaj. Dodatkowo zeszłoroczna matura była banalna i nauczyciele wyszli z założenia że ta będzie równie łatwa. "Bo nie mogą oblać tylu osób", hej! najwyraźniej mogą.
Pomimo mojej awersji do pisania wypracowań i czytania lektur jakoś poradziłem sobie z maturą z polskiego (miałem wyniki lepszy od niejednego "humanisty"). Zauważyłem także że jak ktoś nie ogarniał matmy to z automatu jest "humanistą". LO nie jest dla każdego i jest to wszystko co mam do powiedzenia.
Życzę miłego wieczoru.
Powered by vBulletin® Version 4.2.5 Copyright © 2026 vBulletin Solutions, Inc. All rights reserved.